50. Na apetyt

To, co skończyłam w maju ma taki początek
Kartka wyglądała jak wydana przez któryś kościół poszukujący wyznawców. I ten napis na dole: Find me if you want the truth. Na drugiej stronie nie było nic, poza jego imieniem i nazwiskiem. Żadnego podpisu, nic.  
– No? Co jest ? – zapytał go Peter.
Jacek pokręcił głową z niedowierzaniem i zdał sobie sprawę, że się uśmiecha. Znów pokręcił głową.
– Nie wiem jak to jest możliwe, ale ja chyba znam nadawcę – powiedział powoli.
Peter, który od dłuższej chwili śledził zmiany na twarzy przyjaciela, teraz pokiwał głową.
– Tak właśnie pomyślałem.
– Znam to pismo. I tak się składa, że ta osoba jest właśnie w tym kraju, z którego jest ta kartka. Tylko wiesz…nie wiem jak mnie tu znalazła.
– A chowałeś się ? – zaciekawił się Peter. – Sam wiesz, że teraz w internecie jest wszystko. Przynajmniej Sonia tak twierdzi. I nasze dzieciaki.

Kilka dni później, przy piątkowym, wieczornym drinku, Peter klepnął go w ramię i powiedział krótko:
– Mów.

Nie było łatwo zacząć. Właściwie sam nie wiedział czy ma o czym mówić, czy powinien w ogóle cokolwiek mówić. Ale Peter wciąż był obok ze swoim czujnym spojrzeniem w szarych oczach. Takim samym jak kilka lat temu, gdy jeszcze był jego szefem, ale wiadomo było, że to się już wkrótce zmieni. Przyszedł wtedy do jego pokoiku w ponurym mieszkaniu wynajmowanym na spółkę z czterema innymi Polakami, robotnikami na pobliskiej budowie.
Wtedy też, tak jak teraz rzucił tylko jedno słowo. Słowo, które stało się jego kołem ratunkowym. Lepszy od najlepszego psychoterapeuty stopniowo wyciągnął z niego wszystko to, co od dłuższego czasu spychało go w coraz głębszy dół, zasłaniało mu i fałszowało obraz otaczającego świata, i co sprawiało, że nie tylko nie miał siły żyć, ale też i nie miał ochoty. Zaślepiony depresją nie widział nawet tego, że Peter już dawno przestał być jego szefem, a stał się przyjacielem.
Czy kiedykolwiek mu za to podziękował ?
– Peter. Czy ja ci kiedykolwiek podziękowałem, za to wtedy że przyszedłeś ?
– Jakieś tysiąc razy, ale nigdy na trzeźwo –
Zaśmieli się obaj

Aktualnie piszę ciąg dalszy…
A więc…stało się.
W duszy miałam ciszę. I spokój.
Ten stan trwał od rana. Z początku czekałam na to, że stanie się coś strasznego. Nie wiem co…Poczuję uderzenie bólu tak silne, że rozpadnę się na kawałeczki wraz ze światem, który się właśnie rozsypał. Ale mijały godziny, a ja siedziałam w pracy, rozmawiałam ze współpracownikami,  odbierałam telefony, wykonywałam swoje obowiązki i … nic się nie działo. Świat trwał. I ja trwałam. Pod koniec dnia ze zdziwieniem zanotowałam, że nie drżą mi ręce, a kołowrót w głowie ustąpił.
Teraz czułam tylko spokój. Dziwny spokój, spokój bliski euforii, spokój który dotąd czułam tylko dwa razy w życiu. Za pierwszym razem gdy urodziła się moja córka. Za drugim…Nie, nie chciałam o tym pamiętać. W każdym razie: teraz czułam błogi spokój. Spokój wynikający z przekonania, że najgorsze już za mną, że teraz już nic mi nie grozi.
Dziś uznałabym chyba, że to szok, ale jakie ma w końcu znaczenie definicja? Miałam tylko nadzieję, że ten stan zostanie ze mną na dłużej. Najlepiej na zawsze.
Patrzyłam bezmyślnie na kotłujący się przede mną świat, a w głowie mi brzmiała stara Ela Mielczarek
„W dworcowej poczekalni na stacji PKP
lubię posiedzieć czasami bo gdzie lepiej czeka się”
Mój autobus odjechał jakiś czas temu, a następny był za godzinę. Potrzebowałam tej godziny. Godziny samotności, gdy nikt nie patrzy mi w twarz i nie śledzi każdej na niej zmiany. Potrzebowałam, by upewnić się, że dam radę znowu włożyć maskę dobrej matki, poprawnej żony.  Znowu przypomniał mi się stary wiersz Jerzego Żuławskiego

