146. Zapachniało powiewem jesieni

Sierpień przyszedł razem z deszczami, wiatrami i ochłodzeniem. Tu u mnie, na równinie Skaraborg sierpień zazwyczaj przynosi jesień. Dnie są już wyraźnie krótsze, o 21 już szarawo, o 23 ciemno. Znowu widać gwiazdy. I nawet jeśli za dnia jest słonecznie i gorąco, to noce już chłodne, często mgliste, z temperaturą w okolicy 10stopni. To sprawia, że woda w jeziorze robi się chłodniejsza i coraz mniej jest amatorów kąpieli.
Kończy się też sezon urlopowy, ludzie powoli wracają z wakacji, firmy znowu zaczynają pracować normalnie.
Idzie jesień.
To w sierpniu zaczynają żółknąć brzozy i lipy. To znaczy – normalnie, bo w tym roku jest jak wiadomo nienormalnie gorąco więc późno jesienny koloryt mamy już od prawie miesiąca.
Szkoda.
Lubię lato, nie narzekam na upał o ile nie jestem zmuszona przebywać całymi dniami na słońcu.
Regina dała mi torbę ogórków z burakami. Ogórki długie, sałatkowe, nie nadają się na kiszenie, zrobiłam z nich słodko-kwaśną sałatkę z chili i czosnkiem. Buraki też chyba zamknę w słoikach, będzie do zimowych obiadów.
Byliśmy z PannąS w Sommarlandzie w ostatnią sobotę. Sommarland to park rozrywki: karuzele, kolejki, park wodny, stawy, place zabaw. Trzeba mieć nasze szczęście by w lato dwustusześćdziesięciolecia pojechać do parku wodnego…i trafić na deszczowy dzień. No dobra, nie cały dzień padało, przez pół dnia i nie bez przerwy ale przelotnie. Za to rzęsiście.
EM z PannąS spędzili cały ten czas w kolejkach do różnych zjeżdżalni co moim zdaniem było bez sensu bo była cała masa innych fajnych rzeczy do robienia a których nie porobiliśmy. Niestety dopiero jak wyszliśmy udało mi się ustalić przyczynę mojej irytacji. Cholerny firewall!

Mój Szwed przyznał mi się, że miał raka, w maju leżał w szpitalu a mi naściemniał, że bierze urlop. Teraz miał ostatnie badania i okazało się, że jest zdrowy. Zabić gada to za mało! Ale to bardzo dobrze pokazuje mentalność Szwedów.
Tymczasem szwed zapytał czy i za ile pojechałabym z nim do Polski jesienią na objazd kontrahentów. Podałam cenę 1000kr/dzień co nie jest ceną wygórowaną – daje stawkę brutto 125kr/godzinę jeśli podzielimy tę sumę na 8 godzin. Taką stawkę miałam jako sprzątaczka.
Szwed myśli…zobaczymy, ale… Pojechałabym…To nic, że męcząco, ale włóczęgo po Polsce, różne miejsca,  różni ludzie. Taka namiastka wakacji.

EM z Miśką byli w Norwegii przez 3 dni. Pierwszego dojechali do Tyssedal czy nieco dalej. Drugiego poszli na Trolltunga czyli Język Trolla. I wrócili. Trzeciego przyjechali do domu.
Nie pojechałam z nimi bo wiedziałam, że nie podołam trasie w jej początkowej fazie gdzie trzeba wejść prawie pionowo pod górę, na około 1km. Ale zazdrościłam bardzo.
Lipa, bo człowiek poproszony o przysługę skopał im zdjęcia jak stoją na jęzorze…Zdjęcia nie pokazują przestrzeni, wysokości, otoczenia. Ot kawałek skały i punkcik na niej -człowiek jakiś tam…
Miśka zawiedziona, eM mniej, bo dla niego się liczy, że tam był, a nie to by mieć co pokazać na instagramie.

Oraz pokłóciłam się z kolegą P, bo mi powiedział, że co ja tam mogę wiedzieć o VATcie i księgowaniu jak znam tylko komunistyczną księgowość.
Co wyraźnie pokazało, że nie dość, że sam jest głupcem, który nie wie nic o Polsce po 1990 roku oraz, że uważa mnie za idiotkę.
Najgorzej, że od dawna wiedziałam, że on się ma za niewiarygodnie mądrego z monopolem na rację. Mądrość jego polega między innymi na tym, że mi udowadniał, że jak się nie ma polskich znaków to lepiej pisać „rurzowy” niż „rozowy”. Albo, mieszkając w Szwecji, podsyłał mi artykuły z dziwnych portali o tym jakoby „ciapaci” władali całą Szwecją czyli gwałcili, grabili i mordowali powszechnie i bez konsekwencji. I dlatego namawiał do głosowania na Sveriges Demokraterna co to głoszą „szwecja dla szwedów”. I nie, on dla siebie nie widział żadnego zagrożenia w tym haśle, bo on wszak ma obywatelstwo szwedzkie.
Zaprawdę, nie wiem po co mi idiota w gronie znajomych? Może po to bym się dowartościowywała czy co?
A na facebooku w grupie MiniMax   gównoburza na temat Rogera Watersa, co na koncercie dał wyraz swej dezaprobacie dla tego co się dzieje w Polsce. Omijałam wielkim łukiem, ale rzuciło mi się w oczy kilka zdań gdzie ktoś negował osiągnięcia muzyczne Watersa.
I kolejny raz stwierdzam, że na cholerę mi ten cały facebook?
Aaaa, już wiem. Messenger.
Wiecie, że o polityke potrafią się pokłócić nawet baby na grupach dotyczących wyłącznie robótek?! Świat oszalał.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 3 komentarze

