142.

Kilka dni temu zobaczyłam na plaży dziewczynkę w burkini i cała moja wiara w moją tolerancję poległa sromotnie.
Nie. Nie. Nienienienienienienie.
Nic mnie nie przekona, że dziewczynka lat na oko 9-10 sama z siebie zakłada na siebie tony elastycznych szmat i w tym chodzi na plażę.
Nic nie przekona mnie też, że tak być powinno. Że tak jest dobrze. Że nie dzieje się temu dziecku żadna krzywda. Uważam, że powinno to być zabronione w stosunku do dzieci. Po mniej więcej15 -18 roku życia dziewczyna może sama decydować czy chce tę chustkę czy nie.  Ale do tego czasu – nikt nie ma prawa jej tak ubierać.
Dobra. Wiem, że rodzice ubierający dziewczynkę w burkini i biorący ją plażę są i tak mocno postępowi. Większość po prostu na tę plażę nie idzie…
Kurczę, ja nie chcę ingerować w czyjąś religijność, ale fanatyzm narzucający innym ludziom sposób życia budzi we mnie głęboki sprzeciw.

Tu wszyscy ci, którzy wierzycie w jakąkolwiek siłę wyższą macie moment by opuścić dalsze czytanie.

Nie wierzę.
Nie wiem kiedy to się stało, ale zwyczajnie nie wierzę w życie po życiu, w siwego, łagodnego starca z brodą ferującego wyroki, w 17 dziewic w raju (doprawdy? to miałaby być ta nagroda? ) ani w cokolwiek innego. Po prostu – nie. Choćbym się nie wiem jak starała, mój umysł jest zbyt racjonalny.
Oczywiście wierzę, że przed ilomaś wiekami żył gdzieś tam człowiek o imieniu Jezus, który robił rzeczy niezrozumiałe dla współczesnych. Uleczał, zamieniał wodę w wino, chciał zmieniać świat. Ale łatwiej mi uwierzyć, że był kosmitą niż w niepokalane poczęcie Maryi.
Generalnie gdzieś w głębi duszy uważam, że był to człowiek, który umiał robić sztuczki i miał charyzmę. Na szczęście lub nieszczęście chciał to wykorzystać z pożytkiem dla innych a nie dla siebie. I tak różnej maści cwaniacy podpinając się pod tę osobę ukuli największe łgarstwo świata mające na celu podporządkowanie sobie tłumów i zgromadzenie nieprzebranych bogactw.
Tak postrzegam zresztą każdą religię.
Bardziej wierzę w człowieka, w niezbadane możliwości ludzkiego ciała i umysłu.
I darujcie sobie argumenty o tym, że świętuję Boże Narodzenie i Wielkanoc bowiem świętuje także Noc Świętojańską czyli Midsommar ale to nie czyni ze mnie wyznawczyni mitologii germańskiej czy słowiańskiej.
Owsem, staram się być porządnym człowiekiem, ale to znowu nie w lęku przed piekłem czy nadziei na niebo a zwyczajnie dlatego, że uważam, że tak należy.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

141.

Nie ma dnia żeby ktoś mnie nie zaczepił:
– Ale masz pięknego psa…
Uśmiecham się miło i dziękuję.
Tosia merda ogonem od niechcenia bo ona doskonale wie, że mowa o niej oraz, że jest niezwykła.
Zwykle chwilę po pochwałach na temat tosinej urody padają słowa:
– Dobrze masz z psem, bo masz zawsze powód żeby wyjśc z domu. Nawet jak bardzo ci się nie chce.
Tu się uśmiecham i przytakuję. Bo co będę tłumaczyć?
Ludzie to myślą, że jak mam wielkiego psa to taka aktywna jestem, no bo przecież pies to chce spacerować.
Taaa…Psy może i chcą. P_Sunia chciała, zawsze i dużo. Ale nie Tosia.
Tosia owszem, zna się na zegarku i czasu wyjścia pilnuje. Jak powiem, że idziemy o ósmej to za 5 ósma pies zaczyna latać, trącać mnie nosem i w ogóle uprzykrzać życie. Jak powiem, że o 8:30 to o 8:25 się aktywizuje.
No ale nie idzie na dwór po to, żeby jakieś sporty uprawiać. No a na pewno nie w tych tropikach.
Wychodzimy z domu. Tosia zwyczajowo ciągnie w miasto, a ja do parku. Kończy się oczywiście tym, że idziemy przez miasto, bo co się będę z psem szarpać jak dla mnie wszystko jedno. Dochodzimy do biblioteki, tu pies zostawia mi dowolność, choć czasem lekko się opiera przeciw skręceniu, bo ona by wolała prosto.
Po kilkunastu minutach Tosia załatwia potrzeby fizjologiczne, ja sprzątam i ruszamy dalej…do najbliższego skrawka trawnika, najlepiej w cieniu i przewiewie. Tu Tosia uwala się jak długa i leży tam aż mnie się nie znudzi stać nad nią. Po kilku minutach łagodnej perswazji tudzież środków przymusu bezpośredniego pies wstaje niechętni i noga za nogą wlecze się tam, gdzie ją prowadzę. Idąc pilnie wypatruje kolejnego miejsca w którym można znów się uwalić w trawie.
I tak mniej więcej chodzimy sobie dwa razy dziennie.

