148. Desperacja jesienna

Coroczna desperacja jesienna chyba nadeszła.  Adam twierdzi, że zawsze jesienią „desperuję” ale zwykle zaczynało się to koło listopada. W tym roku wcześniej. Może to przez to lato…
Było cudnie, naprawdę. Upał mi nie przeszkadzał, całe dnie kryłam się w półmroku mojego piwnicznego pokoju, chłodziłam wiatrakiem, zimnymi napojami różnej maści, produkowanymi na własną rękę wynalezione przepisy traktując jako inspirację.
I głowa była jakby spokojniejsza.
Przyszedł 1 sierpnia i lato się skończyło jak nożem uciął.
Odeszło. Zimne noce, temperatury dzienne też umiarkowane, ale jeszcze jakoś było.
Przyszedł wrzesień… A tu już październik za pasem.
„Minął sierpień, minął wrzesień
znów październik i ta jesień
rozpostarła melancholii smętny woal…”
Jesienne zawirowania pogodowe źle wpływają na mój stan. Pobolewa żołądek. Ale najbardziej znowu dokucza głowa. Boli i boli…
Tabletki przeciwmigrenowe wzięłam dwa razy. I nie wiem czy zdecyduję się na trzeci. Owszem – ból głowy zniknął. Ale w zamian miałam takie objawy, że nie wiem czy jednak nie wolę bólu głowy. Tak siak – wyłączona z życia jestem. Ani pracować,  ani cokolwiek innego. Leżeć, drzemać, w ciemnym, zamkniętym pomieszczeniu, odizolowana od dźwięków, światła i zapachów.
Tak było w piątek. Do dziś łeb boli …Jak żyć?
Jednak jakoś próbuję, choć z coraz mniejszym zapałem. Chodzę rozdrażniona i współczuję każdemu, kto jest zmuszony się ze mną zadawać. Nawet Tośce się obrywa. Znaczy nie fizycznie, burczę na nią gdy znowu pcha się pod nogi lub żebrze przy talerzu.
Tylko PannaS nie obrywa. Ale to PannaS. Zadziwiające jak mało kłopotliwe, mało absorbujące potrafi być dziecko, niedostrzegalne niemal.
Wygodne to bardzo gdy się cierpi, ale w głębi serca mam obawy, że nie buntujące się, zbyt grzeczne dziecko nadrobi wszystko z nawiązką w późniejszym czasie. I o ile bunt dziecka jest w sumie łagodny w konsekwencjach, o tyle bunt nastolatki może być bardzo niszczący dla niej samej. Znowu patrzę za daleko w przyszłość?
Tak mam…Uświadomiłam sobie ostatnio, że zawsze miałam taką cechę…
Wiecie jak to jest: oglądasz sobie film typu Speed. Bohaterowie pokonują kolejne pułapki, rozwiązują problemy, ratują siebie z opresji, nieuchronnie prędzej czy później padają sobie w ramiona, zwyciężają zło i wreszcie odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca.  Ckliwy kawałek muzyczny, The End, kurtyna, oklaski. A ja po zapaleniu światła w sali kinowej nie umiem przyjąć zakończenia.
Ale co dalej z bohaterami? Żyli długo, szczęśliwie i razem ? WĄTPIĘ. Poznali się w ekstremalnej sytuacji, jak żyć po czymś takim, jak żyć gdy opadnie adrenalina, wrócić do trywialnego wynoszenia śmieci?
Wkurzające to, bo film to film, nie chodzi o część dalszą tylko o to tu i teraz pokazane w filmie. A ja nie potrafię, i muszę widzieć dalej.
To samo w życiu.
Moja córka na nowo układa sobie życie. Jest pełna zapału, wiary, czy ja wiem czego jeszcze? Przenosi swoje życie do człowieka, którego zna trzy miesiące. A ja ją pytam: a co będzie jak się pokłócicie, rozstaniecie, jak on okaże się wcale nie taki jak sądzisz? Dokąd wrócisz, gdzie się podziejesz jak zrezygnujesz z własnego mieszkania? Ona trzaska drzwiami mówiąc, że jak zawsze żałuje, że ze mną rozmawia o swoich sprawach.
Ja się obrażam, bo dlaczego ona taka głupia i mnie nie słucha?
Znowu film.
Bohater jest dostawcą alkoholu. Któregoś razu bierze butlę drogiego alkoholu, żeby się napić. A ja myślę: jak może być taki głupi i nie myśleć o konsekwencjach? A potem się zdziwi, że znowu stracił pracę.
Zawsze patrzę dalej. Zawsze nim cokolwiek zrobię usiłuję przewidzieć konsekwencje i obliczyć czy najgorsze z nich są warte tej chwili. Czasem tak, czasem nie.
OKROPNE! Nie umiem być beztroska, żyć chwilą, tu i teraz.
A z drugiej strony strasznie mnie wkurza kompletny brak zastanawiania się nad tym co będzie później. Czasem mam wrażenie, że w całej mojej rodzinie nikt o tym nie myśli. Ot dziś fajnie, a jutro się pomyśli. Jutro się zazwyczaj płacze, zgrzyta zębami i idzie do mnie, bo może coś wymyślę.
I czasem sobie myślę, że może gdybym wiedziała, że ktoś inny popatrzy dalej i się zastanowi to ja bym może już mogła odpuścić.
Tymczasem wstaje nowy dzień. Wraz z wychodzącym słońcem czuje coraz mocniejszy ucisk w skroniach.
Znowu będzie boleć.
Szlag.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