Nie schylaj głowy! Gdy ludzie obaczą
twój płacz, przylecą, jak stado jastrzębi,
i łzy twe zmącą, skalają do głębi
święte pamiątki — gdy tylko obaczą…!
A potem po prostu wsiadłam w autobus i zaczęłam żyć na nowo.

Zaciekawił was ten początek?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 13 komentarzy

49. nie zapeszyć

No i tak.
Bilety na samolot(y)- kupione.
Mieszkanie- opłacone.
Pieniądze na bilety i wypożyczenie auta na miejscu- zebrane.
Pozostało zabukować i opłacić parking pod lotniskiem w Gbgu.
No i zebrać pieniądze na jedzenie oraz tzw „rozpustę”.
No to…wygląda na to, że już za 66dni jedziemy do Neapolu.

Strasznie się nakręcam, bo oglądam i oglądam i czytam, i znów oglądam i po prostu nie mogę się doczekac.
Termin wybrałam aż październikowy bo źle znoszę upały i chciałam trafić w czas, gdy temperatury będą niższe, ale żeby też nie trafić na ustawiczny deszcz.
Spotkana kilka dni temu w polskim sklepie rodaczka Agnieszka, która jak się okazuje mieszka gdzieś pomiędzy Neapolem a Salerno powiedziała, że deszczu możemy się nie bać, a temperatury wciąż będą dość wysokie.
Bezczelnie poprosiłam o telefon. A może się spotkamy? Albo choćby, w razie czego, może nam coś doradzi, pomoże w tłumaczeniu. Wiadomo: po włosku umiemy jedynie:
„Ragacca da Napoli
zajechał Mirafiori…”
„Prego madziare”
„Gracia”

Angielski może trochę więcej, ale też bez fajerwerków.

I naraz!
Jezu, kiedy ja  miałam z córką na te Koty ???! Czy aby nie w pierwszą sobotę października?
Kurde, chcę do Neapolu ale i na Koty chcę. Plisss, plisss, niech to nie będzie w tym samym czasie!

Tymczasem mało mnie wszędzie.
Kontempluję lato.
Piszę ( w ostatnim tygodniu nie, bo eM miał urlop, a jak chłop siedzi w domu to wiadomo, że czas mi zaraz organizuje)
Jak nie piszę rękami to pisze głową.
Smutek, bo z wszystkich ludzi, którym wysłałam do czytania dostałam tylko trzy, nie, cztery opinie zwrotne (a dostało chyba z 10 osób). W tym dwie bardzo pomocne, a dwie wyłącznie entuzjastyczne.
Wygląda na to, że moim znajomi gustują w innych treściach. Ale trochę szkoda.
Pies mnie pogania…To idę.

A. Byłabym zapomniała:
Czy wiecie może czy w okolicach Neapolu żyją jakieś niebezpieczne stworzenia typu skorpin, czarna wdowa czy takie coś?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy

48. Summer

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

Scrollując tego facebooka…

O matko…
Spojrzałam na to zdanie i się zacukałam. Bo nagle przyszło mi do głowy, że to jest durne. Zdanie złożone z trzech słów, w tym z dwóch angielskich. A przecież piszę po polsku!
Dziwnie się porobiło. Angielski tak nam wszedł do codziennego użytku, że zapominamy, że na większość angielskojęzycznych określeń mamy własne, polskie całkiem ładne odpowiedniki.
Scrolluję…Tfu! Nie, nie scrolluję, przewijam, przeglądam pobieżnie faceooka (tego się jednak nie zastąpić czymś naturalnym ale to nazwa własna).
Jednak stwierdzam, że dobrze, że od początku mieszkania w Szwecji narzuciłam sobie reżim tłumaczenia typowych szwedzkich określeń na język polski.  Dzięki czemu wciąż i wciąż zadaję mojemu mózgowi ćwiczenie, a on te ćwiczenie wykonuje. Niechętnie bo niechętnie, ale słucha mnie, bo co ma robić. Teraz chyba będę szukać anglizmów i wypleniać je ze swojego języka.
Ale ja nie o tym chciałam…
Chciałam o tym, że siedzę rankiem, kawkę popijam. A raczej kawką popijam omeprazol z jogurtem – taki zabieg przeciwko zgadze.
Zatem tę kawkę piję, pies rozwalony obok mnie bo obie jeszcze wczesnoporanne jesteśmy. Tosia pochrapuje, posapuje, kiwa łapką. Zza okna sączą się stłumione dźwięki miasta: szum przejeżdżającego samochodu, strzępki rozmów, gdzieś odzywa się włączone nagle bardzo głośne radio, które cichnie natychmiast. Kangury na górze chyba jeszcze śpią, albo są już u matki, bo dziwna, niespotykana cisza na górze.
Spokój. Cisza. Leniwość niedzielno-wakacyjnego poranka. Światło jest szare, miękkie, może spadnie deszcz?
Przeglądam facebooka szukając czegoś na czym da się zawiesić oko.
Maciej Stuhr mówi, że władza myśli, że może robić co chce, a Krystyna Janda to udostępnia.
Patryk Jaki mówi, że Prezes Sądu Najwyższego jest oderwana od rzeczywistości.
Wyborcza Olsztyn mówi, o tajemniczej śmieci rowerzysty.
Uwielbiam Starą Kinematografię pokazuje kolaż zdjęć panów Waldorffa, Kaczyńskiego, Kałużyńskiego, Raczka i Janickiego pytając co łączy tych panów a ludzie w komentarzach piszą właściwie jedno i to samo.
Ktoś przytacza słowa Szyszki o tym, że gdyby ludzie nie wycięli puszczy to nie powstałby Kraków.
I tak dalej o wojnie polsko-polskiej.
To może jednak lepiej nie mówić już po polsku?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

