46. Jeszcze o Polsce a raczej o ciuchach i wyglądzie

Właściwie z Polski przywiozłam  głównie uczucie niedosytu. Owszem, nałaziłam się po sklepach. A. miała uciechę gdym, zaprowadzona do Rossmana po krem do twarzy, wpadła w stupor przed półką. Tyyyyyyyle tego było! Oczy zgłupiały bo nie wiedziały na co patrzeć. Mózg się zbuntował i wykrzywiwszy się w grymasie zwinął się w kłębek odmawiając przyjęcia czegokolwiek więcej. Zwoje mu się przegrzały!
Gdzieś w głębi mego jestestwa pojawił się bunt:
“Ale na co komu aż tyle?!”
A. widząc, że bliska jestem zapaści litościwie podsunęła mi sugestię, której chwyciłam się jak tonący brzytwy. Dzięki czemu wyszłam ze sklepu tylko z rzeczonym kremem li i jedynie a nie na przykład z kremami do opalania, przed opalaniem, po opalaniu, do brody,  do czoła, do rąk, do stóp, płynem na odciski, sztucznymi rzęsami i farbą do włosów i bóg wie z czym jeszcze.
Przez resztę pobytu drogerie omijałam wielkim łukiem, bo nie brakowało mi niczego z rzeczy, których używam. A jakbym weszła sama na bank kupiłabym sto i jeden drobiazgów kompletnie mi niepotrzebnych.
Zamiast tego zafundowałam sobie wizytę w Studio Bra na Mazurskiej.
I to był dobry wybór, bo choć za stanik, który założę od wielkiego dzwonu (fiszbiny są błeeee) zapłaciłam jakieś 150zł to dostałam dawkę akceptacji dla mojej figury.
Pani w Studio była cudowna! Pomocna i bardzo taktowna. Wahałam się, bo ja strasznie nie lubię jak się mnie dotyka, ogląda i w ogóle przekracza odległość 20cm od mojego ciała.
Pani dała mi luz i czas na oswojenie się z sytuacją, nie pchała się z rękami baz pytania o zgodę, a i po uzyskaniu zgody bardziej skupiała się na tkaninie niż na mojej skórze.
Cudowna, bardzo kompetentna, taktowna, przesympatyczna dziewczyna. I jeszcze jedno: gratulacje dla właścicielki Studio, za to, że zatrudniła panią, która jest daleka od ideałów piękna pokazywanych w gazetach. Czyli nie żadna tam żyrafa w rozmiarze36 z płaską klatką piersiową tylko normalna, ale prześliczna dziewczyna z pupą i biustem. I z klasą. Tak więc na mapie Olsztyna przybył mi jeszcze jeden punkt, który będę odwiedzać jak czas i zasoby pozwolą.
Poza tym …TADAM!…byłam u fryzjera i TADAM! TADAM!TADAM! jestem blond. BLOND!
Mam dość farbowania co miesiąc, ale moje włosy nie posiwiały a poszarzały, cholibcia. Gdybyż one, te włosy zechciały posiwieć tak ładnie, najlepiej żeby przybrały barwę jednorodnej, czystej bieli… No dobrze, ostatecznie fajnie gdyby zostały ciemne z pojedynczymi włosami lub nawet pasmami białych. Nie. Moje włosy zrobiły się po prostu szare. I co je lekko odhoduję  to ta szarzyzna mnie wkurza, bo wygląda jakbym głowy nie myła od stu lat. Fryzjerki już dawno sugerowały mi pasemka jako alternatywę. Uległam. Co prawda, nie jest to to, czego się spodziewałam, bo: myślałam sobie, że tych jasnych pasm będzie niewiele oraz że one będą tak właśnie nobliwie białe. A tymczasem mam różności: od białych, poprzez żółtawe do jasnego brązu oraz gdzie nigdzie mojej szarości.
Ale twarz zrobiła mi się wyraźniejsza mam wrażenie.
Na razie mi się podoba. Zobaczymy jak dalej.
Poza tym odkryłam sklep z ubraniami Unisono. Odkryłam go już kiedyś, ale mi zginął i nie umiałam znaleźć. Tym razem wpadłam przypadkiem. Mierzyłam, mierzyłam i mierzyłam. W zasadzie mogłabym wykupić połowę sklepu, czyli wszystko w co mieścił się mój biust, ale finanse…
Mają cudne, oversizowe kiecki, w wielkie kwiaty, hippisowskie w stylu, cudne! Nie skusiłam się, bo z powodu wielkiego biustu wyglądałam w tych kieckach jak kopa siana. Ale, obiecuję sobie, za kilka lat takie właśnie kiece nosić będę. Jeśli utrzyma mi się tendencja do olewania wyglądu i estetyki dla postronnych. Znaczy: jak już całkiem przestanie mi zależeć jak widzą mnie inni. Teraz jeszcze czasem mam zrywy żeby jednak wpasowywać się w ramy, zwłaszcza przy spotkaniach z innymi ludźmi, zwłaszcza nieznanymi, ale pracuję nad tym.
I tu właśnie dochodzę do spotkania z kobietą, która mnie zachwyciła.
Minęłam ją w drzwiach Aury chyba, ale rozpoznałam, gdy zobaczyłam na schodach sklepu indyjskiego na przeciwko dawnego Cocktail Baru. Nie mam pamięci do twarzy ale to nie twarz zwróciła moją uwagę a dredy. To znaczy najpierw zobaczyłam twarz kobiety ewidentnie starszej ode mnie a potem te dredy zebrane na czubku głowy. Oraz jakieś stylowe ciuchy. Minęłyśmy się, a potem zobaczyłam tę kobietę właśnie w drzwiach sklepu z indyjskimi ubraniami.
Czekałam na tramwaj, miałam 15 minut, weszłam…Nie wiem po co, bo forsy na ciuchy już nie miałam, zostawiwszy wszystko (a nawet więcej) w Unisono.
Jak to się stało, nie wiem, ale szybko nam się nawiązała konwersacja. O ciuchach ale i o akceptacji siebie
– A bo ja to się zatrzymałam w wieku nastoletnim – powiedziała, zanosząc się dźwięcznym, zaraźliwym śmiechem – To znaczy, przyjęłam te doświadczenia jakie idą z wiekiem, ale w duszy nadal jestem nastolatką.
– Tylko ten kostium się nam trochę marszczy – poleciałam Gabrysią z Jeżycjady.
Pani z Dredami się znowu roześmiała. Jej współpracownica, młode dziewczę powiedziała, że jesteśmy fantastyczne i że młodo wyglądamy. Pewnie za sprawą ubrań.
W co była ubrana Pani z dredami nie pomnę, ale nie była to babciowa garsonka, ani nic ze sztywnych mundurków stosownych (podobno) w wieku emerytalnym. Ja miałam na sobie spodnie w kwiaty, biały t-shirt oraz moje ukochane trampki Palladino. A na ramieniu plecak i lnianą torbę. Na stereotypową babcię chyba nie wyglądałam.
Wyszłam stamtąd podbudowana.
Bo moja idea jest rodem z Wojtka Młynarskiego “Starzeć się nie doroślejąc”. A teraz właśnie JUŻ mi wolno.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 5 komentarzy