147. Migrena…w granicach normy

No to wychodzi na to, że te nocne ataki bólów głowy są jednak migrenowe. Po szarpance ze szwedzką służbą zdrowia oraz lekarką, która NIE CHCIAŁA zobaczyć problemu, a którą wreszcie pisemnie nieco zjechałam, że mnie lekceważy a ja nie mam jak żyć, wreszcie dostałam receptę na leki przeciwmigrenowe. Na zasadzie: jak pomogą to migrena jak nie- to nie, poszukamy dalej.
No i dziś o 4 rano nadejszła wiekopomna chwila…
Nie wierzyłam w skuteczność, a wiedziałam, że lek ma nieprzyjmne skutki uboczne, bo mnie kiedyś Regina próbę półówką poczęstowała. Cztery godziny, dwa naprokseny później i skrócony spacer z psem później łyknęłam.
Kwadrans później na mą obolałą głową spłynęła ulga. Chaust powietrza…a potem mnie rozjechał walec.
Do tej pory jestem śnięta, ale wszelkie dolegliwości zgadzają się z ulotką. Adam, kolega migrenista i lekarz przy okazji mówi, że po kilku dawkach organizm przywyknie i już mnie ten walec nie będzie rozjeżdżał. Oby.
A poza tym to  za sześć tygodni się przenosimy do większego mieszkania. Co generuje stres i wkurw, ale teraz nie chcę o tym pisać.
Szykuje mi się objazd po Polsce w towarzystwie Szweda czyli służbowy. Mimo wszystko liczę na chwilę przyjemności. Jeszcze nie wiem kiedy…
A poza tym wyskoczyliśmy z mężem do Danii, na północ. Można powiedzieć, że Północną Jutlandię zjeździliśmy od morza do morza. Byliśmy nad morzem północnym, srebrzysto turkusowym, z ogromnymi falami, długaśnymi i pustymi plażami, surferami, wydmami porośniętymi szmaragdową trawą i usianymi bunkrami. Widzieliśmy latarnię morską Rudbjerg Knude zniszczoną przez piasek, stojącą na krawędzi piaszczystego klifu. Widzieliśmy Råbjerg Mile: wielkie, pustynne wydmy w środku lądu. Widzieliśmy wieżę Kościoła Pod Piaskiem (mniejsze wrażenia). Byliśmy w Oceanarium i w Bunkermuseet oraz w Thy National Park. No i wjechaliśmy samochodem na plażę w Hirtshals bo było można, a co? Widzieliśmy wreszcie krzyżujące się  fale w Skagen czyli tam gdzie Bałtycka cieśnina Kattegat łączy się z Morzem Północnym.
Poza Oceanarium, bunkrami i Kościołem pod piaskiem wszystko inne robiło na mnie piorunujące wrażenie. Byłam zachwycona szczególnie światłem, kolorytem i ogromem Morza Północnego. W dodatku te niemal bezludne plaże. Zakochałam się i strasznie tęsknię.
Mieszkaliśmy na kempingach, codziennie innym. Spaliśmy w namiocie, na materacach. Twardo, ale ciepło. Okazuje się, że mój kręgosłup woli twarde, bo się uspokoił. Kempingi wypasione, z gorącą wodą, kuchniami, pokojem telewizyjnym. Luksusy. Inna rzecz, że nocleg tam jest wcale nie taki tani. Ale ma swój urok. Już postanowione, że będziemy tak jeździć tylko musimy sobie kupić większy namiot oraz nieco akcesoriów – w tym coś co może robić za składany płot żeby Tosia mogła jeździć z nami bo tęskni strasznie i płacze jak wracamy. 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