Zwróćcie uwagę na paszczę odwróconą, co udaje, że w ogóle nie rozumie o co mi chodzi.
Ostatnio zaprzestałam namawiania Tośki do aktywności, chce leżeć w trawie, niech leży, byle wybierała takie miejsca, gdzie i ja mogę koło niej posiedzieć. Dajcie spokój temperatury tropikalne, kto by się tam jeszcze męczył w tym upale.
Inna rzecz, że pies jest rozbisurmaniony jak dziadowski bicz. Czyli jak mówi Człowiek: zborsuczyła się bura suka. Noce są gorące i ciężko mi się śpi,  a po takich nocach jeszcze ciężej wstaje. Tośka tez się męczy, zaprzyjaźniła się nawet z wiatrakiem i nocami sypia w zasięgu jego śmigieł. No chyba, że wstanę nad ranem, zaspana do toalety…wtedy wracam i mam tak:

A owszem, jasno bo to jakaś 5 rano to pełnia dnia.

A poza tym to eM wPolsce, Yankie pracuje popołudniami więc mam chatę wolną i mogę robić różne rzeczy: np. latać w stroju niekompletnym lub słuchać muzyki na cały regulator.

Wczoraj zupełnym przypadkiem znalazłam to:

Poszłam tropem dalej. W efekcie kupiłam jej pierwszą płytę Parsley. I słucham od rana. I z każdym przesłuchaniem podoba mi się coraz bardziej.  A to tu brzmi równie dobrze gdy śpiewa z Dawidem Podsiadło  na koncercie jak i całkiem sama w studio jak i na pomoście gdzieś nad dużą wodą. Co dowodzi, że jej głos jest prawdziwy.
Posłuchajcie bo to jest coś naprawdę niezwykłego. To powinien cały świat znać.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

140. Lato w pełni

W sumie to tylko tyle.
Lato nas rozpieszcza w tym roku. Jest ciepło, bardzo ciepło, upalnie. Niestety -susza więc wszystko dookoła ma kolor sierpniowy. Chowamy się w cieniu, pijemy zieloną, zimną herbatę, nocą śpimy przy wiatraku, chętnie na macie chłodzącej. My to znaczy Tosia i ja. Z tym, że na macie sypiam ja. Tosia pogodziła się z wiatrakiem, mam nawet wrażenie, że układa się tak, by na nią dmuchało. A to nie było takie oczywiste na początku. Te nieoczekiwane podmuchy wzbudzały jej nieufność i jak to Tosia wycofywała się na z góry upatrzone pozycje.
Czemu ja się wcale nie dziwię gdyż, mimo iż jestem osobnikiem nieco bardziej zaawansowanym technologicznie, sama ów wiatrak traktowałam nieufnie. No co? A jak się ta obracająca głowica ześliźnie ze stojaka i wiatrak odfrunie, gubiąc po drodze osłonę zamieni się w …no…to takie …azjatycką gwiazdkę do mordowania? Przecież to jest całkiem możliwe.
Na fali upału popełniłam szaleństwo i zakupiłam sobie tankini, bo może pójdę na plażę. Firma Flirtelle zrobiła mi miłą niespodziankę i była uprzejma wykonać taką rozmiarówkę, w której nawet ja nie osiągam wymiarów najwyższych. Miłe jak zamiast miski rzędu JJ czy KK  możesz sobie sprawić HH. Nawet jeśli to HH ma rozmiar misy na grogg. Ale na psychikę dobrze robi jak widzisz, że do końca rozmiarówki masz jeszcze trochę.
Tankini przyszło. Założyłam.  Powalczyłam z drutami. Zdjęłam. Za jakiś czas znowu założyłam. Powalczyłam z drutami…Noż kurde! Fiszbiny i ja to jednak historia wojen wszelakich gdzie stroną przegraną jestem ja. Zawsze ja. Niby rozmiar dobry, niby wszystko leży jak trzeba, ale uciska mostek, kłuje w pachę, piłuje po żebrach. Tu odginam, tam odciągam, ówdzie podciągam. Dupatam…Godzinę, dwie na plaży w pozycji leżącej lub stojącej wytrzymam. Cały dzień, siedząc przy biurku- NIE.
Kurde. Jakby faceci mieli cycki to już dawno byłyby wymyślone jakieś naprawdę wygodne systemy podtrzymujące. Albo wszelkiej maści zabiegi podnoszenia, zmniejszania-powiększania byłyby dostępne za symboliczną opłatą jak manikiur.
Ech.
W międzyczasie Tosia odbyła swą rytualną ruję. Co w Szwecji nie jest specjalnie uciążliwe dzięki brakowi psów latających luzem. Jednego dnia w parku, już pod koniec, Tosia spotkała inną panienkę. Obie bardzo były siebie ciekawe więc dostały zezwolenie na zadzierzgnięcie więzów przyjaźni. Ta druga niestety okazała się wredną suką i rzuciła się z paszczą do Tosi, na co Tosia nie została jej dłużna i rzuciła się do niedoszłej koleżanki. I tu siurpryza, bo Tośka szarpnęła smyczą z całej siły a na jej drugim końcu byłam ja i moja prawa ręka.
Na drugi dzień schyliłam się by schować blaszkę pod piekarnik…i tak zostałam. No dobra, potem się jakoś wyprostowałam, ale bolało.
Tydzień później nadal bolało. Choć może nie tak ostro, ale ból sobie szarpał a to pod łopatką, a to w barku…
Wreszcie odszukałam moją Ulrikę, co mi życie dwa lata temu uratowała, kiropraktorkę. Pamiętała mnie. Pamiętała jak wszedł do niej umordowany bólem wrak człowieka, który nawet mówić nie miał siły. Musiało to być jednak spektakularne. Powiedziałam, że też dobrze to pamiętam i dlatego przychodzę bo nie chcę czekać aż będzie gorzej. Nie powiedziałam, że mam nadzieję, także i na to, że szybsze reagowanie oszczędzi nieco mój portfel. Pogniotła mnie, postrzelała z kości, poszarpała tu i ówdzie. Pewnie będzie lepiej…od jutra bo dziś mnie bolą wszystkie te miejsca gdzie umiejętnie wsadzała swoje paluchy.
Podpowiedziała mi sposób na odciążenie ramion od stanika. KLAMERKA! zbierająca ramiączka na plecach. Powiedziała, że w sklepie bieliźnianym na pewno jest.
Poszłam. Kupiłam, ale nie plastikową klamerkę lecz zapinany paseczek. Kurde. Taka prosta rzecz. I nagle: ramiona odciążone i cycki uniesione. Na co komu druty?!
Poza tym byliśmy znowu u kolegi Adama a potem wraz z nim na wycieczce na Vetter.
Efektem wizyty u Adama jest nowe wyzwanie: 7 dni bez cukru.
Odstawiłam cukier całkowicie. Kawę piję wyłącznie z mlekiem. I ZERO cukru w jakiejkolwiek postaci. Bez oszustw. Nie miód, syrop z agawy, cukier brązowy czy stevia. Nie dżem na chlebie. Nie słodka buła.
Dwa dni było licho, ale może z powodu zmęczenia w ogóle? Dziś jakby lepiej. No ale pewnie, że by się chciało chleba z dżemem. Ale nie- jak odtrucie to odtrucie. Ciekawa jestem efektu, bo podobno po tygodniu wszystko słodkie smakuje zupełnie inaczej. A ja mam nadzieję utrzymać jak najniższe spożycie cukru. (Adam popatrzył w moje wyniki z Polski i powiedział, że wprawdzie jeszcze nie jest najgorzej, ale jak niczego nie zmienię to jakieś takie wieńcówki, cukrzyce i różne inne takie przyjemności mam jak w banku za lat kilka). Mobilizuję się do kijkowania na powrót.
No i muszę zacząć lepiej zarządzać czasem, bo klientów mam już tylu, że jak nie zacznę się lepiej organizować to będę zostawać w czarnej dupie. Czyli kończy się rumakowanie.