45. Wróciłam z Polski

Tydzień przeleciał..!
Nawet nie wiem na czym. Bo łażący po Olsztynie dzień miałam w sumie jeden, z czego znaczna część łażenia przypadła na dojście z przystanku do mieszkania przyjaciółki. Bo chciałam bezpośrednio spod Galerii Warmińskiej dojechać na Wyszyńskiego. Olsztyn rozkopany, autobusy jeżdżą dziwnie, dojechałam gdzieś tam w okolice Pstrowskiego, czyli raptem dwa przystanki dalej i musiałam wysiąć bo dalej to już mogłam w zupełnie przeciwnym kierunku. Sądziłam, że tam gdzie wysiądę, bądź za rogiem znajdę coś co jedzie tam, gdzie potrzebowałam. Niestety.
Widać ci od planowania tras nie przewidują, że ktoś chciałaby raptem te dwie ulice przejechać.
Przejście tych “raptem dwu ulic” zajęło mi czterdzieści minut. A i to tylko dlatego, że szłam na przełaj przez Osiedla. A szłam z reklamówką z Empiku. Dużą reklamówką, podpowiem. Reklamówką w której taszczyłam trzy tomy Grzędowicza, jednego Lema, oraz cztery różne inne, ale bynajmniej nie cieńsze pozycje.
Nooo, opowieść o książkach to za chwilę. Na ramieniu miałam szmacianą torbę z logo Olsztyn, w której spoczywały ubrania dla Panny S, jakaś woda, aparat oraz kurtka. A na plecach plecaczek-torebka bo gdzieś te okulary optyczne, oraz przeciwsłoneczne oraz klucze, chusteczki, portfel oraz tysiąc i jeden niezbędnych drobiazgów trzeba pomieścić, nie?
Książki.
Na lubimyczytać mam półkę chcę przeczytać i to dzięki tej półeczce wybieram co chcę kupić. Na półeczke trafiają pozycje, których opisy lub recenzje mnie zaciekawią. Kiedyś kupowałam tak, jakbym wybierała w bibliotece: po fragmencie zdania, okładce, ogólnym wrażeniu, nazwisku pisarza i czy ja wiem po czym jeszcze? Intuicyjnie. I okazywało się, że to co kupiłam wcale nie jest tym czego się spodziewałam. Że albo trafiam na durne romansidło, ale durne tak, że Trędowata przy tym to głęboka, psychologiczna powieść, albo na coś w stylu Morfiny Twardocha czyli przerost formy nad treścią.
Teraz postanowiłam kupić wg listy tego, co chcę przeczytać.
Niestety: nie przewidziałam, że rynek księgarski żyje równie szybko jak reszta świata. Z ośmiu pozycji, które sobie wypisałam znalazłam dwie: jedna jak się okazało nie była powieścią, druga miała cenę taką, że podejrzliwie obejrzałam kartki bo może to ręcznie, przez skrybów pisana, z obrazkami malowanymi przez Artystów?
Kogo w Polsce stać na to, by kupić książkę za 50złotych?!
Reszty tego co chciałam już nie ma. Mogą mi zamówić.
W kwestii cen jeszcze powiem, że lubimyczytać podaje miejsca, gdzie daną książkę można kupić i za ile. I wiecie co? Jak będziecie sobie patrzeć to dodajcie tak z 10% do tych cen. Nieważne czy to Empik (który jest Everestem cenowym) czy tzw. Tania Książka. A potem narzekania, że czytelnictwo upada.
Może nie czytelnictwo, a sprzedaż książek po prostu?
Dla porównania:
Donna Tartt: Szczygieł
Empik: 50, 99zł
Bokhandel (Szwecja): 54 kr  ( czyli nieco ponad 20zł).
Przypominam, że szwedzka wypłata to nie 2000-3000zł lecz około 7000zł.
Czyli Szwed za jedną wypłatę może sobie kupić około 300 książej czyli zapas na cały rok.
Ile może kupić średnio zarabiający Polak? Cztery- sześć?
Ale właśnie szperając odkryłam, że mogę sobie w Szwecji kupować książki po polsku. Co prawda ich cena jest trzykrotnie wyższa niż tych po szwedzku, ale zawsze. O. I wystarczy jedna taka za 150kr by nie musiec płacić za przesyłkę. Hm…
Oddalam się popatrzeć, a resztę wrażeń opowiem kiedy indziej.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