46. Jeszcze o Polsce a raczej o ciuchach i wyglądzie

Właściwie z Polski przywiozłam  głównie uczucie niedosytu. Owszem, nałaziłam się po sklepach. A. miała uciechę gdym, zaprowadzona do Rossmana po krem do twarzy, wpadła w stupor przed półką. Tyyyyyyyle tego było! Oczy zgłupiały bo nie wiedziały na co patrzeć. Mózg się zbuntował i wykrzywiwszy się w grymasie zwinął się w kłębek odmawiając przyjęcia czegokolwiek więcej. Zwoje mu się przegrzały!
Gdzieś w głębi mego jestestwa pojawił się bunt:
„Ale na co komu aż tyle?!”
A. widząc, że bliska jestem zapaści litościwie podsunęła mi sugestię, której chwyciłam się jak tonący brzytwy. Dzięki czemu wyszłam ze sklepu tylko z rzeczonym kremem li i jedynie a nie na przykład z kremami do opalania, przed opalaniem, po opalaniu, do brody,  do czoła, do rąk, do stóp, płynem na odciski, sztucznymi rzęsami i farbą do włosów i bóg wie z czym jeszcze.
Przez resztę pobytu drogerie omijałam wielkim łukiem, bo nie brakowało mi niczego z rzeczy, których używam. A jakbym weszła sama na bank kupiłabym sto i jeden drobiazgów kompletnie mi niepotrzebnych.
Zamiast tego zafundowałam sobie wizytę w Studio Bra na Mazurskiej.
I to był dobry wybór, bo choć za stanik, który założę od wielkiego dzwonu (fiszbiny są błeeee) zapłaciłam jakieś 150zł to dostałam dawkę akceptacji dla mojej figury.
Pani w Studio była cudowna! Pomocna i bardzo taktowna. Wahałam się, bo ja strasznie nie lubię jak się mnie dotyka, ogląda i w ogóle przekracza odległość 20cm od mojego ciała.
Pani dała mi luz i czas na oswojenie się z sytuacją, nie pchała się z rękami baz pytania o zgodę, a i po uzyskaniu zgody bardziej skupiała się na tkaninie niż na mojej skórze.
Cudowna, bardzo kompetentna, taktowna, przesympatyczna dziewczyna. I jeszcze jedno: gratulacje dla właścicielki Studio, za to, że zatrudniła panią, która jest daleka od ideałów piękna pokazywanych w gazetach. Czyli nie żadna tam żyrafa w rozmiarze36 z płaską klatką piersiową tylko normalna, ale prześliczna dziewczyna z pupą i biustem. I z klasą. Tak więc na mapie Olsztyna przybył mi jeszcze jeden punkt, który będę odwiedzać jak czas i zasoby pozwolą.
Poza tym …TADAM!…byłam u fryzjera i TADAM! TADAM!TADAM! jestem blond. BLOND!
Mam dość farbowania co miesiąc, ale moje włosy nie posiwiały a poszarzały, cholibcia. Gdybyż one, te włosy zechciały posiwieć tak ładnie, najlepiej żeby przybrały barwę jednorodnej, czystej bieli… No dobrze, ostatecznie fajnie gdyby zostały ciemne z pojedynczymi włosami lub nawet pasmami białych. Nie. Moje włosy zrobiły się po prostu szare. I co je lekko odhoduję  to ta szarzyzna mnie wkurza, bo wygląda jakbym głowy nie myła od stu lat. Fryzjerki już dawno sugerowały mi pasemka jako alternatywę. Uległam. Co prawda, nie jest to to, czego się spodziewałam, bo: myślałam sobie, że tych jasnych pasm będzie niewiele oraz że one będą tak właśnie nobliwie białe. A tymczasem mam różności: od białych, poprzez żółtawe do jasnego brązu oraz gdzie nigdzie mojej szarości.
Ale twarz zrobiła mi się wyraźniejsza mam wrażenie.
Na razie mi się podoba. Zobaczymy jak dalej.
Poza tym odkryłam sklep z ubraniami Unisono. Odkryłam go już kiedyś, ale mi zginął i nie umiałam znaleźć. Tym razem wpadłam przypadkiem. Mierzyłam, mierzyłam i mierzyłam. W zasadzie mogłabym wykupić połowę sklepu, czyli wszystko w co mieścił się mój biust, ale finanse…
Mają cudne, oversizowe kiecki, w wielkie kwiaty, hippisowskie w stylu, cudne! Nie skusiłam się, bo z powodu wielkiego biustu wyglądałam w tych kieckach jak kopa siana. Ale, obiecuję sobie, za kilka lat takie właśnie kiece nosić będę. Jeśli utrzyma mi się tendencja do olewania wyglądu i estetyki dla postronnych. Znaczy: jak już całkiem przestanie mi zależeć jak widzą mnie inni. Teraz jeszcze czasem mam zrywy żeby jednak wpasowywać się w ramy, zwłaszcza przy spotkaniach z innymi ludźmi, zwłaszcza nieznanymi, ale pracuję nad tym.
I tu właśnie dochodzę do spotkania z kobietą, która mnie zachwyciła.
Minęłam ją w drzwiach Aury chyba, ale rozpoznałam, gdy zobaczyłam na schodach sklepu indyjskiego na przeciwko dawnego Cocktail Baru. Nie mam pamięci do twarzy ale to nie twarz zwróciła moją uwagę a dredy. To znaczy najpierw zobaczyłam twarz kobiety ewidentnie starszej ode mnie a potem te dredy zebrane na czubku głowy. Oraz jakieś stylowe ciuchy. Minęłyśmy się, a potem zobaczyłam tę kobietę właśnie w drzwiach sklepu z indyjskimi ubraniami.
Czekałam na tramwaj, miałam 15 minut, weszłam…Nie wiem po co, bo forsy na ciuchy już nie miałam, zostawiwszy wszystko (a nawet więcej) w Unisono.
Jak to się stało, nie wiem, ale szybko nam się nawiązała konwersacja. O ciuchach ale i o akceptacji siebie
– A bo ja to się zatrzymałam w wieku nastoletnim – powiedziała, zanosząc się dźwięcznym, zaraźliwym śmiechem – To znaczy, przyjęłam te doświadczenia jakie idą z wiekiem, ale w duszy nadal jestem nastolatką.
– Tylko ten kostium się nam trochę marszczy – poleciałam Gabrysią z Jeżycjady.
Pani z Dredami się znowu roześmiała. Jej współpracownica, młode dziewczę powiedziała, że jesteśmy fantastyczne i że młodo wyglądamy. Pewnie za sprawą ubrań.
W co była ubrana Pani z dredami nie pomnę, ale nie była to babciowa garsonka, ani nic ze sztywnych mundurków stosownych (podobno) w wieku emerytalnym. Ja miałam na sobie spodnie w kwiaty, biały t-shirt oraz moje ukochane trampki Palladino. A na ramieniu plecak i lnianą torbę. Na stereotypową babcię chyba nie wyglądałam.
Wyszłam stamtąd podbudowana.
Bo moja idea jest rodem z Wojtka Młynarskiego „Starzeć się nie doroślejąc”. A teraz właśnie JUŻ mi wolno.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 9 komentarzy