146. Zapachniało powiewem jesieni

Sierpień przyszedł razem z deszczami, wiatrami i ochłodzeniem. Tu u mnie, na równinie Skaraborg sierpień zazwyczaj przynosi jesień. Dnie są już wyraźnie krótsze, o 21 już szarawo, o 23 ciemno. Znowu widać gwiazdy. I nawet jeśli za dnia jest słonecznie i gorąco, to noce już chłodne, często mgliste, z temperaturą w okolicy 10stopni. To sprawia, że woda w jeziorze robi się chłodniejsza i coraz mniej jest amatorów kąpieli.
Kończy się też sezon urlopowy, ludzie powoli wracają z wakacji, firmy znowu zaczynają pracować normalnie.
Idzie jesień.
To w sierpniu zaczynają żółknąć brzozy i lipy. To znaczy – normalnie, bo w tym roku jest jak wiadomo nienormalnie gorąco więc późno jesienny koloryt mamy już od prawie miesiąca.
Szkoda.
Lubię lato, nie narzekam na upał o ile nie jestem zmuszona przebywać całymi dniami na słońcu.
Regina dała mi torbę ogórków z burakami. Ogórki długie, sałatkowe, nie nadają się na kiszenie, zrobiłam z nich słodko-kwaśną sałatkę z chili i czosnkiem. Buraki też chyba zamknę w słoikach, będzie do zimowych obiadów.
Byliśmy z PannąS w Sommarlandzie w ostatnią sobotę. Sommarland to park rozrywki: karuzele, kolejki, park wodny, stawy, place zabaw. Trzeba mieć nasze szczęście by w lato dwustusześćdziesięciolecia pojechać do parku wodnego…i trafić na deszczowy dzień. No dobra, nie cały dzień padało, przez pół dnia i nie bez przerwy ale przelotnie. Za to rzęsiście.
EM z PannąS spędzili cały ten czas w kolejkach do różnych zjeżdżalni co moim zdaniem było bez sensu bo była cała masa innych fajnych rzeczy do robienia a których nie porobiliśmy. Niestety dopiero jak wyszliśmy udało mi się ustalić przyczynę mojej irytacji. Cholerny firewall!

Mój Szwed przyznał mi się, że miał raka, w maju leżał w szpitalu a mi naściemniał, że bierze urlop. Teraz miał ostatnie badania i okazało się, że jest zdrowy. Zabić gada to za mało! Ale to bardzo dobrze pokazuje mentalność Szwedów.
Tymczasem szwed zapytał czy i za ile pojechałabym z nim do Polski jesienią na objazd kontrahentów. Podałam cenę 1000kr/dzień co nie jest ceną wygórowaną – daje stawkę brutto 125kr/godzinę jeśli podzielimy tę sumę na 8 godzin. Taką stawkę miałam jako sprzątaczka.
Szwed myśli…zobaczymy, ale… Pojechałabym…To nic, że męcząco, ale włóczęgo po Polsce, różne miejsca,  różni ludzie. Taka namiastka wakacji.

EM z Miśką byli w Norwegii przez 3 dni. Pierwszego dojechali do Tyssedal czy nieco dalej. Drugiego poszli na Trolltunga czyli Język Trolla. I wrócili. Trzeciego przyjechali do domu.
Nie pojechałam z nimi bo wiedziałam, że nie podołam trasie w jej początkowej fazie gdzie trzeba wejść prawie pionowo pod górę, na około 1km. Ale zazdrościłam bardzo.
Lipa, bo człowiek poproszony o przysługę skopał im zdjęcia jak stoją na jęzorze…Zdjęcia nie pokazują przestrzeni, wysokości, otoczenia. Ot kawałek skały i punkcik na niej -człowiek jakiś tam…
Miśka zawiedziona, eM mniej, bo dla niego się liczy, że tam był, a nie to by mieć co pokazać na instagramie.