44. Reset

Po 22 godzinnej podróży dotarłam do Olsztyna w objęcia przyjaciółki.
A droga była drogą przez mękę, gdyż o 4 rano na promie dopadł mnie kac gigant. Kac jakiego nie doświadczyłam od lat co najmniej piętnastu. Miałam wszystko: ból głowy, telepkę, zimne i gorące poty oraz mdłości. Dodatkową atrakcją był stały wir w głowie. W postaci zwłok wywlekłam się na pokład, wcześniej usiłując ubrać się w kompletnych ciemnościach i nie budząc eM. A jeszcze wcześniej zapodać sobie jakąś medycynę przeciwbólową.
Pętałam się po tym pokładzie, wiatr urywał mi głowę. Nie zamarzłam tylko dlatego, że nie byłam w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Słoneczko sobie radośnie wschodziło, co było frustrujące bo wschodziło mi nie po tej stronie co powinno. Upłynęło piętnaście minut, potem kolejne i kolejne, a medycyna jakoś nie dawała rezultatów. Zimne powietrze uspokoiło mdłości ale tylko tyle. Nadal nie rozumiejąc co się dzieje, że ta medycyna nie działa i czemu to słońce mam tak dziwnie, przystanęłam na chwilę żeby choć ustalić gdzie to słońce mam mieć. Zmusiłam mózg do wysiłku i ustaliłam, że nie, słońce leży prawidłowo pod warunkiem, że ja stanę twarzą w kierunku przeciwnym do kierunku promu. Wtedy mi się strony świata zaczęły zgadzać.
I gdy tak stałam w tym cieniu usłyszałam w głowie PSTRYK. I jakby mi nieco ulżyło. Zimno mi było w tym cieniu, więc wyszłam na słońce i ulga, mała bo mała,ale jednak, znikła. Znów mi było …najgorzej. Ki grzyb? Cofnęłam się w cień…Pstryk. Wyszłam na słońce. Y-y!
Acha. Dotarło do mnie. Ni chybi migrena. Normalne po imprezie. Ale zaraz…Ja nie byłam na żadnej imprezie! Zjedliśmy grzecznie promową kolację, którą popiłam herbatką z cytrynką! I to była moja impreza! Zaraz potem poszłam spać.
Rozgryzie dylematu zajęło mi czas potrzebny do pokonania całej długości promu  by przejść na stronę zacienioną. I dopiero tam zrozumiałam, że po pierwsze zwariował mi błędnik bo była lekka fala. Po drugie, co zresztą ustaliłam wcześniej mam migrenę. Więc nie ma sensu pchać w siebie kolejnego procha, bo nie pomoże. Po trzecie było mi zimna i słabo.
Doczołgałam się do kajuty, w ciemności znowu zrobiło mi się …no może nie lepiej, ale jakby mnie źle.
Pół drzemiąc doczekałam do pobudki.
Herbata z cytryną jakby mnie z lekka otrzeźwiła. Kawę zdążyłam wypić do połowy nim odkryłam, że niweluje skutek herbaty.
No. A potem dojechałam do Olsztyna. I przyjaciółka rzekła do mnie, że ją też tak głowa wczoraj bolała i zmierzyła sobie ciśnienie w przekonaniu, że pewnie znów ma  90/60 czyli mniej więcej jak nieboszczyk. I, że się zdziwiła bo miała te 90/60 …ale raz dwa. Za wysokie! I że może ja też.
To też. No i się okazało, że mam właśnie jakieś kosmiczne odczyty. Zaskoczyło mnie to okropnie! No ale jak to? Za wysokie? Kiedy? Skąd?
Od wczoraj trwam w szoku. Bo mierzyłam to ciśnienie raz jeszcze i było 152/102 czyli za wysokie.
A dziś raniutko, po przespanej całej nadal było za wysokie!
A dziś pada. I jakieś święto i wszystko pozamykane. Więc siedzimy w domu. Ja siedzę. Pojadłam, poczytałam, podrzemałam. Pojadłam. Znowu poleżałam.
Resetuję się.
Czuję jak schodzi ze mnie zmęczenie ostatnich tygodni a może miesięcy.
Za oknem mam Olsztyn, najpiękniejsze miasto na świecie. Za ścianą kogoś z kim mogę, ale nie muszę przebywać. Żadnych obowiązków. Żadnych przymusów.
Reset.
O reszcie pomyślę jutro

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

43. Za dużo

Chyba za dużo się dzieje.
Jutro ostatni dzień idę do sklepu.
Od pojutrza, czyli od czwartku przenoszą nas w inne miejsce. Będziemy pracować w biurowcu.
Plusy: wolne soboty, wszystkie czerwone święta, JA będę zaczynać o 6 (a nie o 5:30 jak dotąd), dużo bliżej od domu, bo w zasadzie na drugim końcu ulicy.
Minusy: mniejsza płaca bo bez dodatków za niewygodne godziny (czyli te 30min przed godziną 6) brak dodatków za święta, więc w efekcie mniej pieniędzy za tyle samo pracy. Dla mnie dodatkowe źródło frustracji. Bo wszak biurowiec to moje najbardziej naturalne środowisko. Więc zazdrość, zraniona miłość własna, rozżalenie na los…
W piątek wyjeżdżamy z eM do Polski. Możliwe, że już mam rejzefiber (jak to się pisze?).
A jeszcze nim pojadę do zrobienia parę rzeczy. I wiszący nad głowa termin złożenia zaległych deklaracji klienta, któremu księgowa wycięła brzydki numer i zbankrutowała.
Najbardziej nie lubię robić, wykańczać roboty po kimś.