A teraz w nagrodę za doczytanie do końca zdjęcia z wycieczki.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

139

Z ostatniej chwili!Kupiłam sobie wczoraj płaszcz przeciwdeszczowy. Jest malinowo-czerwony, gumowy na podszewce. Nie żaden męski sztormiak tylko normalny, płaszcz. Piękny. Jedyna wada: za długie rękawy, no ale tak to jest jak się kupuje nie na siebie tylko na biust.
Poszłam w nim do sklepu. Deszcz nas zmoczył. Mnie i mój piękny płaszcz.
Już widziałam jak następnego dnia rano będę szyku zadawać na spacerze z psem. Żadna ulewa już mi nie była straszna.
Tymczasem w nocy…w nocy ktoś zabrał chmury i wypucował niebo.
Chamstwo! I jak ja teraz mój płaszcz przetestuję? Hę?

Tak, że tak. Mówiłam: chcesz zmiany pogody? Kup sobie gadżet na tę istniejącą. Tylko gadżet ma być solidny, powodujący przyspieszone bicie serca i chęć spania w jednym łóżku. Zmiana pogody – murowana.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 1 komentarz

138.

Obudziłam się przed drugą. I już nie zasnęłam. Możliwe, że podrzemałam – 5 minut – walanie się -5 minut i tak dalej.
Wypiję kawę i jak mnie nie zmuli to popracuję.

Od kilku dni leje. I zrobiło się zimno. Ot i po lecie zdaje się.
Mówiłam, że jak lato będzie wiosną, to latem będzie jesień. No i mamy. Temperatura maksymalna 13 stopni. W czerwcu. Japrdle.

W niedzielę były wojskowe zawody w triathlonie. U nas, w mieście. Jeszcze było ciepło, aczkolwiek deszczyk siąpił. Poszłam z mężem i aparatem popatrzeć. Nie jestem entuzjastką sportów wszelakich, ale odkryłam, że z okresu ostatnich 18 miesięcy mam 2 zdjęcia, które chciałabym wywołać. Dwa! I postanowiłam to zmienić. Napstrykałam zdjęć sportowcom, w tym jedno fajne Polkom tuż po ukończeniu ich występu.

Zaczęło padać, a mnie bolały plecy, namówiłam męża na kawę w kawiarence na Torget.
W kawiarence najwyraźniej rządziła Kawka. ALbo przynajmniej uważała, że ona tam rządzi. Ledwie zajęliśmy miejsce przy stoliku na zewnątrz, pod parasolami, usłyszałam jej głos. Mamrotała coś do siebie siedząc na stoliku nieopodal. Kręciła szarą główką rozglądając się bacznie na wszystkie strony, jasne oczko łypało na przechodzących ludzi. I ciągle gadała. Gadała tonem zaaferowanej gospodyni, która podejmuje gości i musi dopilnować, żeby wszystko szło jak należy.  Ktoś przechodząc machnął na nią parasolem. Odskoczyła, zamachała rękami skrzydłami, wskoczyła na dach (przysięgam, nie pofrunęła, ale właśnie wskoczyła) i dawajże z tej wysokości opierdzielać niegrzecznego gościa. Strasznie była oburzona!
Dawszy upust złości zeszła z dachu i usiadła koło nas, na płotku. Chyba jeszcze nieco gniewna,  lekko zaperzona, zwierzała nam się z chamskich zachowań niektórych ludzi.