Oraz pokłóciłam się z kolegą P, bo mi powiedział, że co ja tam mogę wiedzieć o VATcie i księgowaniu jak znam tylko komunistyczną księgowość.
Co wyraźnie pokazało, że nie dość, że sam jest głupcem, który nie wie nic o Polsce po 1990 roku oraz, że uważa mnie za idiotkę.
Najgorzej, że od dawna wiedziałam, że on się ma za niewiarygodnie mądrego z monopolem na rację. Mądrość jego polega między innymi na tym, że mi udowadniał, że jak się nie ma polskich znaków to lepiej pisać „rurzowy” niż „rozowy”. Albo, mieszkając w Szwecji, podsyłał mi artykuły z dziwnych portali o tym jakoby „ciapaci” władali całą Szwecją czyli gwałcili, grabili i mordowali powszechnie i bez konsekwencji. I dlatego namawiał do głosowania na Sveriges Demokraterna co to głoszą „szwecja dla szwedów”. I nie, on dla siebie nie widział żadnego zagrożenia w tym haśle, bo on wszak ma obywatelstwo szwedzkie.
Zaprawdę, nie wiem po co mi idiota w gronie znajomych? Może po to bym się dowartościowywała czy co?
A na facebooku w grupie MiniMax   gównoburza na temat Rogera Watersa, co na koncercie dał wyraz swej dezaprobacie dla tego co się dzieje w Polsce. Omijałam wielkim łukiem, ale rzuciło mi się w oczy kilka zdań gdzie ktoś negował osiągnięcia muzyczne Watersa.
I kolejny raz stwierdzam, że na cholerę mi ten cały facebook?
Aaaa, już wiem. Messenger.
Wiecie, że o polityke potrafią się pokłócić nawet baby na grupach dotyczących wyłącznie robótek?! Świat oszalał.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 3 komentarze

145. Sie sciemnia

Nawet nie umiem powiedzieć własnymi słowami jak bardzo…
Moje serce jest czarne jak dłonie palacza
Odchodzisz…czuję
Ale nie płaczę

Nie płaczę?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

144. Sekretne wyznania

Tak po cichu powiem, że demotywatory i gazeta.pl są moim głównym źródłem informacji o świecie.
Na gazeta.pl czytam wyłącznie nagłówki starając się nie widzieć obrazków i szybko zjeżdżam na sam dół, tam gdzie jest plotek czy inny pudelek.
Po czym stwierdzam, że i tak nie wiem o kim tam piszą, więc zamykam i idę na demotywatory.
Na demotywatorach powiedzą mi, że Szwecję opanowali islamiści a 500+ to samo dobro jest. Oraz, że Szwecja to piękna i demokratyczna jest podczas gdy polska demokracja właśnie jest dobijana. I że lasy płoną. I Polacy jadą je gasić. Chwała im ale to chamstwo, że jadą gasić Szwecję co nam potop zrobiła zamiast pomagać  swoim co ich jakaś lokalna rzeczka zalała.
Jak mnie zmęczą idę na facebooka.
A tam mam bezdomne pieski polskie.
Bezdomne kotki szwedzkie.
52książki.
Chusty ręcznie robione.
Oraz kilku znajomych.
Więc nie mówcie mi, że nie wiem na jakim świecie żyję.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