W związku z tym wszystkim nie mogę spać.
Wypróbowałam wszystko i nie działa. Został chemiczny zgłuszacz…ale nawet nie wiem gdzie jest.
W domu pobojowisko no bo przecież remont w całym bloku trwa nadal. Wychodek nadal na podwórku, dobrze, że nie toi-toi bo ja się ich zwyczajnie boję. Mam wizję jak się to-to przewraca, albo że coś mi wpada do czeluści toalety i takie tam schizy. Dlatego na wszelkich imprezach poza domowych wole iść w krzaczki i ryzykować błyskanie białym tyłkiem niż korzystanie z takich miejsc.
No co…każdy ma swoje dziwactwa.
Książkę, moją, znaczy przeze mnie napisaną wysłałam do kilku osób, ale w zasadzie odpowiedź jak na razie mam od dwóch. Jakoś ludziom czasu brak…
Mnie też brak, bo ja tez właśnie zostałam obdarowana zaszczytem przeczytania kawałka czegoś co powstaje, ale nie mam czasu się skupić.
Jutro do południa muszę wypełnić to co się da, bo po południo zabieram Pannę S ze szkoły i będziemy razem czekać na jej mamę a moją córkę, która ma wrócić z wojaży po południowej Polsce. Wojaże można zatytułować “Pokazać Szwedowi Polskę” i w tym roku były to Tatry, Zakopane, Kraków i Auschwitz.
Stęskniłam się za wnuczką. Tak dawno jej nie widziałam…to znaczy jakieś 10 dni temu, ale wydaje mi się, że dłużej. Chyba trochę się cieszę na to wspólne popołudnie.

I to właściwie tyle u mnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

42. Ktoś taki jak ty

Właśnie skończyłam pisać moją pierwszą powieść o takim tytule. Gdy kończyłam, w tle grała mi Adele śpiewająca wraz z publicznością “Someone like you”.
Jestem póki co szczęśliwa, że tego dokonałam. Bo do ostatniej kropki byłam pewna, że znowu, jak zawsze zarzucę, porzucę, przeżyję w głowie i nie będę miała zapału by napisać do końca.
Nie wiem czy to jest dobre. Jak pisałam, wiedziałam, że dobre. Teraz wątpię.
Czas pokaże. I kilkoro znajomych.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 13 komentarzy

41. Dokąd zmierzamy?

Tak sobie patrzę na to co się dzieje. Patrzę przez jakiś filtr bo to, co do mnie dociera to są jakieś odpryski tego co pokazują media. Telewizji nie oglądam od lat prawie dziesięciu. Gazet nie czytam trochę krócej i mniej konsekwentnie. Otwieram Wyborczą lub gazeta.pl prześlizguję się po nagłówkach,  więc zawsze coś tam w oko wpadnie. Jak na mój gust wpada i tak za wiele. Ja naprawdę nie mam potrzeby wiedzieć tego wszystkiego. Nie muszę wiedzieć czym zabłysnął jeden sejmowi idiota z drugim parlamentarnym głupcem. Nie muszę wiedzieć jaką formą zabłysnął jakiś pleban czy co mądrego inaczej wymyślił artysta jeszcze bardziej prawicowy. Zresztą lewicowy też nie.
A jednak wpada.
I widzę jak świat się koszmarnie dzieli.
Chrześcijanie-islamiści-inne religie.
Europejczycy – nieeuropejczycy.
Prawica-lewica zdrajców.
Obrońcy życia- mordercy życia.
Kobiety-mężczyźni.

Strasznie to wszystko radykalne, krzyczące, walczące, gotowe w imieniu swych racji zabijać, nawet jeśli tą racją jest ochrona życia.
Straszne jest to, że zalewa naszą ziemię taka fala nienawiści wszystkich do wszystkich. I smutne jest to, że ludzie to tak łykają i coraz bardziej się w to zagłębiają odsądzając od czci wiary wszystko i wszystkich. Gotowi nawet zmieniać historię i ludzi dawno pogrzebanych z honorami teraz wygrzebać z grobu byle tylko móc na nich napluć, bo przez lata zmienił się pogląd ogólny na pewne sprawy.
Jakaś głupota nas ogarnęła, amok jakiś czy co?
Ale najbardziej mnie zaskoczyło, gdy na forum lubimyczytać odkryłam nagonkę na Sienkiewicza. Bo indoktrynuje, bo jest szowinistą, bo …nie pamiętam co jeszcze. Ludzie wręcz z nienawiścią krzyczą, że tego badziewia czytać nie będą.
Noż kurde.
Mogę się zgodzić, że Sienkiewiczowska proza dziś nieco trąci myszką. Dziś, bo 45 lat temu była jeszcze fascynująca i doskonała. Więc co się zmieniło? Czasy, technologia, poglądy akceptowalne. Ale to nie powód by obrażać się na kogoś kto zmarł przed stu laty. Na litość boską, ludzie was już całkiem porąbało w tym wyszukiwaniu wszędzie owej poprawności politycznej?
Naprawdę…trochę zrozumienia dla faktu, że wszystko się zmienia.
Za sto lat, o ile Hawkins się jednak myli,  będą jeszcze inne poglądy głoszone jako poprawne. I to co dziś jest poprawne, wtedy będzie zapewne passe i co z tego?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 41. Dokąd zmierzamy? została wyłączona

40.