45. Wróciłam z Polski

Tydzień przeleciał..!
Nawet nie wiem na czym. Bo łażący po Olsztynie dzień miałam w sumie jeden, z czego znaczna część łażenia przypadła na dojście z przystanku do mieszkania przyjaciółki. Bo chciałam bezpośrednio spod Galerii Warmińskiej dojechać na Wyszyńskiego. Olsztyn rozkopany, autobusy jeżdżą dziwnie, dojechałam gdzieś tam w okolice Pstrowskiego, czyli raptem dwa przystanki dalej i musiałam wysiąć bo dalej to już mogłam w zupełnie przeciwnym kierunku. Sądziłam, że tam gdzie wysiądę, bądź za rogiem znajdę coś co jedzie tam, gdzie potrzebowałam. Niestety.
Widać ci od planowania tras nie przewidują, że ktoś chciałaby raptem te dwie ulice przejechać.
Przejście tych „raptem dwu ulic” zajęło mi czterdzieści minut. A i to tylko dlatego, że szłam na przełaj przez Osiedla. A szłam z reklamówką z Empiku. Dużą reklamówką, podpowiem. Reklamówką w której taszczyłam trzy tomy Grzędowicza, jednego Lema, oraz cztery różne inne, ale bynajmniej nie cieńsze pozycje.
Nooo, opowieść o książkach to za chwilę. Na ramieniu miałam szmacianą torbę z logo Olsztyn, w której spoczywały ubrania dla Panny S, jakaś woda, aparat oraz kurtka. A na plecach plecaczek-torebka bo gdzieś te okulary optyczne, oraz przeciwsłoneczne oraz klucze, chusteczki, portfel oraz tysiąc i jeden niezbędnych drobiazgów trzeba pomieścić, nie?
Książki.
Na lubimyczytać mam półkę chcę przeczytać i to dzięki tej półeczce wybieram co chcę kupić. Na półeczke trafiają pozycje, których opisy lub recenzje mnie zaciekawią. Kiedyś kupowałam tak, jakbym wybierała w bibliotece: po fragmencie zdania, okładce, ogólnym wrażeniu, nazwisku pisarza i czy ja wiem po czym jeszcze? Intuicyjnie. I okazywało się, że to co kupiłam wcale nie jest tym czego się spodziewałam. Że albo trafiam na durne romansidło, ale durne tak, że Trędowata przy tym to głęboka, psychologiczna powieść, albo na coś w stylu Morfiny Twardocha czyli przerost formy nad treścią.
Teraz postanowiłam kupić wg listy tego, co chcę przeczytać.
Niestety: nie przewidziałam, że rynek księgarski żyje równie szybko jak reszta świata. Z ośmiu pozycji, które sobie wypisałam znalazłam dwie: jedna jak się okazało nie była powieścią, druga miała cenę taką, że podejrzliwie obejrzałam kartki bo może to ręcznie, przez skrybów pisana, z obrazkami malowanymi przez Artystów?
Kogo w Polsce stać na to, by kupić książkę za 50złotych?!
Reszty tego co chciałam już nie ma. Mogą mi zamówić.
W kwestii cen jeszcze powiem, że lubimyczytać podaje miejsca, gdzie daną książkę można kupić i za ile. I wiecie co? Jak będziecie sobie patrzeć to dodajcie tak z 10% do tych cen. Nieważne czy to Empik (który jest Everestem cenowym) czy tzw. Tania Książka. A potem narzekania, że czytelnictwo upada.
Może nie czytelnictwo, a sprzedaż książek po prostu?
Dla porównania:
Donna Tartt: Szczygieł
Empik: 50, 99zł
Bokhandel (Szwecja): 54 kr  ( czyli nieco ponad 20zł).
Przypominam, że szwedzka wypłata to nie 2000-3000zł lecz około 7000zł.
Czyli Szwed za jedną wypłatę może sobie kupić około 300 książej czyli zapas na cały rok.
Ile może kupić średnio zarabiający Polak? Cztery- sześć?
Ale właśnie szperając odkryłam, że mogę sobie w Szwecji kupować książki po polsku. Co prawda ich cena jest trzykrotnie wyższa niż tych po szwedzku, ale zawsze. O. I wystarczy jedna taka za 150kr by nie musiec płacić za przesyłkę. Hm…
Oddalam się popatrzeć, a resztę wrażeń opowiem kiedy indziej.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