143. Głupota. I SKS po prostu…

Od jakiego czasu bolał mnie bark. Bolał i bolał. Myślałam, że to ostatni wygłup mojej suki mi ten ból załatwił, bo jakoś tak się zbiegło. Czekałam, że minie, nie mijało, poszłam do Eriki-kiropraktorki, która mi dwa lata temu życie uratowała, jak mi się coś z dyskiem porobiło. Erika mnie pamiętała najbardziej z tego, jak przyszłam do niej pierwszego dnia prawie nie mogą mówić z bólu.
Zrobiła mi dwa zabiegi w czasie których postrzelała mi z kości, poszarpała mnie tu i tam.
Zostawiła dwa odciski swych palców, ulżyła też memu portfelowi.
Ale minęły ze dwa dni a tu bark nadal boli.
Niby nie mocno, ale tak po południu to już ramiączko stanika stanowiło problem.
Od jakiegoś też czasu wciąż czułam takie dziwne napięcie w okolicach dolnej szczęki.
Dziwne to takie, bo w zasadzie niby nic, ale niewygodnie.
Wygląda na to, że się jakoś napinam na barkach, szyi i szczęce czy co?
Aż tu wczoraj się obudziłam i czuję dziwną obręcz wokół głowy. I wizg w uszach. Oraz koszmarny ból w obu barkach i ciągnięcie szczęki.
Uznałam, że po prostu przesadzam z napinaniem mięśni. Głupia babo czego się spinasz? strofowałam sama siebie, powodu wszak nie masz żadnego, znowu coś sobie składasz. Przypomniałam sobie, że mam nieużywane tabletki na rozluźnienie mięśni co to mi kiedyś jakiś doktor wypisał, że niby na bóle głowy budzące mnie nad ranem mają pomóc. Wzięłam dwie. Na ulotce napisali, że 3tabletki 3 razy dziennie. To mi chyba dwie na raz nie zaszkodzą, nie?
I dopiero jak je łyknęłam to przypomniałam sobie, że może by tak zmierzyć ciśnienie.
Zmierzyłam.
140/90.
Sprawdziłam internety, bo jak zwykle cyfrowe dane mi nic nie mówią. Internety mówiły, że nie jest dobrze. Ba. Tyle to i ja sama wiedziałam. Wizg w uszach się nasilił, do tego doszło jakieś dziwne roztelepanie, senność i niepokój.
Kurde, dostanę wylewu? Przestraszyłam się. Mam wzywać jakąś pomoc? No, nie bez przesady 140/90 to nie jest AŻ takie nadciśnienie, ludzie miewali i po 200 coś tam.
Zapytany internet zaproponował moczenie nóg w ciepłej wodzie i wypicie szklanki wody z cytryną. Moczenie nóg odpadło z prozaicznej przyczyny: nie mam w czym ich moczyć. ALe wodą uraczyłam się skwapliwie.
Faktycznie zaraz po tej wodzie spadło ze 140/90 na 127/90. Ale nadal było mi licho.
Zagadnęłam córkę. Poradziła bym zadzwoniła na taką specjalną linię gdzie udzielają rad i ewentualnie, w razie potrzeby zamawiają wizytę w czymś w rodzaju pogotowia. No i żebym sprawdzała co jakiś czas, bo jakby to 90 wzrosło do 100 i więcej to mam ją zawołać to pójdziemy razem do szpitala na tzw AKUT czyli SOR.
Zadzwoniłam. Byłam 64 w kolejce. Po 15 minutach czekania objawy zaczęły ustępować. Po 20 minutach przypomniałam sobie owe dwie tabletki. Po kolejnych 5minutach, będąc już tylko 15 w kolejce połączyłam kropki i rozłączyłam się.
Głupota bywa uciążliwa i niestety uleczalna nie jest.
Nadciśnienie da się leczyć.
Dziś znowu tylko lekki ból barku i naciągnięta szczęka. 140/90 się wyraźnie we mnie zadomowiło.
Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: Starość, kurwa, starość.
Wizytę u lekarza mam 27.
Dieta bezcukrowa Wojna z cukrem w toku. Czasem polegam. Ale kawę konsekwentnie piję tylko z mlekiem. Nadal jest tak samo niedobra jak dwa tygodnie temu.  Cóż. Jak mam za wysokie ciśnienie, to kawa bez cukru powoli przestaje być problemem, nie? Po prostu odstawię kawę.
I co mi zostanie z życia? Nie palę, alkoholu nie piję bo nie lubię, słodyczy nie wolno, bo wiadomo, kawę też mam pożegnać. Chyba naprawdę zacznę się rozglądać za marychą. Może nie będę zdrowsza, ale przynajmniej weselsza.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 18 komentarzy

142.

Kilka dni temu zobaczyłam na plaży dziewczynkę w burkini i cała moja wiara w moją tolerancję poległa sromotnie.
Nie. Nie. Nienienienienienienie.
Nic mnie nie przekona, że dziewczynka lat na oko 9-10 sama z siebie zakłada na siebie tony elastycznych szmat i w tym chodzi na plażę.
Nic nie przekona mnie też, że tak być powinno. Że tak jest dobrze. Że nie dzieje się temu dziecku żadna krzywda. Uważam, że powinno to być zabronione w stosunku do dzieci. Po mniej więcej15 -18 roku życia dziewczyna może sama decydować czy chce tę chustkę czy nie.  Ale do tego czasu – nikt nie ma prawa jej tak ubierać.
Dobra. Wiem, że rodzice ubierający dziewczynkę w burkini i biorący ją plażę są i tak mocno postępowi. Większość po prostu na tę plażę nie idzie…
Kurczę, ja nie chcę ingerować w czyjąś religijność, ale fanatyzm narzucający innym ludziom sposób życia budzi we mnie głęboki sprzeciw.

Tu wszyscy ci, którzy wierzycie w jakąkolwiek siłę wyższą macie moment by opuścić dalsze czytanie.