Nie ma tak, że spoczęłam na laurach i pisać przestałam. Zwyczajnie: życie daje w kość.
Albo obdarza niespodziewanymi atrakcjami.
Teraz na przykład atrakcja zwie ROT. Wiecie co to jest? Jak nie wiecie, uwierzcie, nie chcecie wiedzieć. Ale i tak powiem.
To z angielskiego, nie mogę teraz znaleźć znaczenia po angielsku, ale po polsku oznacza remont, przebudowa, dobudowa. U mnie, w praktyce oznacza, że przez najbliższe osiem tygodni będę pozbawiona: wody oraz dostępu do ustępu: auć!  Oprócz tego nie będę miała łazienki: eee, tam, jakoś przeżyję, oraz: kuchni (Hurra, hurra, hurra!). Okresowo mogę być pozbawiona prądu: auć! W pozostałych rolach: kurz, jeszcze więcej kurzy, dużo więcej kurzu. Oraz pętający się po mieszkaniu, a dokładnie po łazienkach, kuchni i przedpokoju obcy. Pięć dni w tygodniu od 7 do 16.  W roli głównego przeszkadzacza: młot pneumatyczny i spółka.
Pisząc po ludzku: generalny remont kuchni i łazienek. Pomieszczenia te zostaną całkowicie oczyszczone ze znajdującego się tam wyposażenia, będą nowe rury kanalizacyjne, nowa instalacje wodna oraz elektryczna, na to pójdą nowe tapety, a na to nowe kibelki, umywalki, prysznice (żegna wanno) w łazienkach, nowe szafki, kuchenki, lodówko-zamrażarki zlewozmywaki itp. w kuchni.
W związku z powyższym należało te pomieszczenia całkowicie opróżnić. Oraz korytarz, bo wiadomo: kurz, przenoszenie ciężkich lub niewygodnych przedmiotów.
Masakra!
Po co nam tyle rzeczy?! Po co mi 3 rodzaje kieliszków do wina? Stare, fikuśne filiżaneczki, talerzyczki spod nich, zapasy żarcia typu kasza i fasola, sterta blaszek do pieczenia, jakieś inne drobne niby narzędzia kuchenne? Po co mi te obrusy? I…nie wiem co jeszcze. Trzeba było to wszystko posegregować i to co rzadko używane wynieść do piwnicy. Przedtem jeszcze spakować.
Więc ostatni tydzień upłynął nam na pakowaniu, pakowaniu i pakowaniu z największym szaleństwem wczoraj. W zasadzie przez ostatnie dwa tygodnie nie mogłam zająć się niczym innym tylko tym.
Tak mi to nadojadło, że w sumie się cieszę, że to się już jutro zacznie. Tośkę wyekspediuję do córki, wezmę komputer pod pachę i pójdę pracować w bibliotece. Cisza, spokój, nikt nie łazi, nie zagaduje co chwila…Bosko. Jeden problem. Jak przetransportować do biblioteki i z powrotem dwa komputery oraz kilka segregatorów?
…nie pytajcie dlaczego dwa…
Maj się zrobił oszałamiający, cały tydzień świeciło słońce, przyroda dostała przyspieszenia, ptaki się wydzierają, mewy najbardziej, drzewa kwitną wszystkie na potęge oraz zakwitły mlecze. Dopiero sobie uświadomiłam, że bardzo lubię mlecze. I te żółciutkie jak kaczuszki i te puchate kulki.
Jedno “ale” w tym szczęściu to wiatr z północy, lub północnego wschodu czyli zimny lub lodowaty. Bywają chwile, że ucicha, ale nad jeziorem nie da rady bez czegoś cieplejszego a ja nawet lubię naciągnąć cienką czapkę na głowę.
Za miesiąc jadę do Polski. Z mężem, ale z nim tylko tylko jadę i wracam. On będzie w Miasteczku, ze swoją matką, ja głównie w Olsztynie, ale do Miasteczka też wpadnę, na cmentarz oraz do staruszków ciotek i wujków.
Heh. Mojemu kuzynowi ostatnio urodził się synek. Niby nic dziwnego, ale kuzyn jest starszy ode mnie o jakieś dziesięć lat, a jego synek będzie młodszy od jego wnuków. Ba! Jego żona jest młodsza od jego wnuków…albo w podobnym wieku. Trochę śmiesznie, trochę strasznie, ale z drugiej strony…Czemu miałby nie dostać od życia choćby chwili czegoś dobrego.
Złośliwa ciotka Wanda będzie po swojemu komentowała “to genach, kochana, to w genach”. A ja zmilczę i nic nie powiem o jej zięciu czy wnukach, którzy tez jeszcze rózne rzeczy mają przed sobą,  bo po co? Pośmieję się i pocieszę w duchu, ciotka mimo dobiegania do osiemdziesiątki wygląda i zachowuje się jakby miała lat sześćdziesiąt.
Ciocia i wujek W. będą się znowu tak ładnie cieszyć, że przyszłam, że pamiętam. I będą mówić do mnie tak ładnie: “Kasiuńka”. Na stół wyjedzie herbatka i ciasto, talerzyki, filiżanki, serwetki. W tle będzie grał telewizor z tureckim serialem, stary zegar będzie machał swym wahadłem,a za oknem będzie ten sam widok na Łynę i wzgórza porośnięte lasem. Kuzynka będzie gadała o wszystkich z rodziny, jej mąż wrzuci kilka słów o tym co czytał…
A ja się poczuję jak w domu. Akceptowana i zaopiekowana.
Musiało minąć tyle lat, musiałam doznać straty tylu osób, by dotarło do mnie, że co z tego, że oni głosują na PiS, że dyktują co mam robić (a pomnik kiedy zmienisz?- słyszę w głowie głos ciotki Wandy), by dotarło do mnie, że to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Znaczenie ma, że pamiętają mnie jako małą Kasię i do dziś mają dla mnie tamtą czułość i uwagę. Nie, wcale nie wyjątkową, oni po prostu tacy są dla wszystkich. Dziś, po latach, wreszcie wiem dlaczego najbardziej na świecie lubiłam być u nich w domu. Dlaczego byli moimi najukochańszymi wujkiem i ciocią. I dlaczego było mi tak trudno powiedzieć które z nich kocham bardziej.
Więc pojadę, wytarzam na warmińskim łonie, bo powiem wam, że Szwecje, Szwajcarie, Włochy, Finlandie i wszelkie inne wielkie światy…a dla mnie najpiękniejsza na świecie jest moja Warmia.
Strasznie tęsknię.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