Podfrunął jakiś Wróbel zwabiony zrzuconym okruchem. Spojrzała na niego z góry i zagadała coś pouczająco.

Zapytałam czy mogę jej zrobić zdjęcie. Krygowała się przez chwilę, że ona taka zaganiana, zajęta, nieprzygotowana, ale wreszcie przysiadła na oparciu krzesła, upozowała się i zamarła.

Pożegnała się chwilę potem i wróciła do swych zajęć. Znów, gdzieś nad głową słyszałam jej zaaferowane wyrzekania na gości i personel.
Oczywiście, można mi nie wierzyć i wmawiać, że Kawka polowała na kawałek ciasta, ale ja swoje wiem.

Deszcz się rozpadał tak, że organizatorzy zdecydowali, że nagradzanie zwycięzców odbędzie się gdzieś indziej. A wyniki najwyraźniej utajniono, bo nie sposób ich znaleźć.
Torget  i kawiarenka opustoszały momentalnie.

I tylko co wiekowsi Szwedzi dawali świadectwo szwedzkiemu porzekadłu:
Det finns inget dåligt väder, bara dåliga kläder.
Czyli: nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania.

Pobawiłam się chwilkę aparatem i poszłam do domu.

I tak od niedzieli mamy pogodę stabilną: stabilnie leje niemal bez przerwy. Wczoraj zdesperowana poszłam szukać kurtki przeciwdeszczowej. Po pierwsze dlatego, że parasol+pies=niemożliwe.
Po drugie, bo parasol+bolące ramię=jeszcze bardziej bolące ramię.
Po trzecie nowa zabawka związana z pogodą =natychmiastowa zmiana pogody na alternatywną. Nie wierzycie? Kupcie sobie przepiękny parasol, albo kalosze. Albo odwrotnie: nowy strój kąpielowy bądź okulary słoneczne czy kapelusz.
Niestety: kurtki, jak to w Szwecji, są w trzech jedynie słusznych kolorach, z tym że odwieczną czerwień zastąpił pudrowy róż. Poza tym można wybierać w kolorach: biały lub czarny. A nie, przepraszam. Jest jeszcze granatowy. Czyli gama kolorów rośnie.

eM poszedł właśnie do pracy. Człowiek mi miga w okienku, że chodź się pointegrować. Kawa wystygła. Pies chrapie, za oknem wydzierają się mewy.
Dzień dobry.
A co u Was?

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 5 komentarzy

137. Tosia i ja. Oraz Wrona

I nadszedł wieczór dnia kolejnego,a upalnego do granic. O godzinie późno- popołudniowej wywlekłam Psa swego na spacer nad rzekę by umęczone upałem zwierzę w wodzie się ochłodziło.
Późne popołudnie w języku mieszkańców środkowej Szwecji oznacza mniej więcej godzinę 20. Psa schłodzić trzeba było pomimo posiadanej maty chłodzącej, której się Pies boi oraz pomimo włączonego wiatraka, którego Pies też się boi.  Ups…nie „boi” tylko „nie darzy zaufaniem”.
Poszłyśmy starannie wybierając trasę według schematu „w cieniu i najlepiej nie po asfaltowej ścieżce”, żeby zwierzak sobie łap nie poparzył. Oraz żeby Pańci słoneczko do cna zwojów mózgowych nie przepaliło. (Wciąż mam jakieś opory by zakładać kapelusz w mieście).
Minęłyśmy park z zieloną dzięki zraszaczom trawą, na której piknikowały dwie dziewczyny.
Minęłyśmy mocno zacieniony wielkimi bukami plac zabaw, na którym hasały dzieciaki.
Jednym niemal susem przebyłyśmy parking. I już byłyśmy nad rzeczką opodal krzaczka. Tośka wystrzeliła nagle do przodu, plażujące kaczory uniosły się dostojnie i z oburzonym kwakaniem odeszły kawałek dalej.
Prawie jak Sangwicz i Skoczwiski*

Sandwicz
Znowu intrygi.
Skoczwiski
Przeklęta Europa. ”

Tośka wlazła do wody po brzuch. Pochłeptała. Popatrzyła w dal, bo Tosia jak wiadomo ma duszę pieską-niebieską z filozoficzno -estetycznym kierunkiem. I czasem się tak zagapia jakby i ją zatrzymywał w miejscu zachwyt nad światem. Teraz zatrzymała ją w miejscu łódź motorowa, z gatunku tych bardziej luksusowych. Łódź powoli i ostrożnie zakręcała, na łodzi siedziało trzech chłopaczków. Chłopcy patrzyli na Tosię, Tosia patrzyła na łódź, albowiem Tosię fascynują sporty motorowodne. Nie, żeby miała sama uprawiać, ale popatrzeć lubi. Zatem patrzyła.
Łódź zawróciła,nabrała prędkości i odpłynęła. Woda się rozkołysała i fala podpłynęła do Tosi stojącej wciąż po brzuch w wodzie. Tosia prychnęła, zmierzyła wodę groźnym spojrzeniem, a potem wyszła na brzeg.
Idziemy dalej- zdecydowała-Ta woda tutaj nie umie się zachować.
Potem przed nami ukazały się dwa pieski prowadzące dwie panie. Pieski były wielkości Yorka, dlatego Tosia strasznie się chciała z nimi przywitać. Bo York z Yorkiem zawsze się dogada, prawda? (Przypominam, że w głębi duszy Tosia jest Yorkiem). Nie wiadomo dlaczego tamte dwa zaniosły się jazgotem. Tosia nie odpyskowała, bo pyskówki są poniżej jej godności.
Doszłyśmy do drzewka i ławeczki pod nim. Tu zdecydowałam, że dość tego dobrego, wracamy. Na co Tosia przybrała pozę „a założysz się?” czyli mówiąc po ludzku rozwaliła się na trawie. Przysiadłam na ławeczce. Tosia uznała, że ławeczka to dobry pomysł i też się tam przeniosła by po chwili stwierdzić, że jednak nie i wrócić na trawę.
Drzewko dawało cień. Od rzeki zawiewał wiaterek. Pachniało wodą i suchą trawą. Z oddali dobiegały stłumione odgłosy miasta, a poza tym cisza…