145. Sie sciemnia

Nawet nie umiem powiedzieć własnymi słowami jak bardzo…
Moje serce jest czarne jak dłonie palacza
Odchodzisz…czuję
Ale nie płaczę

Nie płaczę?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

144. Sekretne wyznania

Tak po cichu powiem, że demotywatory i gazeta.pl są moim głównym źródłem informacji o świecie.
Na gazeta.pl czytam wyłącznie nagłówki starając się nie widzieć obrazków i szybko zjeżdżam na sam dół, tam gdzie jest plotek czy inny pudelek.
Po czym stwierdzam, że i tak nie wiem o kim tam piszą, więc zamykam i idę na demotywatory.
Na demotywatorach powiedzą mi, że Szwecję opanowali islamiści a 500+ to samo dobro jest. Oraz, że Szwecja to piękna i demokratyczna jest podczas gdy polska demokracja właśnie jest dobijana. I że lasy płoną. I Polacy jadą je gasić. Chwała im ale to chamstwo, że jadą gasić Szwecję co nam potop zrobiła zamiast pomagać  swoim co ich jakaś lokalna rzeczka zalała.
Jak mnie zmęczą idę na facebooka.
A tam mam bezdomne pieski polskie.
Bezdomne kotki szwedzkie.
52książki.
Chusty ręcznie robione.
Oraz kilku znajomych.
Więc nie mówcie mi, że nie wiem na jakim świecie żyję.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

143. Głupota. I SKS po prostu…

Od jakiego czasu bolał mnie bark. Bolał i bolał. Myślałam, że to ostatni wygłup mojej suki mi ten ból załatwił, bo jakoś tak się zbiegło. Czekałam, że minie, nie mijało, poszłam do Eriki-kiropraktorki, która mi dwa lata temu życie uratowała, jak mi się coś z dyskiem porobiło. Erika mnie pamiętała najbardziej z tego, jak przyszłam do niej pierwszego dnia prawie nie mogą mówić z bólu.
Zrobiła mi dwa zabiegi w czasie których postrzelała mi z kości, poszarpała mnie tu i tam.
Zostawiła dwa odciski swych palców, ulżyła też memu portfelowi.
Ale minęły ze dwa dni a tu bark nadal boli.
Niby nie mocno, ale tak po południu to już ramiączko stanika stanowiło problem.
Od jakiegoś też czasu wciąż czułam takie dziwne napięcie w okolicach dolnej szczęki.
Dziwne to takie, bo w zasadzie niby nic, ale niewygodnie.
Wygląda na to, że się jakoś napinam na barkach, szyi i szczęce czy co?
Aż tu wczoraj się obudziłam i czuję dziwną obręcz wokół głowy. I wizg w uszach. Oraz koszmarny ból w obu barkach i ciągnięcie szczęki.
Uznałam, że po prostu przesadzam z napinaniem mięśni. Głupia babo czego się spinasz? strofowałam sama siebie, powodu wszak nie masz żadnego, znowu coś sobie składasz. Przypomniałam sobie, że mam nieużywane tabletki na rozluźnienie mięśni co to mi kiedyś jakiś doktor wypisał, że niby na bóle głowy budzące mnie nad ranem mają pomóc. Wzięłam dwie. Na ulotce napisali, że 3tabletki 3 razy dziennie. To mi chyba dwie na raz nie zaszkodzą, nie?
I dopiero jak je łyknęłam to przypomniałam sobie, że może by tak zmierzyć ciśnienie.
Zmierzyłam.
140/90.
Sprawdziłam internety, bo jak zwykle cyfrowe dane mi nic nie mówią. Internety mówiły, że nie jest dobrze. Ba. Tyle to i ja sama wiedziałam. Wizg w uszach się nasilił, do tego doszło jakieś dziwne roztelepanie, senność i niepokój.
Kurde, dostanę wylewu? Przestraszyłam się. Mam wzywać jakąś pomoc? No, nie bez przesady 140/90 to nie jest AŻ takie nadciśnienie, ludzie miewali i po 200 coś tam.
Zapytany internet zaproponował moczenie nóg w ciepłej wodzie i wypicie szklanki wody z cytryną. Moczenie nóg odpadło z prozaicznej przyczyny: nie mam w czym ich moczyć. ALe wodą uraczyłam się skwapliwie.
Faktycznie zaraz po tej wodzie spadło ze 140/90 na 127/90. Ale nadal było mi licho.
Zagadnęłam córkę. Poradziła bym zadzwoniła na taką specjalną linię gdzie udzielają rad i ewentualnie, w razie potrzeby zamawiają wizytę w czymś w rodzaju pogotowia. No i żebym sprawdzała co jakiś czas, bo jakby to 90 wzrosło do 100 i więcej to mam ją zawołać to pójdziemy razem do szpitala na tzw AKUT czyli SOR.
Zadzwoniłam. Byłam 64 w kolejce. Po 15 minutach czekania objawy zaczęły ustępować. Po 20 minutach przypomniałam sobie owe dwie tabletki. Po kolejnych 5minutach, będąc już tylko 15 w kolejce połączyłam kropki i rozłączyłam się.
Głupota bywa uciążliwa i niestety uleczalna nie jest.
Nadciśnienie da się leczyć.
Dziś znowu tylko lekki ból barku i naciągnięta szczęka. 140/90 się wyraźnie we mnie zadomowiło.
Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: Starość, kurwa, starość.
Wizytę u lekarza mam 27.
Dieta bezcukrowa Wojna z cukrem w toku. Czasem polegam. Ale kawę konsekwentnie piję tylko z mlekiem. Nadal jest tak samo niedobra jak dwa tygodnie temu.  Cóż. Jak mam za wysokie ciśnienie, to kawa bez cukru powoli przestaje być problemem, nie? Po prostu odstawię kawę.
I co mi zostanie z życia? Nie palę, alkoholu nie piję bo nie lubię, słodyczy nie wolno, bo wiadomo, kawę też mam pożegnać. Chyba naprawdę zacznę się rozglądać za marychą. Może nie będę zdrowsza, ale przynajmniej weselsza.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 18 komentarzy