39. Najważniejszy człowiek w życiu

Upewniwszy się u źródła, że nic się nie zmieniło i tekstem mogę dysponować swobodnie podaję do publicznej (prawie) wiadomości tekst, który znalazł się w szczęśliwej dwunastce. Przypominam: dyskwalifikacja z powodu nie mieszkania na terenie RP.
Ostrzegam: potrzebne będą chusteczki.

Baśka

Rybka ma pod spodem dziurkę. I jest pomarańczowo-zielona z wytłaczanymi łuskami.
– Masz dziś imieniny – mówi Baśka.
Pstryk.
Ganiamy się z Baśką dookoła okrągłego stołu. Pociągam róg serwety, a ta zjeżdża z lakierowanego blatu. Wraz z nią wazon.Brzdęk. I po wazonie. Baśka mówi rodzicom, że to ona go zbiła. Milczę pełna strachu, że rodzice poznają, że Baśka kłamie, bo gdy kłamie jej usta się lekko wykrzywiają.
Pstryk.
Idziemy z przedszkola. Baśka jest duża: już chodzi do szkoły. Ma tornister i granatowy fartuszek z białym kołnierzykiem. I klucz na szyi. Mama i tata pracują. Dlatego Baśka zabiera mnie z przedszkola. Idziemy do domu a potem do osiedlowej świetlicy.
Pstryk.
Baśka mówi:
-Już jesteś taka duża, powinnaś umieć pisać swoje imię. Patrz.
Kawałkiem patyka gryzmoli na ziemi litery.
-Tak się pisze twoje imię- literuje.
Potem w tym samym miejscu, wodząc patykiem po literach powtarzam jej ruchy i literuję jak ona:
-K-A-S-I-A.
Pstryk.
Noc, krzyki. Mama stoi w przedpokoju, z jej nosa płynie krew. Płacze i przeklina. Nad nią chwieje się sylwetka ojca. A pomiędzy nimi mała figurka Baśki, zasłaniająca mamę.
-Tatusiu nie bij mamy, tatusiu. – Słyszę jak powtarza raz po raz. A ojciec mówi bełkotliwie:
-Basia, odsuń się. Odsuń się, Basia.
Boję się. Że się przewróci, albo że znowu jego pięć wyląduje na brzuchu mamy, albo na Baśce, bo jej nie zauważy.
Uchylam drzwi na klatkę schodową i krzyczę w ciemność:
-Ratunku!
Pstryk.
Jesteśmy same w domu. Baśka zdejmuje z kuchenki ciężki gar pełen wrzątku. Będzie zmywać naczynia, bo Baśka lubi pomagać mamie. I naraz garnek wysuwa się jej rąk, leci na podłogę chlapiąc wrzątkiem.
Pstryk.
Idziemy do szpitala -mama, tata i ja. Baśka leży pod oknem, ma zabandażowaną nogę. Wokół jej łóżka kręcą się ciocie. A ja, wiedziona nieomylnym instynktem, zaglądam do jej szafki przy łóżku. Pełno tam słodyczy.
-Ale masz fajosko – mówię pełna zazdrości. Dorośli się ze mnie śmieją. A Baśka mówi:
-Weź sobie co chcesz.
Pstryk.
Idę z Baśką do szkoły, pierwszy raz. Baśka trzyma mnie za rękę.
-Dostaniesz lizaka- obiecuje.
Pstryk.
-Musisz się zapisać do biblioteki – mówi Baśka. – Chodzisz do szkoły to możesz już sobie sama czytać.
Pstryk.
Baśka staje przed Grubą Anką, która przerasta ją o głowę, choć to Baśka jest starsza. Baśka już jest w trzeciej klasie. Jest DUŻA choć niewiele ode mnie wyższa. Gruba Anka i jej koleżanka Iwona, moje koleżanki z pierwszej klasy, stale mi dokuczają.
Teraz Baśka stoi przed Anką i mówi groźnie:
-To ty dokuczasz Kaśce?
-To nie ja, nie ja, to Iwona – krzyczy Anka i zaczyna uciekać.
Baśka staje przed Iwoną, która nie czekając na pytanie również zaczyna uciekac i krzyczy przez ramię:
-To Anka, to Anka!
Pstryk.
Baśki nie ma. Wyjechała na ferie. Idą święta, firanki pozdejmowane, a w łazience huczy pralka. Oglądam jakiś film w telewizorze, który mamy od niedawna. Serce mam ściśnięte z wrażenia, bardzo się denerwuję tym, co za chwilę wydarzy się na ekranie. Jęczę:
-Baśkaaa- i wtedy przypominam sobie, że przecież wyjechała.
Pstryk.
Na wsi, u babci, gdzie spędzamy wakacje i ferie, wszyscy się zachwycają Baśką.. Baśka jest śliczna, a w dodatku dobrze się uczy. Ma same piątki na świadectwie. I jest pracowita. To ona sprzata i gotuje w domu, bo mama dojeżdża do pracy i wraca późno. Nic dziwnego, że każdy ją lubi. Przecież to Baśka. O mnie ojciec mówi, że na pewno nie skończę nawet zawodówki bo jestem leniwa.
A matka:”nieudałota”.
Pstryk.
-Baśka, co teraz będzie? – szepczę przerażona. W pokoju lekarz i pielęgnierka próbują przywrócić naszego ojca do życia.
Pstryk.
-Basia, ja i pan Stach postanowiliśmy wziąć ślub – mówi matka.
-Ale my z Kaśką nie będziemy mieszkały na wsi – zastrzego Baśka natychmiast – Prawda Kaśka?
-Ale to jak..? – matka ma popłoch na twarzy.
-Tu zostaniemy, ja dopilnuję Kaśki. Przecież mam już prawie 18 lat.