Nie wierzę.
Nie wiem kiedy to się stało, ale zwyczajnie nie wierzę w życie po życiu, w siwego, łagodnego starca z brodą ferującego wyroki, w 17 dziewic w raju (doprawdy? to miałaby być ta nagroda? ) ani w cokolwiek innego. Po prostu – nie. Choćbym się nie wiem jak starała, mój umysł jest zbyt racjonalny.
Oczywiście wierzę, że przed ilomaś wiekami żył gdzieś tam człowiek o imieniu Jezus, który robił rzeczy niezrozumiałe dla współczesnych. Uleczał, zamieniał wodę w wino, chciał zmieniać świat. Ale łatwiej mi uwierzyć, że był kosmitą niż w niepokalane poczęcie Maryi.
Generalnie gdzieś w głębi duszy uważam, że był to człowiek, który umiał robić sztuczki i miał charyzmę. Na szczęście lub nieszczęście chciał to wykorzystać z pożytkiem dla innych a nie dla siebie. I tak różnej maści cwaniacy podpinając się pod tę osobę ukuli największe łgarstwo świata mające na celu podporządkowanie sobie tłumów i zgromadzenie nieprzebranych bogactw.
Tak postrzegam zresztą każdą religię.
Bardziej wierzę w człowieka, w niezbadane możliwości ludzkiego ciała i umysłu.
I darujcie sobie argumenty o tym, że świętuję Boże Narodzenie i Wielkanoc bowiem świętuje także Noc Świętojańską czyli Midsommar ale to nie czyni ze mnie wyznawczyni mitologii germańskiej czy słowiańskiej.
Owsem, staram się być porządnym człowiekiem, ale to znowu nie w lęku przed piekłem czy nadziei na niebo a zwyczajnie dlatego, że uważam, że tak należy.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 3 komentarze

141.

Nie ma dnia żeby ktoś mnie nie zaczepił:
– Ale masz pięknego psa…
Uśmiecham się miło i dziękuję.
Tosia merda ogonem od niechcenia bo ona doskonale wie, że mowa o niej oraz, że jest niezwykła.
Zwykle chwilę po pochwałach na temat tosinej urody padają słowa:
– Dobrze masz z psem, bo masz zawsze powód żeby wyjśc z domu. Nawet jak bardzo ci się nie chce.
Tu się uśmiecham i przytakuję. Bo co będę tłumaczyć?
Ludzie to myślą, że jak mam wielkiego psa to taka aktywna jestem, no bo przecież pies to chce spacerować.
Taaa…Psy może i chcą. P_Sunia chciała, zawsze i dużo. Ale nie Tosia.
Tosia owszem, zna się na zegarku i czasu wyjścia pilnuje. Jak powiem, że idziemy o ósmej to za 5 ósma pies zaczyna latać, trącać mnie nosem i w ogóle uprzykrzać życie. Jak powiem, że o 8:30 to o 8:25 się aktywizuje.
No ale nie idzie na dwór po to, żeby jakieś sporty uprawiać. No a na pewno nie w tych tropikach.
Wychodzimy z domu. Tosia zwyczajowo ciągnie w miasto, a ja do parku. Kończy się oczywiście tym, że idziemy przez miasto, bo co się będę z psem szarpać jak dla mnie wszystko jedno. Dochodzimy do biblioteki, tu pies zostawia mi dowolność, choć czasem lekko się opiera przeciw skręceniu, bo ona by wolała prosto.
Po kilkunastu minutach Tosia załatwia potrzeby fizjologiczne, ja sprzątam i ruszamy dalej…do najbliższego skrawka trawnika, najlepiej w cieniu i przewiewie. Tu Tosia uwala się jak długa i leży tam aż mnie się nie znudzi stać nad nią. Po kilku minutach łagodnej perswazji tudzież środków przymusu bezpośredniego pies wstaje niechętni i noga za nogą wlecze się tam, gdzie ją prowadzę. Idąc pilnie wypatruje kolejnego miejsca w którym można znów się uwalić w trawie.
I tak mniej więcej chodzimy sobie dwa razy dziennie.