142.

Kilka dni temu zobaczyłam na plaży dziewczynkę w burkini i cała moja wiara w moją tolerancję poległa sromotnie.
Nie. Nie. Nienienienienienienie.
Nic mnie nie przekona, że dziewczynka lat na oko 9-10 sama z siebie zakłada na siebie tony elastycznych szmat i w tym chodzi na plażę.
Nic nie przekona mnie też, że tak być powinno. Że tak jest dobrze. Że nie dzieje się temu dziecku żadna krzywda. Uważam, że powinno to być zabronione w stosunku do dzieci. Po mniej więcej15 -18 roku życia dziewczyna może sama decydować czy chce tę chustkę czy nie.  Ale do tego czasu – nikt nie ma prawa jej tak ubierać.
Dobra. Wiem, że rodzice ubierający dziewczynkę w burkini i biorący ją plażę są i tak mocno postępowi. Większość po prostu na tę plażę nie idzie…
Kurczę, ja nie chcę ingerować w czyjąś religijność, ale fanatyzm narzucający innym ludziom sposób życia budzi we mnie głęboki sprzeciw.

Tu wszyscy ci, którzy wierzycie w jakąkolwiek siłę wyższą macie moment by opuścić dalsze czytanie.

Nie wierzę.
Nie wiem kiedy to się stało, ale zwyczajnie nie wierzę w życie po życiu, w siwego, łagodnego starca z brodą ferującego wyroki, w 17 dziewic w raju (doprawdy? to miałaby być ta nagroda? ) ani w cokolwiek innego. Po prostu – nie. Choćbym się nie wiem jak starała, mój umysł jest zbyt racjonalny.
Oczywiście wierzę, że przed ilomaś wiekami żył gdzieś tam człowiek o imieniu Jezus, który robił rzeczy niezrozumiałe dla współczesnych. Uleczał, zamieniał wodę w wino, chciał zmieniać świat. Ale łatwiej mi uwierzyć, że był kosmitą niż w niepokalane poczęcie Maryi.
Generalnie gdzieś w głębi duszy uważam, że był to człowiek, który umiał robić sztuczki i miał charyzmę. Na szczęście lub nieszczęście chciał to wykorzystać z pożytkiem dla innych a nie dla siebie. I tak różnej maści cwaniacy podpinając się pod tę osobę ukuli największe łgarstwo świata mające na celu podporządkowanie sobie tłumów i zgromadzenie nieprzebranych bogactw.
Tak postrzegam zresztą każdą religię.
Bardziej wierzę w człowieka, w niezbadane możliwości ludzkiego ciała i umysłu.
I darujcie sobie argumenty o tym, że świętuję Boże Narodzenie i Wielkanoc bowiem świętuje także Noc Świętojańską czyli Midsommar ale to nie czyni ze mnie wyznawczyni mitologii germańskiej czy słowiańskiej.
Owsem, staram się być porządnym człowiekiem, ale to znowu nie w lęku przed piekłem czy nadziei na niebo a zwyczajnie dlatego, że uważam, że tak należy.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 3 komentarze

141.