44. Reset

Po 22 godzinnej podróży dotarłam do Olsztyna w objęcia przyjaciółki.
A droga była drogą przez mękę, gdyż o 4 rano na promie dopadł mnie kac gigant. Kac jakiego nie doświadczyłam od lat co najmniej piętnastu. Miałam wszystko: ból głowy, telepkę, zimne i gorące poty oraz mdłości. Dodatkową atrakcją był stały wir w głowie. W postaci zwłok wywlekłam się na pokład, wcześniej usiłując ubrać się w kompletnych ciemnościach i nie budząc eM. A jeszcze wcześniej zapodać sobie jakąś medycynę przeciwbólową.
Pętałam się po tym pokładzie, wiatr urywał mi głowę. Nie zamarzłam tylko dlatego, że nie byłam w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Słoneczko sobie radośnie wschodziło, co było frustrujące bo wschodziło mi nie po tej stronie co powinno. Upłynęło piętnaście minut, potem kolejne i kolejne, a medycyna jakoś nie dawała rezultatów. Zimne powietrze uspokoiło mdłości ale tylko tyle. Nadal nie rozumiejąc co się dzieje, że ta medycyna nie działa i czemu to słońce mam tak dziwnie, przystanęłam na chwilę żeby choć ustalić gdzie to słońce mam mieć. Zmusiłam mózg do wysiłku i ustaliłam, że nie, słońce leży prawidłowo pod warunkiem, że ja stanę twarzą w kierunku przeciwnym do kierunku promu. Wtedy mi się strony świata zaczęły zgadzać.
I gdy tak stałam w tym cieniu usłyszałam w głowie PSTRYK. I jakby mi nieco ulżyło. Zimno mi było w tym cieniu, więc wyszłam na słońce i ulga, mała bo mała,ale jednak, znikła. Znów mi było …najgorzej. Ki grzyb? Cofnęłam się w cień…Pstryk. Wyszłam na słońce. Y-y!
Acha. Dotarło do mnie. Ni chybi migrena. Normalne po imprezie. Ale zaraz…Ja nie byłam na żadnej imprezie! Zjedliśmy grzecznie promową kolację, którą popiłam herbatką z cytrynką! I to była moja impreza! Zaraz potem poszłam spać.
Rozgryzie dylematu zajęło mi czas potrzebny do pokonania całej długości promu  by przejść na stronę zacienioną. I dopiero tam zrozumiałam, że po pierwsze zwariował mi błędnik bo była lekka fala. Po drugie, co zresztą ustaliłam wcześniej mam migrenę. Więc nie ma sensu pchać w siebie kolejnego procha, bo nie pomoże. Po trzecie było mi zimna i słabo.
Doczołgałam się do kajuty, w ciemności znowu zrobiło mi się …no może nie lepiej, ale jakby mnie źle.
Pół drzemiąc doczekałam do pobudki.
Herbata z cytryną jakby mnie z lekka otrzeźwiła. Kawę zdążyłam wypić do połowy nim odkryłam, że niweluje skutek herbaty.
No. A potem dojechałam do Olsztyna. I przyjaciółka rzekła do mnie, że ją też tak głowa wczoraj bolała i zmierzyła sobie ciśnienie w przekonaniu, że pewnie znów ma  90/60 czyli mniej więcej jak nieboszczyk. I, że się zdziwiła bo miała te 90/60 …ale raz dwa. Za wysokie! I że może ja też.
To też. No i się okazało, że mam właśnie jakieś kosmiczne odczyty. Zaskoczyło mnie to okropnie! No ale jak to? Za wysokie? Kiedy? Skąd?
Od wczoraj trwam w szoku. Bo mierzyłam to ciśnienie raz jeszcze i było 152/102 czyli za wysokie.
A dziś raniutko, po przespanej całej nadal było za wysokie!
A dziś pada. I jakieś święto i wszystko pozamykane. Więc siedzimy w domu. Ja siedzę. Pojadłam, poczytałam, podrzemałam. Pojadłam. Znowu poleżałam.
Resetuję się.
Czuję jak schodzi ze mnie zmęczenie ostatnich tygodni a może miesięcy.
Za oknem mam Olsztyn, najpiękniejsze miasto na świecie. Za ścianą kogoś z kim mogę, ale nie muszę przebywać. Żadnych obowiązków. Żadnych przymusów.
Reset.
O reszcie pomyślę jutro