Pstryk.
-Baśka, znowu nie byłaś w szkole! – krzyczę od progu.
Podnosi się z wersalki, widzę jej szklany wzrok. Znowu piła.
-Chodź, dam ci obiad. A tam masz talon na buty, idź i kup sobie te kamasze.
Pstryk.
-Jak mogłaś tuż przed maturą zawalić wszystko? Co teraz zrobisz? – denerwuje się matka.
-A czemu ty nic nie powiedziałaś? -odwraca się do mnie.
Pstryk.
-Po moim trupie! -wrzeszczę – Po moim trupie wyjdziesz za mąż za tego…parobka!
-Ale o co ci chodzi? Na co mam czekać? Mam prawie 24 lata- broni się Baśka.
-Zwariowałaś?! To co, że masz 24lata? On nie ma żadnej szkoły, nawet mówić poprawnie nie potrafi, o czym ty z nim będziesz rozmawiała? On pewnie w życiu książki w ręku nie miał!
Dławię się złością.
Pstryk.
-Co?! I jeszcze książeczkę mieszkaniową sprzedałaś, żeby ugościć bandę pijaków? – wydzieram się do matki.
-No przecież wesele trzeba zrobić- broni się.
Patrzę na nią z pogardą
-Jakie wesele?! O czym ty mówisz? Dlaczego ty jej pozwalasz wychodzić za mąż za tego parobka?!
Matka wybucha.
-Jesteś zazdrosna! Wstydu nie masz! -wrzeszczy tak przez dłuższą chwilę- Możesz już do mnie nie mówić mamo! -rzuca na sam koniec.
Pstryk.
-Baśka, jeszcze masz czas, możesz się rozmyślić, ślub cywilny łatwo unieważnić, kościelnego już nie – mówię ze śmiechem. Gromadka ludzi parska śmiechem. Większość z nich chyba wie, że choć się śmieję, mówię całkiem poważnie.
Pstryk.
Idziemy noga za nogą. Muszę dopasować mój krok do drepcącej obok mnie dziewczynki. Mała łapka mojej siostrzenicy ufnie spoczywa w mej dłoni.
-Ciociu,a dzie idziemy?
Patrzę na nią z góry i widzę oczy Baśki.
Pstryk.
W Urzędzie Stanu Cywilnego są wszyscy znajomi mojego (od teraz) męża i moi. Nasze matki. Tylko mojej córeczki nie ma. Jest w szpitalu.I Baśka nie przyjechała.
Pstryk.
Chrzciny syna. Baśka jest chrzestną.
Pstryk.
Pstryk.
Pstryk.
Wyjeżdżam z Polski. Bilet mam w jedną stronę. Niby to nie taki sam drmat jak dwadzieścia lat temu, ale i tak niełatwo. W czasie kilku godzin na lotnisko odbieram telefony i smsy od wszystkich znajomych. Dodają otuchy, zapewniają, że odległość nic nie zmieni. Przecież granice są tylko umowne w zjednoczonej Europie.
Ale smutek nie pierzcha. I Baśka nie napisała.
Pstryk
Upał jest taki, że nie ma czym oddychać. Baśka ma szkliste oczy. Alkohol czy łzy? Łzy prawdziwe czy alkoholowe?
Ściska mnie swoimi chudymi, żylastymi ramionami.
-Kaśka, Kasia…
Odsuwa się i znowu przysuwa.
Widzimy się i rozmawiamy pierwszy raz od kilku lat. Przyjechałam do Polski, bo wkrótce ma przyjść na świat moja wnuczka.
Patrzę na moją siostrę. Co z tego, że nie ma zębów, a wokół oczu zmarszczki? I tak jest najpiękniejsza na świecie, gdy tak patrzy na mnie, a w oczach ma uśmiech.
Pstryk.
Szpital.Woń jedzenia, leków, chemii i choroby.
Baśka na mój widok otwiera szeroko oczy.
-Kasia – woła słabo a ja, niepomna na wszystko, dopadam jej łóżka, ściskam drobną, białą dłoń. Basi prawie nie ma, sa tylko te przenikliwie niebieskie oczy w małej, wychudzonej twarzy. Przytulam ją ostrożnie, żeby nie sprawić bólu, nie uszkodzić świeżej rany pooperacyjnej. Dopiero po chwili dociera do mnie pociąganie nosem.
Pstryk.
-Baśka…-zbieram się na odwagę
-Jesteś, zawsze byłaś dla mnie najważniejsza na świecie. Tam, gdzie inni wspominają matkę czy ojca ja mam zawsze ciebie. Kocham cię. – chlipię do słuchawki. I słyszę, że ona też chlipie.
-Ja też cię bardzo kocham. I ty też zawsze byłaś dla mnie najważniejsza.
-Baśka, jeszcze tylko dwa tygodnie i przyjadę
-Będę czekała – mówi, a głos ma jasny. Tak jasny, że chcę uwierzyć w cud.
Pstryk.
-Ciociu, musisz wiedzieć co zobaczysz, żebyś się nie wystraszyła -uprzedza mnie siostrzenica.
Słucham. Nastawiam się. Muszę.
-Ona czeka na mnie – mówię cicho.
-Tak, mama czeka już tylko na ciebie- potwierdza siostrzenica.
Pstryk.
Pogrzeb był w dniu, w którym startował mój samolot odwożący mnie z powrotem za Bałtyk. Opowiadała mi potem siostrzenica, że gdy już zasypano ziemię i ułożono wszystkie wianki i kwiaty, z nieba zaczął padać śnieg. Ktoś podniósł głowę i powiedział:
– No, Baśka już w niebie. Zobaczcie: znowu sprząta.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 20 komentarzy