…cisza byłaby idealna, gdyby nie rozlegający się co chwila, tuż nad głową, głos:
-Kra! Kra! Kra!
Podniosłam oczy do góry.
Ptaszydła nie było widać w gęstym listowiu, ale musiało tam tkwić bo znów sie rozległo:
-Kra! Kra! Kra!
Tosia też podniosła głowę. Wreszcie zlokalizowałam czarno-szary kształt na gałęzi tuż, tuż nad moją głową. Duże ptaszydło.Wrona.
-Kra! Kra! Kra!- nawrzeszczała na mnie gdyśmy nawiązały kontakt wzrokowy.
To nie było przyjacielskie zagadywanie. W tym głosie było coś natarczywego, nieprzyjaznego.
To brzmiało jak:
„IĆ STOND! IĆ! SIO! SIO! ZJEM CIEBIE! I TWOJEGO PSA! IĆ STOND!!!!”
Nie dało się tego zignorować, w głowie natychmiast zaczął się wyświetlać film Hitchcoka…
Podniosłam się.
-Kra! Kra! Kra!
-Nie drzyj się, już sobie idziemy – odpyskowałam Wronie, która z gałęzi przeniosła się na asfaltową ścieżkę.
– Tosia, wejdziesz jeszcze do wody? – zaproponowałam obłudnie, żeby nie było, że przed ptakiem zwiewam.
Zerknęłam na Wronę. Udawała, że na mnie nie patrzy, ale tkwiła na ścieżce jak przymurowana, bokiem do mnie, z łebkiem odwróconym w przeciwną stronę. Ale prawe oczko wydawało się czujne.
Pomyślałam, że musi mieć tu gdzieś gniazdo i próbowałam się oddalić wbrew temu co na ten temat sądziła Tośka.  Bo Tośka, wylazłszy z chlupotem z wody, zwęszyła coś w wysokiej trawie nieopodal i całą stanowczością swych trzydziestu ośmiu kilo pociągnęła w tamtą stronę.
Łypiąc jednym okiem na Psa, drugim skontrolowałam Wronę, bo jej wrzask stał się jeszcze bardziej natarczywy. Dystans między nami jakby się nieco zmniejszył.
Ściągnęłam smycz z całej siły, odciągając psią paszczę od ciemniejszej plamy w trawie.
Gniazdo? Młode?
(Niebieski kwiat i kolce, niebieski kwiat i kolce…Byłoby łatwiej jakbym nie był daltonistą…)
Byłoby łatwiej rozpoznać jakbym miała okulary korekcyjne, a nie przeciwsłoneczne.
Wrona darła się już nieprzerwanie i coraz bardziej groźnie.
Tośka niechętnie dała się odciągnąć, ale kierunek z którego przyszłyśmy wybitnie nie leżał w jej zamiarach. Pociągnęła mnie w drugą stronę: wprost na Wronę.
– Tam nie! – wytłumaczyłam psu – Wrona się nas boi.
Nie dodałam, że co najmniej jedno z nas boi się Wrony.
Tośka pokornie dała się odprowadzić w kierunku, z którego przyszłyśmy.  Zerknęłam na Wronę. Nie krakała. Stała na ziemi,  jakieś trzy metry ode mnie i udawała, że na mnie nie patrzy. Udawała, bo chwilę wcześniej, kątem oka zauważyłam, że kica w moim kierunku z nastawionym wojowniczo dziobem.
Odwróciłam się do niej tyłem. Kolejne dwa kroki z wrzeszczącym ptakiem za plecami. Czy mi się zdawało czy ten głos się nie oddalał? Znowu zerknęłam przez ramię i zobaczyłam jak Ptaszydło znowu kica w moim kierunku wrzeszcząc swoje:
-KRRRA! KRRRA! KRRRA!
Widząc, że się do niej odwracam zacichła, znieruchomiała, zapatrzyła w dal, starnnie omijając mnie wzrokiem. Niewiniątko!
Kolejne kroki i kolejna porcja wyzwisk za plecami. Znowu rzut oka przez ramię. I znowu dystans między nami taki sam. Zatrzymałam się, odwróciłam.
Oczka zapatrzone w dal, cisza i ta niewinna mina.
Ktoś cię wyzywał? Naprrrrrawdę? Ktoś do ciebie pyszczył? Ojejej, jaka przykraaaaaa…
Znowu ruszyłam. I znowu ten natrętny, wciąż nieoddalający się wrzask. Nieoddalający? Mało tego: zbliżający się!
Zatrzymałam się, zamachałam rękami:
-Szszszszoooo! – zasyczałam groźnie.
Odkicała z powrotem pod drzewko nadal starannie omijając mnie wzrokiem.
Ruszyłam przed siebie, za plecami znowu słyszałam wrzask, ale tym razem już się oddalał.
Tośka popatrzyła mi w oczy.
– Aleśmy tej Wronie kota popędziły, co? – powiedziała.
Bohaterka, psia jej sucza mać…