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 44. Reset została wyłączona

43. Za dużo

Chyba za dużo się dzieje.
Jutro ostatni dzień idę do sklepu.
Od pojutrza, czyli od czwartku przenoszą nas w inne miejsce. Będziemy pracować w biurowcu.
Plusy: wolne soboty, wszystkie czerwone święta, JA będę zaczynać o 6 (a nie o 5:30 jak dotąd), dużo bliżej od domu, bo w zasadzie na drugim końcu ulicy.
Minusy: mniejsza płaca bo bez dodatków za niewygodne godziny (czyli te 30min przed godziną 6) brak dodatków za święta, więc w efekcie mniej pieniędzy za tyle samo pracy. Dla mnie dodatkowe źródło frustracji. Bo wszak biurowiec to moje najbardziej naturalne środowisko. Więc zazdrość, zraniona miłość własna, rozżalenie na los…
W piątek wyjeżdżamy z eM do Polski. Możliwe, że już mam rejzefiber (jak to się pisze?).
A jeszcze nim pojadę do zrobienia parę rzeczy. I wiszący nad głowa termin złożenia zaległych deklaracji klienta, któremu księgowa wycięła brzydki numer i zbankrutowała.
Najbardziej nie lubię robić, wykańczać roboty po kimś.

W związku z tym wszystkim nie mogę spać.
Wypróbowałam wszystko i nie działa. Został chemiczny zgłuszacz…ale nawet nie wiem gdzie jest.
W domu pobojowisko no bo przecież remont w całym bloku trwa nadal. Wychodek nadal na podwórku, dobrze, że nie toi-toi bo ja się ich zwyczajnie boję. Mam wizję jak się to-to przewraca, albo że coś mi wpada do czeluści toalety i takie tam schizy. Dlatego na wszelkich imprezach poza domowych wole iść w krzaczki i ryzykować błyskanie białym tyłkiem niż korzystanie z takich miejsc.
No co…każdy ma swoje dziwactwa.
Książkę, moją, znaczy przeze mnie napisaną wysłałam do kilku osób, ale w zasadzie odpowiedź jak na razie mam od dwóch. Jakoś ludziom czasu brak…
Mnie też brak, bo ja tez właśnie zostałam obdarowana zaszczytem przeczytania kawałka czegoś co powstaje, ale nie mam czasu się skupić.
Jutro do południa muszę wypełnić to co się da, bo po południo zabieram Pannę S ze szkoły i będziemy razem czekać na jej mamę a moją córkę, która ma wrócić z wojaży po południowej Polsce. Wojaże można zatytułować „Pokazać Szwedowi Polskę” i w tym roku były to Tatry, Zakopane, Kraków i Auschwitz.
Stęskniłam się za wnuczką. Tak dawno jej nie widziałam…to znaczy jakieś 10 dni temu, ale wydaje mi się, że dłużej. Chyba trochę się cieszę na to wspólne popołudnie.

I to właściwie tyle u mnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 43. Za dużo została wyłączona

42. Ktoś taki jak ty

Właśnie skończyłam pisać moją pierwszą powieść o takim tytule. Gdy kończyłam, w tle grała mi Adele śpiewająca wraz z publicznością „Someone like you”.
Jestem póki co szczęśliwa, że tego dokonałam. Bo do ostatniej kropki byłam pewna, że znowu, jak zawsze zarzucę, porzucę, przeżyję w głowie i nie będę miała zapału by napisać do końca.
Nie wiem czy to jest dobre. Jak pisałam, wiedziałam, że dobre. Teraz wątpię.
Czas pokaże. I kilkoro znajomych.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 13 komentarzy

41. Dokąd zmierzamy?

Tak sobie patrzę na to co się dzieje. Patrzę przez jakiś filtr bo to, co do mnie dociera to są jakieś odpryski tego co pokazują media. Telewizji nie oglądam od lat prawie dziesięciu. Gazet nie czytam trochę krócej i mniej konsekwentnie. Otwieram Wyborczą lub gazeta.pl prześlizguję się po nagłówkach,  więc zawsze coś tam w oko wpadnie. Jak na mój gust wpada i tak za wiele. Ja naprawdę nie mam potrzeby wiedzieć tego wszystkiego. Nie muszę wiedzieć czym zabłysnął jeden sejmowi idiota z drugim parlamentarnym głupcem. Nie muszę wiedzieć jaką formą zabłysnął jakiś pleban czy co mądrego inaczej wymyślił artysta jeszcze bardziej prawicowy. Zresztą lewicowy też nie.
A jednak wpada.
I widzę jak świat się koszmarnie dzieli.
Chrześcijanie-islamiści-inne religie.
Europejczycy – nieeuropejczycy.
Prawica-lewica zdrajców.
Obrońcy życia- mordercy życia.
Kobiety-mężczyźni.

Strasznie to wszystko radykalne, krzyczące, walczące, gotowe w imieniu swych racji zabijać, nawet jeśli tą racją jest ochrona życia.
Straszne jest to, że zalewa naszą ziemię taka fala nienawiści wszystkich do wszystkich. I smutne jest to, że ludzie to tak łykają i coraz bardziej się w to zagłębiają odsądzając od czci wiary wszystko i wszystkich. Gotowi nawet zmieniać historię i ludzi dawno pogrzebanych z honorami teraz wygrzebać z grobu byle tylko móc na nich napluć, bo przez lata zmienił się pogląd ogólny na pewne sprawy.
Jakaś głupota nas ogarnęła, amok jakiś czy co?
Ale najbardziej mnie zaskoczyło, gdy na forum lubimyczytać odkryłam nagonkę na Sienkiewicza. Bo indoktrynuje, bo jest szowinistą, bo …nie pamiętam co jeszcze. Ludzie wręcz z nienawiścią krzyczą, że tego badziewia czytać nie będą.
Noż kurde.
Mogę się zgodzić, że Sienkiewiczowska proza dziś nieco trąci myszką. Dziś, bo 45 lat temu była jeszcze fascynująca i doskonała. Więc co się zmieniło? Czasy, technologia, poglądy akceptowalne. Ale to nie powód by obrażać się na kogoś kto zmarł przed stu laty. Na litość boską, ludzie was już całkiem porąbało w tym wyszukiwaniu wszędzie owej poprawności politycznej?
Naprawdę…trochę zrozumienia dla faktu, że wszystko się zmienia.
Za sto lat, o ile Hawkins się jednak myli,  będą jeszcze inne poglądy głoszone jako poprawne. I to co dziś jest poprawne, wtedy będzie zapewne passe i co z tego?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 41. Dokąd zmierzamy? została wyłączona