Nie ma dnia żeby ktoś mnie nie zaczepił:
– Ale masz pięknego psa…
Uśmiecham się miło i dziękuję.
Tosia merda ogonem od niechcenia bo ona doskonale wie, że mowa o niej oraz, że jest niezwykła.
Zwykle chwilę po pochwałach na temat tosinej urody padają słowa:
– Dobrze masz z psem, bo masz zawsze powód żeby wyjśc z domu. Nawet jak bardzo ci się nie chce.
Tu się uśmiecham i przytakuję. Bo co będę tłumaczyć?
Ludzie to myślą, że jak mam wielkiego psa to taka aktywna jestem, no bo przecież pies to chce spacerować.
Taaa…Psy może i chcą. P_Sunia chciała, zawsze i dużo. Ale nie Tosia.
Tosia owszem, zna się na zegarku i czasu wyjścia pilnuje. Jak powiem, że idziemy o ósmej to za 5 ósma pies zaczyna latać, trącać mnie nosem i w ogóle uprzykrzać życie. Jak powiem, że o 8:30 to o 8:25 się aktywizuje.
No ale nie idzie na dwór po to, żeby jakieś sporty uprawiać. No a na pewno nie w tych tropikach.
Wychodzimy z domu. Tosia zwyczajowo ciągnie w miasto, a ja do parku. Kończy się oczywiście tym, że idziemy przez miasto, bo co się będę z psem szarpać jak dla mnie wszystko jedno. Dochodzimy do biblioteki, tu pies zostawia mi dowolność, choć czasem lekko się opiera przeciw skręceniu, bo ona by wolała prosto.
Po kilkunastu minutach Tosia załatwia potrzeby fizjologiczne, ja sprzątam i ruszamy dalej…do najbliższego skrawka trawnika, najlepiej w cieniu i przewiewie. Tu Tosia uwala się jak długa i leży tam aż mnie się nie znudzi stać nad nią. Po kilku minutach łagodnej perswazji tudzież środków przymusu bezpośredniego pies wstaje niechętni i noga za nogą wlecze się tam, gdzie ją prowadzę. Idąc pilnie wypatruje kolejnego miejsca w którym można znów się uwalić w trawie.
I tak mniej więcej chodzimy sobie dwa razy dziennie.

Zwróćcie uwagę na paszczę odwróconą, co udaje, że w ogóle nie rozumie o co mi chodzi.
Ostatnio zaprzestałam namawiania Tośki do aktywności, chce leżeć w trawie, niech leży, byle wybierała takie miejsca, gdzie i ja mogę koło niej posiedzieć. Dajcie spokój temperatury tropikalne, kto by się tam jeszcze męczył w tym upale.
Inna rzecz, że pies jest rozbisurmaniony jak dziadowski bicz. Czyli jak mówi Człowiek: zborsuczyła się bura suka. Noce są gorące i ciężko mi się śpi,  a po takich nocach jeszcze ciężej wstaje. Tośka tez się męczy, zaprzyjaźniła się nawet z wiatrakiem i nocami sypia w zasięgu jego śmigieł. No chyba, że wstanę nad ranem, zaspana do toalety…wtedy wracam i mam tak:

A owszem, jasno bo to jakaś 5 rano to pełnia dnia.

A poza tym to eM wPolsce, Yankie pracuje popołudniami więc mam chatę wolną i mogę robić różne rzeczy: np. latać w stroju niekompletnym lub słuchać muzyki na cały regulator.

Wczoraj zupełnym przypadkiem znalazłam to:

Poszłam tropem dalej. W efekcie kupiłam jej pierwszą płytę Parsley. I słucham od rana. I z każdym przesłuchaniem podoba mi się coraz bardziej.  A to tu brzmi równie dobrze gdy śpiewa z Dawidem Podsiadło  na koncercie jak i całkiem sama w studio jak i na pomoście gdzieś nad dużą wodą. Co dowodzi, że jej głos jest prawdziwy.
Posłuchajcie bo to jest coś naprawdę niezwykłego. To powinien cały świat znać.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 141. została wyłączona