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 137. Tosia i ja. Oraz Wrona została wyłączona

136. Po powrocie

Wróciłam wczoraj późnym wieczorem.
Co było bardzo dziwne bo ten późny wieczór  (lądowanie było około 21.) był w biały dzień. I w biały dzień, nieco przed 23. dotarliśmy do domu. Zmierzchało.
Na lotnisku czekała mnie niespodzianka czyli komitet powitalny w postaci męża, córki i PannyS. Wnusia moja najukochańsza wystrzeliła do mnie nim zdążył ktokolwiek zareagować aż jakiś pan patrzył na nas z wyraźnym upodobaniem i stwierdził, żeśmy się chyba za sobą stęskniły…
No pewnie!
Słoneczko moje zasnęło w drodze z głową częściowo na moich kolanach. A ja patrzyłam i jak zawsze, pod długim niewiedzeniu (całe dwa tygodnie!!!) na nowo odkrywałam i dziwiłam się, że może na tym świecie istnieć coś tak…DOSKONAŁEGO w każdym calu.
Co jest głupotą bo racjonalnie powinnam wiedzieć, że każdy ma wady więc i PannaS musi je posiadać. Ale szukam w umyśle i …nie. Moja wnusia nie ma żadnych wad.
Jest IDEALNA.
Zaspaną wniósł ją dziadek na rękach do domu. Podobno nawet się nie obudziła.
A potem podjechaliśmy pod nasz dom…Nie bawiliśmy we wnoszenie tobołków. Najpierw Współlokator po prostu otworzył drzwi. Tośka wyskoczyła na schody i ją zamurowało bo dokładnie na przeciw stałam ja. I Pies wyraźnie zaniemówił i skamieniał z wrażenia. A potem ją zawołałam i prawie czterdziestokilowa kula szczęścia runęła na mnie. Wreszcie po prostu usiadłam na trawniku żeby pies miał blisko do lizania, a ja do głaskania. Biedulka, aż skamlała z nadmiaru radości.
Chodzi dziś za mną krok w krok. Wzdycha, wtula nos w moje nogi i ręce, tarza w mojej pościeli. Szczęśliwa.

Można rzec, że Polska witała mnie i żegnała gorąco, a Szwecja jest powściągliwa. Niby gorąco ale chłodkiem zawiewa. Ależ to prawdziwe.
Ogarniam pranie, kurze, bałagan na biurku.
Spać bym poszła, ale za dużo roboty.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

135. Polska

…i właściwie tyle.
Kilka dni spędziłam w domku na odludziu, pośród wzgórz…choć to już chyba pod góry podpada.
Jednego dnia wstałam wczesnym rankiem i poszłam na zdjęcia. Na łące byłam jeszcze nim słońce się wyłoniło zza góry. Co w sumie było łatwe skoro łąka pod domem niemal.
I było tak:

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 3 komentarze

134.