38. Chwalę się

Przedwczoraj dostałam ciekawego maila.
Od dwóch dni mam w środku uśmiech.
I myślę o podobnej sytuacji sprzed lat ponad dziesięciu. Wtedy po radości, przyszedł zawód. Bo dlaczego TYLKO tak, bo eee, lepiej byłoby wcale, i w ogóle może to tylko na pocieszenie itd…
Dziś widzę ogromną pracę jaką wykonałam od wtedy.
Dziś mam w sobie tylko radość. Zadowolenie. I takie…No, zrobiłam kawałek czegoś dobrego, fajnie, że ktoś to zauważył.
Co się stało?
Ano to:
Szanowna Pani,
zwracamy się do Pani w związku z udziałem w konkursie Akademia Opowieści.

Na posiedzeniu kapituły konkursu [11 kwietnia] Pani opowiadanie znalazło się na liście opowiadań wybranych spośród 1655 historii jakie dotarły do nas w związku z konkursem “Najważniejszy człowiek w moim życiu”.

Mimo że kapituła pod przewodnictwem Włodzimierza Nowaka, w skład której weszli Maria Sadowska, Jacek Dehnel, Lidia Ostałowska i Tomasz Pietrasiewicz, nie przyznała Pani nagrody pieniężnej, to jednomyślnie uznała, że Pani opowiadanie zasługuje na nagrodę w postaci publikacji w Dużym Formacie.(…)”
Już wkrótce lista dwunastu nazwisk.
A publikacja …jak będzie to też dam znać.

Wasza dumna i zadowolona
KasiaP

UPDATE
“…złamała Pani regulamin, który mówi: “Uczestnikami Konkursu mogą być osoby, które ukończyły 15 lat, które nie zostały pozbawione zdolności do czynności prawnych zamieszkałe na terenie Rzeczpospolitej Polskiej”.
Czyli sława jeszcze nie tym razem. I o.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 16 komentarzy

37. a tak ładnie żarło…

i zdechło.
eM wylądował w szpitalu. Najpierw dwa tygodnie temu. Potrzymali, podali leki przeciwbólowe, coś tam pomajstrowali przy jelitach, coś nacięli, wycięli, przeszyli. Wysłali do domu w piątek. W niedzielę znów Akutmotagning czyli chyba odpowiednik SORu, stamtąd na oddział. We czwartek zoperowali porządnie. Czyli otworzyli brzuch, czego się obawialiśmy. Choć nie to było najgorsze. JA bym chyba wolała, żeby mu ten brzuch na krzyż i jeszcze w poprzek pokroili byleby tylko diagnoza nie brzmiała tak, jak zabrzmiała.
Crohn. Jednak. Cholerny !@$%!!! Crohn. Diagnoza jeszcze nie potwierdzona, jeszcze wycięty kawałek idzie do badania, więc jest nikła, niklusieńka nadzieja, że jednak zwykłe powikłanie, a nie Crohn. Oby. Wczoraj po południu zabrałam go do domu.
W ten sposób olałam święta. Albo może nie olałam, ale zrobiłam po mojemu.
Okno umyłam u siebie w pokoju, ale tylko dlatego, że przestawiałam łóżko i się wreszcie dojście zrobiło.
Narobiłam gar gołąbków, żeby mieć ze dwa dni luzu od gotowania. Sałatki małą miskę, bo eM choć może jeść wszystko to je malutko i ostrożnie. A swoją drogą… Operowali go we czwartek po południu a już wieczorem kazali mu zacząć jeść WSZYSTKO na co ma ochotę! Łącznie z niskoprocentowym piwem, które mógł dostać nawet w szpitalu! Czy ktoś to pojmie?!
Kiedy za pierwszym razem po zabiegu natychmiast dali mu normalny obiad to szczękę zbierałam z podłogi i już leciałam robić raban, że się personel pomylił. Nie pomylił. Człowiek po operacji ma mieć siłę, żeby zdrowieć. Siła idzie z jedzenia. Zatem człowieku jedz wszystko na co masz chęć.
Ciekawam. Czy w Polsce nadal panuje barbarzyński zwyczaj karmienia pacjenta po operacji kleikami?
Nie zaprosiłam Misi z rodziną na święta. Nie zadbałam o ulubione pierożki dla córci, pieczone mięsko dla synusia, malowanie jajek i zabawę kolorami dla wnusi, polskie danie dla zięcia. Jestem potworem.
Zadbałam o siebie. I to, bym chodząc przy/do leżącego męża sama nie padła na pysk.Tym bardziej, że o ile wszyscy w Szwecji świętują od piątku (Wielki Piątek jest na czerwono) to ja mam, jak zawsze, tylko tę jedna niedzielę. Pozostałe dni wstaję jak mleczarz i roznosiciel gazet (choć oni w soboty mają wolne).
Zagryzam zęby w tej pracy  i odliczam dni. Byle do końca maja. Potem idziemy w inne miejsce, bo tu się umowa skończyła. W tym innym miejscu jeszcze nie wiem co i jak, ale jedno wiem: soboty i niedziele będą wolne. Oraz nie będzie pracy przed godziną 6.
Alleluja.
I o.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 10 komentarzy