Zwróćcie uwagę na paszczę odwróconą, co udaje, że w ogóle nie rozumie o co mi chodzi.
Ostatnio zaprzestałam namawiania Tośki do aktywności, chce leżeć w trawie, niech leży, byle wybierała takie miejsca, gdzie i ja mogę koło niej posiedzieć. Dajcie spokój temperatury tropikalne, kto by się tam jeszcze męczył w tym upale.
Inna rzecz, że pies jest rozbisurmaniony jak dziadowski bicz. Czyli jak mówi Człowiek: zborsuczyła się bura suka. Noce są gorące i ciężko mi się śpi,  a po takich nocach jeszcze ciężej wstaje. Tośka tez się męczy, zaprzyjaźniła się nawet z wiatrakiem i nocami sypia w zasięgu jego śmigieł. No chyba, że wstanę nad ranem, zaspana do toalety…wtedy wracam i mam tak:

A owszem, jasno bo to jakaś 5 rano to pełnia dnia.

A poza tym to eM wPolsce, Yankie pracuje popołudniami więc mam chatę wolną i mogę robić różne rzeczy: np. latać w stroju niekompletnym lub słuchać muzyki na cały regulator.

Wczoraj zupełnym przypadkiem znalazłam to:

Poszłam tropem dalej. W efekcie kupiłam jej pierwszą płytę Parsley. I słucham od rana. I z każdym przesłuchaniem podoba mi się coraz bardziej.  A to tu brzmi równie dobrze gdy śpiewa z Dawidem Podsiadło  na koncercie jak i całkiem sama w studio jak i na pomoście gdzieś nad dużą wodą. Co dowodzi, że jej głos jest prawdziwy.
Posłuchajcie bo to jest coś naprawdę niezwykłego. To powinien cały świat znać.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 141. została wyłączona