I zrobiło się lato.
Nie wiem na jak długo, ale póki co: trwaj, chwilo, trwaj.
Oczywiście, istnieje uzasadniona obawa, że jak teraz mamy lato to w czerwcu i lipcu będzie jesień. Ale jesień latem może być i bez tej ciepłości teraz, więc bierzemy co dają.
Zatem jest gorąco, gorąco, gorąco.
Pierwszego dnia gdy temperatura się podniosła powyżej 20stopni patrzyłam z bólem na mojego ziejącego psa i sercem mym targnął wyrzut sumienia. Bo już kilka miesięcy temu myślałam o zakupie maty chłodzącej. Ale wiadomo: jak lód trzyma, wiatr napieprza z północy, na chodnikach lód to człekowi pomysły na temat schładzania się mijają szybciej niż powstają.
No a teraz sprawa stała się nagląca.
Zamówiłam, zapłaciłam. Ludzie ze sklepu wykazali się dużym zrozumieniem i wyczuciem sytuacji albowiem transakcji dokonałam w poniedziałek po południu a wczoraj rano już miałam smsa, że mata czeka na poczcie. PIO-RU-NEM!
Upał miał przyjemność nie mijać a nawet wykazywał pewną tendencję wzrostową więc już cieszyłam na myśl o tym ile to szczęście psu swojemu sprawię.
A potem wsiedliśmy ze Współlokatorem w auto i pojechaliśmy na pocztę i po zakupy.
Ale.
Zanim co, zadzwoniła córka czy moglibyśmy PannęS zawieźć na balet bo ona się bardzo źle czuje. Moglibyśmy, bo potrzeby PannyS są w tym domu zawsze na pierwszym miejscu, a balet dla PannyS jest świętością! Córka wsiadła do samochodu, spojrzałam na nią, na jej opalone ciało, wystające spod bluzki kolorowe ramiączko…i wiedziałam.
– Opalałaś się?
– No, skąd wiesz?
– To masz udar słoneczny. Idź do domu, weź chłodny prysznic, wypij zimnej wody, schłodź się jak najbardziej, weź tabletkę przeciwbólową, bo samo nie minie.
Matko boska! Stara baba,  28 lat a taka  głupia, że ręce opadają. Po tym odkleszczowym zapaleniu mózgu też jej głowa jest wrażliwsza na różne przypadłości.
Na szczęście PannaS była już gotowa czyli ubrana, a co najważniejsze: uczesana w solidny koczek. Zostawiliśmy ją na godzinę pod opieką Walentiny i biegusiem po zakupy, żeby w godzinę się ze wszystkim wyrobić.
A jak się człowiek śpieszy to wiadomo: ten w aucie przed tobą ma inne pojęcie płynnej, kulturalnej jazdy, szlabany zamyka się właśnie wtedy gdy do niego dojeżdżasz, w kolejce do kasy przed tobą stoi babcia lat na oko 102 i właśnie tę chwilę wybiera sobie by porozmawiać o korzyściach jakie jej da karta stałego klienta gdy już przed tą babcią stała jeszcze inna babcia, która z namaszczeniem wyjmowała z portfela monety i banknoty wygładzając i układając pieczołowicie każdą sztukę.
Ale jednak zdążyliśmy na czas by PannęS nie tylko odebrać, ale nawet i zobaczyć w trakcie zajęć.
Mała chodzi do grupy zaawansowanej. Wraz z nią są jeszcze trzy inne dziewczynki. Jedna w tym samym wieku, dwie starsze o jakieś 3-4 lata. Te zajęcia to były jej trzecie zajęcia  w pointach czyli baletkach do tańca na czubkach palców.
Mnie się nie podoba, że Mała tych point używa już teraz bo wedle Sonji, mojej koleżanki ze szwedzkiego, która też jest nauczycielem baletu, na pointach zaczyna się tańczyć mniej więcej w wieku lat 12-14 w zależności od wyćwiczenia tancerza. To samo pisze taka jedna blogerka-baletnica. Ale Walentina jest Rosjanką, a u nich jest zasada: albo trenujesz być mistrzem albo daj sobie spokój. Oczywiście jej podejście MUSIAŁO zostać złagodzone ze względu na Szwecję, więc nie krzyczy, nie ustawia dzieci na siłę, stara się być łagodna, ale te pointy…
Chciałam protestować, ale ponieważ poza mną ani ojciec, ani matka tematu nie podejmują to co ja mogę? Prócz mnie to jeszcze tylko Macocha PannyS jest pełna dezaprobaty, bo też ma takie wiadomości.
Pisałam do Szwedzkiej Szkoły Baletowej z pytanie ale mnie olali.
No więc wczoraj mogliśmy popatrzeć na taniec PannyS. I jej koleżanek.
Oczywiście, że jestem bardzo subiektywna, że PannaS jest dla mnie ósmym cudem świata, doskonałością absolutną, i żadne inne dziecko na świecie, łącznie z moją córką i synem, nigdy nie było tak absolutnie wyjątkowe.
Więc może to wcale tak nie wygląda..? Może nie zawsze?
PannaS NIGDY nie jest zmęczona na balecie. Jakikolwiek miała wcześniej dzień – wykonuje każde polecenie nauczycielki najlepiej jak się da.  Jeśli jest wyciągnięcie nogi to na całego.
Walentina pokazuje jakiś ruch – dziewczynki próbują ją naśladować. Walczą z nogami, które nie chcą się zaplatać, z plecami, które okrągleją, z brodą zbyt opuszczoną…
PannaS po prostu powtarza ruch i jedyne z czym walczy to „wykończenie” na przykład: wyprostowanie palców dłoni, złączenie ich w odpowiedniej konfiguracji.
COŚ NIESAMOWITEGO. W dodatku, widać to wyraźnie jak zerka w lustro i porównuje czy jej poza jest taka jak nauczycielki i sama z siebie tę pozę koryguje, wyłapując właśnie te niuanse w postaci tych paluszków.
Staje na tych pointach tak jakby to był najbardziej naturalny ruch. Dziewczynki się chwieją, opadają, stają znowu…PannaS macha nóżką i robi piruety, ot tak sobie.
Jednocześnie jest niesamowicie skupiona. Ćwiczy bez uśmiechu, nie zerka w okno na nas i nie macha nam co chwila, patrzy w lustro i na nauczycielkę.
Na zakończenie panienki wykonywały układ jakiego się nauczyły. I każda wykonała swoją część lepiej lub gorzej. A PannaS zatańczyła swoje, a potem jeszcze dodała piruet, podskok i machnięcie nóżką.
Wcześniej sądziłam, że ten balet to taka zabawa. Teraz zaczynam myśleć, ze to małe dziecko, to kocha z całej siły, a w dodatku chyba naprawdę…ma talent jak mówi Walentina. I że może naprawdę trzeba dołożyć sił i posłać ją do tej Państwowej, Szwedzkiej Szkoły Baletowej w Goeteborgu. Tylko to wymaga przeprowadzki, bo przy szkole internatu nie ma, zresztą – nie wyobrażam sobie oddania dziesięciolatki do internatu.
Tylko: czy to dobre dla PannyS? Kariera artystki? Niepewny chleb, pokusy, wieczna dieta,choć to niekoniecznie sądząc po genach.
Mamy jeszcze prawie dwa lata…
Ale, ale wracajmy do naszych baranów.
O czym to ja..? A, mata chłodząca.
Odwieźliśmy PannęS do mamy i wróciliśmy do domu.
Rozpakowałam matę i położyłam ją tam, gdzie Tosia najchętniej leży. Potem przełożyłam to tu, to tam. Potem położyłam na swoim łóżu, potem schowałam pod prześcieradło. Potem jeszcze udekorowałam to prześcieradło kawałeczkami sera…
Pies matę omija wielkim łukiem. Na ser naszczekała, bo leżał poza zasięgiem paszczy i nie chciał do Tosi przyjść. No nie chciał, podły ser. A Tosia po niego nie mogła pójść po przecież Pańcia położyła to coś, co Tosię na pewno zje.
No. Tak to wyglądało.
I teraz pytanie: jak zachęcić durnego burka żeby jednak choć jedną łapą na te matę stanęła?
Z kotem nie byłoby takich ceregieli, kot by na tek macie leżał nim zdążyłabym ją rozpakować.
Ale Tośka jak wiadomo jest tchórzem ostrożna.
A Szwecja ma znowu długi weekend.
A ja za dni sześć lecę do Polski.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