140. Lato w pełni

W sumie to tylko tyle.
Lato nas rozpieszcza w tym roku. Jest ciepło, bardzo ciepło, upalnie. Niestety -susza więc wszystko dookoła ma kolor sierpniowy. Chowamy się w cieniu, pijemy zieloną, zimną herbatę, nocą śpimy przy wiatraku, chętnie na macie chłodzącej. My to znaczy Tosia i ja. Z tym, że na macie sypiam ja. Tosia pogodziła się z wiatrakiem, mam nawet wrażenie, że układa się tak, by na nią dmuchało. A to nie było takie oczywiste na początku. Te nieoczekiwane podmuchy wzbudzały jej nieufność i jak to Tosia wycofywała się na z góry upatrzone pozycje.
Czemu ja się wcale nie dziwię gdyż, mimo iż jestem osobnikiem nieco bardziej zaawansowanym technologicznie, sama ów wiatrak traktowałam nieufnie. No co? A jak się ta obracająca głowica ześliźnie ze stojaka i wiatrak odfrunie, gubiąc po drodze osłonę zamieni się w …no…to takie …azjatycką gwiazdkę do mordowania? Przecież to jest całkiem możliwe.
Na fali upału popełniłam szaleństwo i zakupiłam sobie tankini, bo może pójdę na plażę. Firma Flirtelle zrobiła mi miłą niespodziankę i była uprzejma wykonać taką rozmiarówkę, w której nawet ja nie osiągam wymiarów najwyższych. Miłe jak zamiast miski rzędu JJ czy KK  możesz sobie sprawić HH. Nawet jeśli to HH ma rozmiar misy na grogg. Ale na psychikę dobrze robi jak widzisz, że do końca rozmiarówki masz jeszcze trochę.
Tankini przyszło. Założyłam.  Powalczyłam z drutami. Zdjęłam. Za jakiś czas znowu założyłam. Powalczyłam z drutami…Noż kurde! Fiszbiny i ja to jednak historia wojen wszelakich gdzie stroną przegraną jestem ja. Zawsze ja. Niby rozmiar dobry, niby wszystko leży jak trzeba, ale uciska mostek, kłuje w pachę, piłuje po żebrach. Tu odginam, tam odciągam, ówdzie podciągam. Dupatam…Godzinę, dwie na plaży w pozycji leżącej lub stojącej wytrzymam. Cały dzień, siedząc przy biurku- NIE.
Kurde. Jakby faceci mieli cycki to już dawno byłyby wymyślone jakieś naprawdę wygodne systemy podtrzymujące. Albo wszelkiej maści zabiegi podnoszenia, zmniejszania-powiększania byłyby dostępne za symboliczną opłatą jak manikiur.
Ech.
W międzyczasie Tosia odbyła swą rytualną ruję. Co w Szwecji nie jest specjalnie uciążliwe dzięki brakowi psów latających luzem. Jednego dnia w parku, już pod koniec, Tosia spotkała inną panienkę. Obie bardzo były siebie ciekawe więc dostały zezwolenie na zadzierzgnięcie więzów przyjaźni. Ta druga niestety okazała się wredną suką i rzuciła się z paszczą do Tosi, na co Tosia nie została jej dłużna i rzuciła się do niedoszłej koleżanki. I tu siurpryza, bo Tośka szarpnęła smyczą z całej siły a na jej drugim końcu byłam ja i moja prawa ręka.
Na drugi dzień schyliłam się by schować blaszkę pod piekarnik…i tak zostałam. No dobra, potem się jakoś wyprostowałam, ale bolało.
Tydzień później nadal bolało. Choć może nie tak ostro, ale ból sobie szarpał a to pod łopatką, a to w barku…
Wreszcie odszukałam moją Ulrikę, co mi życie dwa lata temu uratowała, kiropraktorkę. Pamiętała mnie. Pamiętała jak wszedł do niej umordowany bólem wrak człowieka, który nawet mówić nie miał siły. Musiało to być jednak spektakularne. Powiedziałam, że też dobrze to pamiętam i dlatego przychodzę bo nie chcę czekać aż będzie gorzej. Nie powiedziałam, że mam nadzieję, także i na to, że szybsze reagowanie oszczędzi nieco mój portfel. Pogniotła mnie, postrzelała z kości, poszarpała tu i ówdzie. Pewnie będzie lepiej…od jutra bo dziś mnie bolą wszystkie te miejsca gdzie umiejętnie wsadzała swoje paluchy.
Podpowiedziała mi sposób na odciążenie ramion od stanika. KLAMERKA! zbierająca ramiączka na plecach. Powiedziała, że w sklepie bieliźnianym na pewno jest.
Poszłam. Kupiłam, ale nie plastikową klamerkę lecz zapinany paseczek. Kurde. Taka prosta rzecz. I nagle: ramiona odciążone i cycki uniesione. Na co komu druty?!
Poza tym byliśmy znowu u kolegi Adama a potem wraz z nim na wycieczce na Vetter.
Efektem wizyty u Adama jest nowe wyzwanie: 7 dni bez cukru.
Odstawiłam cukier całkowicie. Kawę piję wyłącznie z mlekiem. I ZERO cukru w jakiejkolwiek postaci. Bez oszustw. Nie miód, syrop z agawy, cukier brązowy czy stevia. Nie dżem na chlebie. Nie słodka buła.
Dwa dni było licho, ale może z powodu zmęczenia w ogóle? Dziś jakby lepiej. No ale pewnie, że by się chciało chleba z dżemem. Ale nie- jak odtrucie to odtrucie. Ciekawa jestem efektu, bo podobno po tygodniu wszystko słodkie smakuje zupełnie inaczej. A ja mam nadzieję utrzymać jak najniższe spożycie cukru. (Adam popatrzył w moje wyniki z Polski i powiedział, że wprawdzie jeszcze nie jest najgorzej, ale jak niczego nie zmienię to jakieś takie wieńcówki, cukrzyce i różne inne takie przyjemności mam jak w banku za lat kilka). Mobilizuję się do kijkowania na powrót.
No i muszę zacząć lepiej zarządzać czasem, bo klientów mam już tylu, że jak nie zacznę się lepiej organizować to będę zostawać w czarnej dupie. Czyli kończy się rumakowanie.

A teraz w nagrodę za doczytanie do końca zdjęcia z wycieczki.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

139

Z ostatniej chwili!Kupiłam sobie wczoraj płaszcz przeciwdeszczowy. Jest malinowo-czerwony, gumowy na podszewce. Nie żaden męski sztormiak tylko normalny, płaszcz. Piękny. Jedyna wada: za długie rękawy, no ale tak to jest jak się kupuje nie na siebie tylko na biust.
Poszłam w nim do sklepu. Deszcz nas zmoczył. Mnie i mój piękny płaszcz.
Już widziałam jak następnego dnia rano będę szyku zadawać na spacerze z psem. Żadna ulewa już mi nie była straszna.
Tymczasem w nocy…w nocy ktoś zabrał chmury i wypucował niebo.
Chamstwo! I jak ja teraz mój płaszcz przetestuję? Hę?

Tak, że tak. Mówiłam: chcesz zmiany pogody? Kup sobie gadżet na tę istniejącą. Tylko gadżet ma być solidny, powodujący przyspieszone bicie serca i chęć spania w jednym łóżku. Zmiana pogody – murowana.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 1 komentarz

138.

Obudziłam się przed drugą. I już nie zasnęłam. Możliwe, że podrzemałam – 5 minut – walanie się -5 minut i tak dalej.
Wypiję kawę i jak mnie nie zmuli to popracuję.

Od kilku dni leje. I zrobiło się zimno. Ot i po lecie zdaje się.
Mówiłam, że jak lato będzie wiosną, to latem będzie jesień. No i mamy. Temperatura maksymalna 13 stopni. W czerwcu. Japrdle.

W niedzielę były wojskowe zawody w triathlonie. U nas, w mieście. Jeszcze było ciepło, aczkolwiek deszczyk siąpił. Poszłam z mężem i aparatem popatrzeć. Nie jestem entuzjastką sportów wszelakich, ale odkryłam, że z okresu ostatnich 18 miesięcy mam 2 zdjęcia, które chciałabym wywołać. Dwa! I postanowiłam to zmienić. Napstrykałam zdjęć sportowcom, w tym jedno fajne Polkom tuż po ukończeniu ich występu.

Zaczęło padać, a mnie bolały plecy, namówiłam męża na kawę w kawiarence na Torget.
W kawiarence najwyraźniej rządziła Kawka. ALbo przynajmniej uważała, że ona tam rządzi. Ledwie zajęliśmy miejsce przy stoliku na zewnątrz, pod parasolami, usłyszałam jej głos. Mamrotała coś do siebie siedząc na stoliku nieopodal. Kręciła szarą główką rozglądając się bacznie na wszystkie strony, jasne oczko łypało na przechodzących ludzi. I ciągle gadała. Gadała tonem zaaferowanej gospodyni, która podejmuje gości i musi dopilnować, żeby wszystko szło jak należy.  Ktoś przechodząc machnął na nią parasolem. Odskoczyła, zamachała rękami skrzydłami, wskoczyła na dach (przysięgam, nie pofrunęła, ale właśnie wskoczyła) i dawajże z tej wysokości opierdzielać niegrzecznego gościa. Strasznie była oburzona!
Dawszy upust złości zeszła z dachu i usiadła koło nas, na płotku. Chyba jeszcze nieco gniewna,  lekko zaperzona, zwierzała nam się z chamskich zachowań niektórych ludzi.

Podfrunął jakiś Wróbel zwabiony zrzuconym okruchem. Spojrzała na niego z góry i zagadała coś pouczająco.

Zapytałam czy mogę jej zrobić zdjęcie. Krygowała się przez chwilę, że ona taka zaganiana, zajęta, nieprzygotowana, ale wreszcie przysiadła na oparciu krzesła, upozowała się i zamarła.

Pożegnała się chwilę potem i wróciła do swych zajęć. Znów, gdzieś nad głową słyszałam jej zaaferowane wyrzekania na gości i personel.
Oczywiście, można mi nie wierzyć i wmawiać, że Kawka polowała na kawałek ciasta, ale ja swoje wiem.

Deszcz się rozpadał tak, że organizatorzy zdecydowali, że nagradzanie zwycięzców odbędzie się gdzieś indziej. A wyniki najwyraźniej utajniono, bo nie sposób ich znaleźć.
Torget  i kawiarenka opustoszały momentalnie.

I tylko co wiekowsi Szwedzi dawali świadectwo szwedzkiemu porzekadłu:
Det finns inget dåligt väder, bara dåliga kläder.
Czyli: nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania.

Pobawiłam się chwilkę aparatem i poszłam do domu.

I tak od niedzieli mamy pogodę stabilną: stabilnie leje niemal bez przerwy. Wczoraj zdesperowana poszłam szukać kurtki przeciwdeszczowej. Po pierwsze dlatego, że parasol+pies=niemożliwe.
Po drugie, bo parasol+bolące ramię=jeszcze bardziej bolące ramię.
Po trzecie nowa zabawka związana z pogodą =natychmiastowa zmiana pogody na alternatywną. Nie wierzycie? Kupcie sobie przepiękny parasol, albo kalosze. Albo odwrotnie: nowy strój kąpielowy bądź okulary słoneczne czy kapelusz.
Niestety: kurtki, jak to w Szwecji, są w trzech jedynie słusznych kolorach, z tym że odwieczną czerwień zastąpił pudrowy róż. Poza tym można wybierać w kolorach: biały lub czarny. A nie, przepraszam. Jest jeszcze granatowy. Czyli gama kolorów rośnie.

eM poszedł właśnie do pracy. Człowiek mi miga w okienku, że chodź się pointegrować. Kawa wystygła. Pies chrapie, za oknem wydzierają się mewy.
Dzień dobry.
A co u Was?

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 5 komentarzy

137. Tosia i ja. Oraz Wrona

I nadszedł wieczór dnia kolejnego,a upalnego do granic. O godzinie późno- popołudniowej wywlekłam Psa swego na spacer nad rzekę by umęczone upałem zwierzę w wodzie się ochłodziło.
Późne popołudnie w języku mieszkańców środkowej Szwecji oznacza mniej więcej godzinę 20. Psa schłodzić trzeba było pomimo posiadanej maty chłodzącej, której się Pies boi oraz pomimo włączonego wiatraka, którego Pies też się boi.  Ups…nie „boi” tylko „nie darzy zaufaniem”.
Poszłyśmy starannie wybierając trasę według schematu „w cieniu i najlepiej nie po asfaltowej ścieżce”, żeby zwierzak sobie łap nie poparzył. Oraz żeby Pańci słoneczko do cna zwojów mózgowych nie przepaliło. (Wciąż mam jakieś opory by zakładać kapelusz w mieście).
Minęłyśmy park z zieloną dzięki zraszaczom trawą, na której piknikowały dwie dziewczyny.
Minęłyśmy mocno zacieniony wielkimi bukami plac zabaw, na którym hasały dzieciaki.
Jednym niemal susem przebyłyśmy parking. I już byłyśmy nad rzeczką opodal krzaczka. Tośka wystrzeliła nagle do przodu, plażujące kaczory uniosły się dostojnie i z oburzonym kwakaniem odeszły kawałek dalej.
Prawie jak Sangwicz i Skoczwiski*

Sandwicz
Znowu intrygi.
Skoczwiski
Przeklęta Europa. ”

Tośka wlazła do wody po brzuch. Pochłeptała. Popatrzyła w dal, bo Tosia jak wiadomo ma duszę pieską-niebieską z filozoficzno -estetycznym kierunkiem. I czasem się tak zagapia jakby i ją zatrzymywał w miejscu zachwyt nad światem. Teraz zatrzymała ją w miejscu łódź motorowa, z gatunku tych bardziej luksusowych. Łódź powoli i ostrożnie zakręcała, na łodzi siedziało trzech chłopaczków. Chłopcy patrzyli na Tosię, Tosia patrzyła na łódź, albowiem Tosię fascynują sporty motorowodne. Nie, żeby miała sama uprawiać, ale popatrzeć lubi. Zatem patrzyła.
Łódź zawróciła,nabrała prędkości i odpłynęła. Woda się rozkołysała i fala podpłynęła do Tosi stojącej wciąż po brzuch w wodzie. Tosia prychnęła, zmierzyła wodę groźnym spojrzeniem, a potem wyszła na brzeg.
Idziemy dalej- zdecydowała-Ta woda tutaj nie umie się zachować.
Potem przed nami ukazały się dwa pieski prowadzące dwie panie. Pieski były wielkości Yorka, dlatego Tosia strasznie się chciała z nimi przywitać. Bo York z Yorkiem zawsze się dogada, prawda? (Przypominam, że w głębi duszy Tosia jest Yorkiem). Nie wiadomo dlaczego tamte dwa zaniosły się jazgotem. Tosia nie odpyskowała, bo pyskówki są poniżej jej godności.
Doszłyśmy do drzewka i ławeczki pod nim. Tu zdecydowałam, że dość tego dobrego, wracamy. Na co Tosia przybrała pozę „a założysz się?” czyli mówiąc po ludzku rozwaliła się na trawie. Przysiadłam na ławeczce. Tosia uznała, że ławeczka to dobry pomysł i też się tam przeniosła by po chwili stwierdzić, że jednak nie i wrócić na trawę.
Drzewko dawało cień. Od rzeki zawiewał wiaterek. Pachniało wodą i suchą trawą. Z oddali dobiegały stłumione odgłosy miasta, a poza tym cisza…

…cisza byłaby idealna, gdyby nie rozlegający się co chwila, tuż nad głową, głos:
-Kra! Kra! Kra!
Podniosłam oczy do góry.
Ptaszydła nie było widać w gęstym listowiu, ale musiało tam tkwić bo znów sie rozległo:
-Kra! Kra! Kra!
Tosia też podniosła głowę. Wreszcie zlokalizowałam czarno-szary kształt na gałęzi tuż, tuż nad moją głową. Duże ptaszydło.Wrona.
-Kra! Kra! Kra!- nawrzeszczała na mnie gdyśmy nawiązały kontakt wzrokowy.
To nie było przyjacielskie zagadywanie. W tym głosie było coś natarczywego, nieprzyjaznego.
To brzmiało jak:
„IĆ STOND! IĆ! SIO! SIO! ZJEM CIEBIE! I TWOJEGO PSA! IĆ STOND!!!!”
Nie dało się tego zignorować, w głowie natychmiast zaczął się wyświetlać film Hitchcoka…
Podniosłam się.
-Kra! Kra! Kra!
-Nie drzyj się, już sobie idziemy – odpyskowałam Wronie, która z gałęzi przeniosła się na asfaltową ścieżkę.
– Tosia, wejdziesz jeszcze do wody? – zaproponowałam obłudnie, żeby nie było, że przed ptakiem zwiewam.
Zerknęłam na Wronę. Udawała, że na mnie nie patrzy, ale tkwiła na ścieżce jak przymurowana, bokiem do mnie, z łebkiem odwróconym w przeciwną stronę. Ale prawe oczko wydawało się czujne.
Pomyślałam, że musi mieć tu gdzieś gniazdo i próbowałam się oddalić wbrew temu co na ten temat sądziła Tośka.  Bo Tośka, wylazłszy z chlupotem z wody, zwęszyła coś w wysokiej trawie nieopodal i całą stanowczością swych trzydziestu ośmiu kilo pociągnęła w tamtą stronę.
Łypiąc jednym okiem na Psa, drugim skontrolowałam Wronę, bo jej wrzask stał się jeszcze bardziej natarczywy. Dystans między nami jakby się nieco zmniejszył.
Ściągnęłam smycz z całej siły, odciągając psią paszczę od ciemniejszej plamy w trawie.
Gniazdo? Młode?
(Niebieski kwiat i kolce, niebieski kwiat i kolce…Byłoby łatwiej jakbym nie był daltonistą…)
Byłoby łatwiej rozpoznać jakbym miała okulary korekcyjne, a nie przeciwsłoneczne.
Wrona darła się już nieprzerwanie i coraz bardziej groźnie.
Tośka niechętnie dała się odciągnąć, ale kierunek z którego przyszłyśmy wybitnie nie leżał w jej zamiarach. Pociągnęła mnie w drugą stronę: wprost na Wronę.
– Tam nie! – wytłumaczyłam psu – Wrona się nas boi.
Nie dodałam, że co najmniej jedno z nas boi się Wrony.
Tośka pokornie dała się odprowadzić w kierunku, z którego przyszłyśmy.  Zerknęłam na Wronę. Nie krakała. Stała na ziemi,  jakieś trzy metry ode mnie i udawała, że na mnie nie patrzy. Udawała, bo chwilę wcześniej, kątem oka zauważyłam, że kica w moim kierunku z nastawionym wojowniczo dziobem.
Odwróciłam się do niej tyłem. Kolejne dwa kroki z wrzeszczącym ptakiem za plecami. Czy mi się zdawało czy ten głos się nie oddalał? Znowu zerknęłam przez ramię i zobaczyłam jak Ptaszydło znowu kica w moim kierunku wrzeszcząc swoje:
-KRRRA! KRRRA! KRRRA!
Widząc, że się do niej odwracam zacichła, znieruchomiała, zapatrzyła w dal, starnnie omijając mnie wzrokiem. Niewiniątko!
Kolejne kroki i kolejna porcja wyzwisk za plecami. Znowu rzut oka przez ramię. I znowu dystans między nami taki sam. Zatrzymałam się, odwróciłam.
Oczka zapatrzone w dal, cisza i ta niewinna mina.
Ktoś cię wyzywał? Naprrrrrawdę? Ktoś do ciebie pyszczył? Ojejej, jaka przykraaaaaa…
Znowu ruszyłam. I znowu ten natrętny, wciąż nieoddalający się wrzask. Nieoddalający? Mało tego: zbliżający się!
Zatrzymałam się, zamachałam rękami:
-Szszszszoooo! – zasyczałam groźnie.
Odkicała z powrotem pod drzewko nadal starannie omijając mnie wzrokiem.
Ruszyłam przed siebie, za plecami znowu słyszałam wrzask, ale tym razem już się oddalał.
Tośka popatrzyła mi w oczy.
– Aleśmy tej Wronie kota popędziły, co? – powiedziała.
Bohaterka, psia jej sucza mać…

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 137. Tosia i ja. Oraz Wrona została wyłączona