140. Lato w pełni

W sumie to tylko tyle.
Lato nas rozpieszcza w tym roku. Jest ciepło, bardzo ciepło, upalnie. Niestety -susza więc wszystko dookoła ma kolor sierpniowy. Chowamy się w cieniu, pijemy zieloną, zimną herbatę, nocą śpimy przy wiatraku, chętnie na macie chłodzącej. My to znaczy Tosia i ja. Z tym, że na macie sypiam ja. Tosia pogodziła się z wiatrakiem, mam nawet wrażenie, że układa się tak, by na nią dmuchało. A to nie było takie oczywiste na początku. Te nieoczekiwane podmuchy wzbudzały jej nieufność i jak to Tosia wycofywała się na z góry upatrzone pozycje.
Czemu ja się wcale nie dziwię gdyż, mimo iż jestem osobnikiem nieco bardziej zaawansowanym technologicznie, sama ów wiatrak traktowałam nieufnie. No co? A jak się ta obracająca głowica ześliźnie ze stojaka i wiatrak odfrunie, gubiąc po drodze osłonę zamieni się w …no…to takie …azjatycką gwiazdkę do mordowania? Przecież to jest całkiem możliwe.
Na fali upału popełniłam szaleństwo i zakupiłam sobie tankini, bo może pójdę na plażę. Firma Flirtelle zrobiła mi miłą niespodziankę i była uprzejma wykonać taką rozmiarówkę, w której nawet ja nie osiągam wymiarów najwyższych. Miłe jak zamiast miski rzędu JJ czy KK  możesz sobie sprawić HH. Nawet jeśli to HH ma rozmiar misy na grogg. Ale na psychikę dobrze robi jak widzisz, że do końca rozmiarówki masz jeszcze trochę.
Tankini przyszło. Założyłam.  Powalczyłam z drutami. Zdjęłam. Za jakiś czas znowu założyłam. Powalczyłam z drutami…Noż kurde! Fiszbiny i ja to jednak historia wojen wszelakich gdzie stroną przegraną jestem ja. Zawsze ja. Niby rozmiar dobry, niby wszystko leży jak trzeba, ale uciska mostek, kłuje w pachę, piłuje po żebrach. Tu odginam, tam odciągam, ówdzie podciągam. Dupatam…Godzinę, dwie na plaży w pozycji leżącej lub stojącej wytrzymam. Cały dzień, siedząc przy biurku- NIE.
Kurde. Jakby faceci mieli cycki to już dawno byłyby wymyślone jakieś naprawdę wygodne systemy podtrzymujące. Albo wszelkiej maści zabiegi podnoszenia, zmniejszania-powiększania byłyby dostępne za symboliczną opłatą jak manikiur.
Ech.
W międzyczasie Tosia odbyła swą rytualną ruję. Co w Szwecji nie jest specjalnie uciążliwe dzięki brakowi psów latających luzem. Jednego dnia w parku, już pod koniec, Tosia spotkała inną panienkę. Obie bardzo były siebie ciekawe więc dostały zezwolenie na zadzierzgnięcie więzów przyjaźni. Ta druga niestety okazała się wredną suką i rzuciła się z paszczą do Tosi, na co Tosia nie została jej dłużna i rzuciła się do niedoszłej koleżanki. I tu siurpryza, bo Tośka szarpnęła smyczą z całej siły a na jej drugim końcu byłam ja i moja prawa ręka.
Na drugi dzień schyliłam się by schować blaszkę pod piekarnik…i tak zostałam. No dobra, potem się jakoś wyprostowałam, ale bolało.
Tydzień później nadal bolało. Choć może nie tak ostro, ale ból sobie szarpał a to pod łopatką, a to w barku…
Wreszcie odszukałam moją Ulrikę, co mi życie dwa lata temu uratowała, kiropraktorkę. Pamiętała mnie. Pamiętała jak wszedł do niej umordowany bólem wrak człowieka, który nawet mówić nie miał siły. Musiało to być jednak spektakularne. Powiedziałam, że też dobrze to pamiętam i dlatego przychodzę bo nie chcę czekać aż będzie gorzej. Nie powiedziałam, że mam nadzieję, także i na to, że szybsze reagowanie oszczędzi nieco mój portfel. Pogniotła mnie, postrzelała z kości, poszarpała tu i ówdzie. Pewnie będzie lepiej…od jutra bo dziś mnie bolą wszystkie te miejsca gdzie umiejętnie wsadzała swoje paluchy.
Podpowiedziała mi sposób na odciążenie ramion od stanika. KLAMERKA! zbierająca ramiączka na plecach. Powiedziała, że w sklepie bieliźnianym na pewno jest.
Poszłam. Kupiłam, ale nie plastikową klamerkę lecz zapinany paseczek. Kurde. Taka prosta rzecz. I nagle: ramiona odciążone i cycki uniesione. Na co komu druty?!
Poza tym byliśmy znowu u kolegi Adama a potem wraz z nim na wycieczce na Vetter.
Efektem wizyty u Adama jest nowe wyzwanie: 7 dni bez cukru.
Odstawiłam cukier całkowicie. Kawę piję wyłącznie z mlekiem. I ZERO cukru w jakiejkolwiek postaci. Bez oszustw. Nie miód, syrop z agawy, cukier brązowy czy stevia. Nie dżem na chlebie. Nie słodka buła.
Dwa dni było licho, ale może z powodu zmęczenia w ogóle? Dziś jakby lepiej. No ale pewnie, że by się chciało chleba z dżemem. Ale nie- jak odtrucie to odtrucie. Ciekawa jestem efektu, bo podobno po tygodniu wszystko słodkie smakuje zupełnie inaczej. A ja mam nadzieję utrzymać jak najniższe spożycie cukru. (Adam popatrzył w moje wyniki z Polski i powiedział, że wprawdzie jeszcze nie jest najgorzej, ale jak niczego nie zmienię to jakieś takie wieńcówki, cukrzyce i różne inne takie przyjemności mam jak w banku za lat kilka). Mobilizuję się do kijkowania na powrót.
No i muszę zacząć lepiej zarządzać czasem, bo klientów mam już tylu, że jak nie zacznę się lepiej organizować to będę zostawać w czarnej dupie. Czyli kończy się rumakowanie.

A teraz w nagrodę za doczytanie do końca zdjęcia z wycieczki.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

139

Z ostatniej chwili!Kupiłam sobie wczoraj płaszcz przeciwdeszczowy. Jest malinowo-czerwony, gumowy na podszewce. Nie żaden męski sztormiak tylko normalny, płaszcz. Piękny. Jedyna wada: za długie rękawy, no ale tak to jest jak się kupuje nie na siebie tylko na biust.
Poszłam w nim do sklepu. Deszcz nas zmoczył. Mnie i mój piękny płaszcz.
Już widziałam jak następnego dnia rano będę szyku zadawać na spacerze z psem. Żadna ulewa już mi nie była straszna.
Tymczasem w nocy…w nocy ktoś zabrał chmury i wypucował niebo.
Chamstwo! I jak ja teraz mój płaszcz przetestuję? Hę?

Tak, że tak. Mówiłam: chcesz zmiany pogody? Kup sobie gadżet na tę istniejącą. Tylko gadżet ma być solidny, powodujący przyspieszone bicie serca i chęć spania w jednym łóżku. Zmiana pogody – murowana.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 1 komentarz