133

Zabraliśmy wczoraj Tośkę na Kinnekulle.
Jeszcze zimą odkryliśmy takie miejsce, gdzie nic nie ma: parking, dwie rozwidlające się dróżki, z czego jedna zagrodzona szlabanem bo tylko dla pieszych co idą na górę. Wybraliśmy tę drugą.
Droga leśna. Po jednej stronie las, po drugiej zrąb. Po trzeciej inny las po czwartej chaszcze… Tośka buszuje tam w chaszczach tropiąc dzikiego zwierza. A my idziemy spokojnie. Bowiem nie ma na tej drużce rowerzystów, dziadków z kijkami, rodzin z dziećmi, innych psiarzy. Ot taka sobie zwykła, niezbyt piękna dróżka z znikąd donikąd przy której nic nie ma.
Wczoraj mama pannyS zaszczyciła nas swoim towarzystwem.
Dla mnie moja córka i mój mąż jednocześnie to zbyt wiele na raz. Nie pytajcie, nie wiem o co chodzi, ale pięć minut przebywania z tą dwójką skutkuje ogromnym zmęczeniem i irytacją. Możliwe, że nadmiar ludzi myślących i zachowujących się w podobny sposób…W każdym razie unikam jak ognia lub staram się wciągnąć jeszcze kogoś, żeby mi był wsparciem lub odskocznią od tych dwojga.
Ale to tak na marginesie.
Poszliśmy sobie niespiesznie, a potem wrócili. Zdjęć nawet nie było czemu robić, bo jeszcze na dodatek słońce się schowało za jakąś chmurę. Doszliśmy do parkingu i Tośka za widok samochodu skręciła w bok ku ławeczkom. Dobra, i tak ją chciałam na tej ławeczce uwiecznić oraz wyczesać.
No ale ile można?
Na hasło „Tosia, do samochodu” pies się przykleił do podłoża. Podeszłam – odwróciła się na grzbiet. Prośby, groźby, próba przekupstwa i łagodnej siłowej perswazji…Na nic. Psisko kłapnęło paszczą! Tyle, że to było takie kłapnięcie „zabierz tą rękę”. No aleeeee…kto tu rządzi? Huknęłam na psa, który wyraźnie zawstydzony zerwał się na równe nogi…Zatriumfowałam…na pół sekundy bowiem ta małpa wskoczyła na stół i się na nim rozwaliła. Patrzyła teraz na mnie z pozycji niby równej mi i miała cholera minę „i co teraz mądralo”. Sięgnęłam ręką do szelek…A tu warkot i już całkiem poważne kłapnięcie paszczą.
Uuuuu…kochana…tak to ty se Pańcia straszyć będziesz, nie mnie. Szarpnęłam szelkami w dół i huknęłam na nią jak najniższym głosem.
Przypięłam smycz, zwlekłam wierzgającego bachora psa ze stoliczka (ostrożnie, żeby małpie krzywdy nie zrobić). Już wiedziała, że nie wygra, ale jeszcze kombinowała, ale smycz ją zatrzymała. Zastanawiałam się co zrobię jak nie zechce wskoczyć do auta…Nie udźwignę 36kilo przecież. Na szczęście na to nie wpadła.
No i teraz muszę psa nauczyć, że jak Pańcia mówi do domu to nie dyskutujemy. Rozpuściłam bydlaka jak dziadowski bicz.
A pitolenie, co myślałam, że skończyłam odezwało się jeszcze raz w postaci nieogarniętego człowieka, który w piątek wieczorek był bardzo niemile zaskoczony gdy mu odmówiłam spotkania i zrobienia od ręki. No bo jakże to…on przecież by do mnie przyjechał…i jak to ja mogę mieć plany na przedłużony weekend? Jak mogę nie chcieć ich zmienić dla człowieka w potrzebie…
Byłam twarda. Zrobiłam co trzeba, wysłałam mailem, dalej niech se radzi sam.
W sobotę bowiem byłam u mojej koleżanki-klientki-fryzjerki. Wraz z Litwinką i jeszcze jedną Litwinką.
Mam teraz krótkie włosy. Bardzo króki, poprzetykane jasnymi pasmami. Podoba mi się…na razie.
Podsumowanie całego dnia u fryzjera? Stalowych magnolii to z tego nie będzie.
Oraz: cudze dzieci na dłużej niż 30 minut są niezwykle męczące i ich miejsce jest na podwórku a nie wśród dorosłych.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze