91. Wreszcie!!!

Po obejrzeniu tysiącpieńćsetstodziewieńćset filmów na jutubie wpadłam na pomysł, że te poprzeczne, niewygodne ramki mogą i u mnie służyć by nitki szły nad nimi…
Najpierw sprawdziłam z tyłu, tam gdzie nawinięta jest osnowa. Hm…jakby lepiej…ale wciąż jeszcze jedna warstwa jest luźniejsza. Pokombinowałam z pionowymi deszczułkami, które tkaczki po coś umieszczają, ale nie zauważyłam efektu. Hm…a jakby tak i robotę z przodu puścić górą..?
Bingo!
W ciągu pół godziny utkałam metr tasiemki 😀
Dobra, umówmy się: to nie jest tasiemka wzorcowa, brzeg pływa, szerokość szwankuje, bo nie wiem ile to jest w sam raz na zawinięcie, ale wzór już się zaczął układać równo (mam osnowę w dwóch kolorach).
Dziś w szmateksie kupiłam ciepło żółtą nitkę…Jutro osnuję krosna porządnie i zrobię sobie…zrobię sobie…coś. Z tej ciepło żółtej. Serwetkę na przykład. Albo szaliczek.
Albo chodniczek 😀 …
Ha!
Ale mam fajną zabawkę.
A jaka z siebie dumna jestem!

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

90. A słowo ciałem się stało…

Dziś było kolejne spotkanie z szefową.
Szłam najeżona. Okazało się, że …mamy wdrożyć się w nową aplikację do rejestrowania czasu. A przy okazji…Biuro, gdzie teraz sprzątamy kończy współpracę z naszą firmą. Apteka, gdzie Monika  ma swoje 45minut -też.
Tym samym sławetna (albo osławiona -kto widzi różnicę?) firma XXX+ na wiosnę znika z mapy pracodawców w naszym mieście.
BabaSaba liczy chyba, że znowu ją zostawią, jak przy poprzednim kontrakcie i podlizuje się wszystkim dookoła. Pies z nią tańcował.
Monika zmartwiona, bo ona nie ma nic poza tym sprzątaniem a na dodatek rodzina jej się powiększa.
A ja…
Ja…
Ja się cieszę! Rzucę to z czystym sumieniem! I nie będę szukać nic innego. Będę szukać nowych klientów dla siebie. I o.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 1 komentarz

89. Cierpliwość ma swoje granice…

Znowu w tym dłubię, zamiast zająć się czymś pożytecznym.
Pisaniem np.
Ale naprawdę…
Muszę, palce mnie świerzbią.
Ja nic nie chcę tylko upleść sobie pasek do aparatu.
I dywanik pod łóżko.
I bieżnik dla Reginy.
No..!

Dlaczego dolne nitki mi się nie napinają jak trzeba? DLACZEGO?!

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 3 komentarze

88. Skutki dodatkowej porcji Tiramisu

Przyszły do mnie wszystkie trzy tej nocy.
Elka B, która wyjechała do Niemiec i do końca trzymała to w sekrecie przed nią, swoją swoją najlepszą przyjaciółką, bo nie wiedziała jak jej to powiedzieć.
Mała Hanka P, która na zdjęciu podtrzymuje jej gips i ma minę pełną cierpienia.
Gośka Z, która kochała ją tak jak tylko kochająca kobieta potrafi.
Na koniec przyszła Ona. W białej sukience, której nigdy nie miała. Sukience, teraz pamiętam, którą kiedyś pożyczyła jej Elka gdy przyjechała na wakacje. Sukienka stylizowana na wzór retro, ozdobionej tu i ówdzie dyskretną czerwoną kokardką.
Szły roztańczoną ulicą, pełną radosnych ludzi, po bruku płynął ciepły deszcz, one przedzierały się przez ten tłum. Były piękne, radosne, przekonane o własnej sile. Ona usiłowała je dogonić.
A potem przegoniła i poszła w ten tłum sama, najpiękniejsza z nich z nich wszystkich i wszyscy za nią patrzyli.
Z głębi głowy napłynął tekst:
Było nas trzech, w każdym z nas inna krew…
Poróżniła nas,  za jej Poli Raksy twarz…

Stałam obok nich, patrzyłam i mówiłam w kółko: Ja to muszę napisać, muszę to napisać, jesteście wszystkie bohaterkami…

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 3 komentarze

87. Epopeja o butach, choć może nie koniecznie

Zrobiło się mało przyjemnie.
Dni są słoneczne wprawdzie, ale bardzo krótkie. Najlepiej ujęła to moja córka mówiąc, że teraz to właściwie cały dzień to złota godzina. Słońce nie staje w zenicie, ślizga się niewiele ponad horyzontem. Fajne światło do zdjęć, zwłaszcza, że na niektórych drzewach jeszcze wiszą liście. Gorzej z życiem skoro dzień trwa niewiele więcej niż złota godzina.
Rok temu spadł pierwszy śnieg i upadłam na głowę. Dosłownie. Mam od tego czasu traumę czy jak kto woli: uraz. Boję się chodzić gdy istnieje ryzyko, że chodnik jest śliski. Na próżno sobie tłumaczę, na próżno usiłuję bagatelizować. Wychodząc z domu szuram nogami po podłożu żeby sprawdzić czy nocna mżawka lub mgła nie zmieniła się w ślizgawkę. Szuram co chwilę, zwłaszcza jak jest ciemno, a teraz właściwie przez większość czasu jest ciemno. Szuram co kilka kroków, bo już się nauczyłam, że mróz niekoniecznie łapie wszędzie tak samo.
Wczoraj zrezygnowałam z przejazdu rowerem przez tunel bo z górki ostro, a jak ślisko? Dziś w swej schizie poszłam dalej, bo przeszłam przez ulicę, zamiast pod nią. Bo na śliskim asfalcie biegnącym pochyło na bank się wywrócę…
Czy to dziwne, że szukanie butów zimowych w takich okolicznościach to wyzwanie?
Buty mają być odporne na ślizganie. Najlepiej by było napisane na nich” Specjalnie dla KasiP buty całkowicie odporne na poślizg bez względu na podłoże w postaci lodu/wody/tłuszczu”. Niestety, nikt nie produkuje takich butów, obawiam się, że musiałyby być wyposażone w przyssawki. Tylko jak w czymś takich chodzić?
W zeszłym roku kupiłam buty na zimę. Tak było napisane na metce, że to na zimę. Cena była normalna jak na buty przystało. I co? I okazało się, że owszem buty może i na zimę, ale zimę cywilizowaną, miejską, w takim mieście, gdzie każdy chodnik jest oczyszczany do gołego ze śniegu i deszczu. Jeden spacer z psem po mokrej trawie pobliskiego boiska i okazało się, że buty wpuszczają wodę szybciej nawet niż szmaciane trampki Palladium.
Reklamacja okazała się niemożliwa bowiem na metce stało, że buty są na zimę i mróz a nie na wodę i śnieg.
Prócz tego na pierwszym dłuższym wypadzie buty obdarowały mnie pęcherzami na piętach. Nie, nie na ścięgnach achillesa. Na piętach, od spodu. Oraz na poduszkach pod palcami.
Te dwa powody wystarczyły bym sobie przyrzekła, że butów owej firmy więcej nie kupię. Jeden tylko problem: w moim mieście, w tym zapyziałym miasteczku na prowincji prowincji Europy, masz do wyboru albo buty sportowe albo…buty tej właśnie firmy.
Buty sportowe. No dobra, postanowiłam dać im szansę. Bo tak: te zazwyczaj są wodoodporne oraz  mają podeszwę zapobiegającą ślizganiu się. Odwiedziłam wszystkie sklepy sportowe w mieście czyli wszystkie dwa. Liczyłam, że na przykład będą buty Timberland, zgrabne, bardziej przypominające damski botek niż kowadło. Oraz, że nie będą CZARNE!
Zapomnij.
W sklepach były wyłącznie czarne buty, a ich wdzięczną elegancję można porównać do obuwia ortopedycznego. Tak.
Ja chciałam coś pomiędzy. Coś co daje stabilne podłoże i usztywnioną kostkę, ale żeby jeszcze wyglądało jakoś tak…nobliwiej. Od razu mówię: nie noszę kozaków i nie noszę butów na obcasie wyższym niż 2cm. Między innymi dlatego, że takie buty mają zwykle zelówkę grubości liścia, gładką jak pupa niemowlęcia. Nie mam wymagań co do materiału, może być skaj, może być szmata, byle wodoodporna. I nie czarne. Boże kochany! NIE CZARNE!
Pisałam już wielokrotnie, że ogólnonarodowa szwedzka żałoba działa na mnie przygnębiająco oraz wzbudza mą agresję. Zatem nie czarne.
Przekopałam internet. Owszem znalazłam kilka typów. Wszystkie zacnie się prezentują na zdjęciach ale i ich ceny też były „zacne”. Plus koszty przesyłki.

Oczywiście, najbardziej chciałam te z turkusem, potem te czerwone…Ale wiadomo jak to jest  z kupowaniem przez internet. Zwłaszcza jeśli chodzi o buty. Rozmiary są różne. Jakość jeszcze bardziej. A tego nie da się ocenić na podstawie zdjęcia i tabelki.
W dodatku tych turkusowych nie było w moim rozmiarze.
A ponieważ jechaliśmy do Göteborga postanowiłam, że nim zamówię i wydam jednak równowartość nerki to popatrzę co wielkie sklepy w wielkim mieście mają do zaoferowania.
Sportowe, wielkomiejskie sklepy miały dokładnie to samo co sklepy prowincjonalne. Przynajmniej jeśli chodzi o obuwie na zimę. Przygnębiająca czerń i wdzięk słoniowej nogi.
Wzruszyłam ramionami i poszłam dalej. I dalej i dalej. W wielkim XXL sklepie, oferującym sprzęt do rozmaitych aktywności ścieżka zwiedzania prowadzi przez wszystkie działy. I gdym już przegalopowała prawie cały sklep, mijając dział obuwniczy trafiłam do działu „Hiking”. A tam na ścianie, buty hikingowe. Stanęłam. Ujrzałam. I zmarłam. Były tam! Buty-absolutnie-idealne.
NIE CZARNE! Zgrabne. Wodoodporne, a z porządną podeszwą. Leciutkie. Miękkie! NIEBIESKIE!!! Rozumiecie? NIE-BIES-KIE!!! Nie granatowe, nie gołębie, nie jakieś -tam. Niebieskie. Takie:

Niestety. Miały dwie wady.
Pierwsza, w sumie do obejścia: nie są zimowe. Nawet nie są jesienne. Ale zimy teraz takie…Wełniana skarpeta, a jak mróz większy to ostatecznie mam stare, czteroletnie skórzane Timberlandy, nie do zdarcia.
Druga, niestety nie do pokonania: największy rozmiar 37. Mój standardowy to 38, ale może? Bo czasem mam 37. Wcisnęłam nogę…
Już prawie szeptałam do eM „Topór daj, w komorze…”
Odłożyłam na półkę. Poszłam. Zawróciłam. Zaczepiłam obsługę, bo może jednak gdzieś na zapleczu skitrali jedną parę 38. Wyparli się.
Poszłam. Wróciłam. Raz jeszcze wcisnęłam nogę. Em odmówił kategorycznie odrąbania mi kawałka stopy. A przecież nie musiałby dużo…5mm albo i mniej.
Poszłam. EM ze mną.
Zawrócił. Potem mnie dogonił.
– Zapisałem firmę – oświadczył.
Wróciłam. Wyjęłam telefon i zrobiłam zdjęcie pod tytułem „Miłość mego życia”.
Znalazłam w internetowym sklepie. Jednym, jedynym! Na szczęście w Polsce.
A tu jak na złość 1 listopada. Pozamykane wszystko.
Wreszcie udało mi się, zamówiłam, zapłaciłam, dopłaciłam za kuriera, żeby szybciej. 4 listopada wysłali…i do dziś ich nie ma! No nie ma!
Czekam. Co mi tam. Mogę czekać. Byle tylko przyszły i były dobre i niebieskie.

Na zimę kupiłam buty Jedynie Słusznej Firmy występującej w Szwecji, a dostarczającej buty codzienne. Piękne nie są.  Czarne. Ale miękkie. Ciepłe. Podobno wodoodporne. Na grubej podeszwie odpornej na ślizganie.
Jakby to powiedzieć…
Co innego miłość a co innego małżeństwo, nie?

Edit:
Przyszły dziś.
Są takie jak pamiętałam.
Rozmiar 38 Idealny. Błękitne. Miękkie. Lekkie. IDEALNE.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 5 komentarzy

86. Epopeja o portkach

Jakiś czas temu odkryłam, że nie lubię jeansów. A teraz odkryłam dlaczego. Nie lubię tego, że wszystkie jeansy damskie są gumowe. Przynajmniej w Szwecji nie kupisz innych. Tylko gumowe, oklejające ciało, rurki. Fuj. O ile takie spodnie całkiem nieźle wyglądają na proporcjonalnej i zgrabnej sylwetce, o tyle z normalnej kobiecej figury robią dziwne rzeczy.
Powiększają tyłek przede wszystkim. Doskonale uwydatniają każdą niedoskonałość figury ze szczególnym uwzględnieniem nóg.
Dlaczego w sklepach są więc tylko takie naprawdę nie rozumiem. Patrzyłam w sieciówkach, patrzyłam w sklepach firmowych z legendarnymi markami typu Lee, Levis  czy Wrangler. Dupatam. Wszędzie to samo.
Jest możliwe, że tylko w Szwecji, bo Szwedzi jak wiadomo wszyscy chodzą ubrani  jednakowo a strój odświętny od codziennego różni się tylko tym, że mężczyzna zamiast polo wkłada koszulę a kobieta pod dżinsową spódnicę wkłada legginsy z koronką, bo na co dzień nosi bez koronki.
Ostatnio jak eM kupował dżinsy to pomacałam kilka par męskich i o dziwo: nie ma w nich gumy! Zaczęłam rozważać pomysł kupowania spodni męskich. I krój normalniejszy i ten materiał jakiś taki lepszy. Póki co zarzuciłam pomysł, oblekłam tyłek w spodnie dresowe, czarne, szerokie i dobrze się w tym czułam.
Jako osoba biuściasta, żeby nie powiedzieć: cycata, muszę mieć dół, który optycznie przynajmniej trochę poszerza.  W rurkach, legginsach wyglądam jak odwrócona baba: wielka, monstrualna wręcz góra przy mikrej podstawie czyli inaczej mówiąc kolos na cienkich nogach.
Zachciało mi się jednak posiadać wariant bardziej wyjściowy, bo dres na spotkaniu z klientem jakoś mi nie pasuje.
Ileż ja się naszukałam! Co ja mówię! Szukam nadal.
Nie chcę czarnych dżinsów, bo co z tego, że te częściej mają nogawkę nieco szerszą to wciąż jak dla mnie za wąską. Nie chcę elastycznych spodni w kratkę. Nie chcę cieniutkich, lejących się , nomen-omen, szwedów. Nie chcę spodni a la szarawary, bo to jest to samo co dres, nawet jeśli z błyszczącego materiału.  Chcę normalne, damskie, garniturowe spodnie. Z klasyczną nogawką. Czarne, szare, brązowe, najlepiej gładkie, ale nie będę się czepiać jak będą to delikatne prążki czy jodełka.
Zapomnij.
Gdzieś w kącie, na wieszaku z ubraniami mierzonymi, zobaczyłam dżinsy. Ze dwa rozmiary większe niż mój standartowy. Żachnęłam się nico na strzępy i przetarcia, ale jak obejrzałam to zobaczyłam, że przetarcie jest jedno, małe, na udzie. Dół wprawdzie obstrzępiony, ale to akurat jestem w stanie zaakceptować, biorąc pod uwagę fakt, że portki NIE MAJĄ gumy, albo mają jej znikomą ilość a nogawkę mają normlaną, prostą. Rozmiar w pasie taki, że mogę je w sumie zdejmować bez rozpinania, ale od czego mam pasek?  Portki boyfriend mogą być za szerokie i nieco marszczone, nie?
Kupiłam.
Lubię. Są miękkie, nie kleją się do ciała, nie ciągną, nie uwierają, a gdy zginam nogę nie walczę z bandażem elastycznym.
Dobra. Ale jednak eleganckie spodnie też bym chciała.
Wychodzi na to, że ja! Ja – pierwsza abnegatka w Rzeczypospolitej jak mawiała moja mać w Szwecji będę robiła za wyelegantowaną damę.
Hły, hły, hły, hły…
Mam napisać epopoję o butach zimowych?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

85. Przemyślenia

Przeczytałam wczoraj o zjawisku zwanym kokoning. Kokoning to życie w kokonie czyli zamknięcie się w domu i ograniczenie wychodzenia tak bardzo jak się da.
Podobno psychologowie zastanawiają się  z czego wynika i jakie da konsekwencje. Oraz zapewniają, że na pewno nie jest zdrowe.
Cóż…
A co, jeśli społeczeństwo nie jest w stanie dać mi już niczego więcej? Co, jeśli uważam, że świat na zewnątrz mego kokonu jest głupi i pełen nienawiści? Co, jeśli przeżyłam ponad pięćdziesiąt lat tak, jak społeczeństwo tego ode mnie wymaga i nadal nie znalazłam po drugiej stronie niczego dla siebie?
Czy jestem jednostką chorą czy może właśnie staram się zachować resztkę zdrowia psychicznego?
Komu to szkodzi, że zamknę się w domu, będę oglądać starannie wyselekcjonowane filmy, czytać starannie dobrane lektury, kontaktować się ze światem na mój sposób i tylko z tymi, z którymi mam ochotę. Zamknę oczy na głupotę zataczającą coraz większe kręgi, odizoluje się od tych którzy w imię własnych przekonań lub celów ekonomicznych chcą zmusić mnie bym żyła w niezgodzie ze sobą.
Czy komuś tym zaszkodzę?

Z innej beczki.
Dlaczego tak wielu ludzi uważa, że przetrwanie ludzkości jest tak istotne? Dlaczego? Po co? Z punktu widzenia biologii jesteśmy tylko jednym z gatunków. Dzięki nam  codziennie giną jakieś żywe istoty, zakańczają życie kolejne gatunki. Wierzymy w słowa, które gdzieś kiedyś ktoś napisał, wierzymy, że powiedział je Bóg, że mamy sobie czynić ziemię poddaną. W imię tych słów uważamy, że mamy prawo zlikwidować każdy inny żyjący organizm by mieć miejsce dla siebie. Nie bierzemy pod uwagę, że jak już zniszczymy wszystkie albo większość żyjątek na Ziemi to nasze dni na tej ziemi będą także policzone. Wierzymy, że technologią zastąpimy wszystko.
Jesteśmy głupcami. Pasożytami.

I jeszcze:
ale dlaczego ci co wierzą w Boga nie zaufają w boskie wyroki? Skoro Bóg, którego tak chętnie cytują stworzył możliwość zabicia zarodka to czy nie dał tym samym człowiekowi prawa by sam decydował? I tak ze wszystkim.

I jeszcze:
Skoro uważacie, wy myśliwi, że chronicie naturę oraz, że mięso dzikich zwierząt jest lepsze bo zdrowsze to dlaczego kupujecie mięso w sklepie? Przestańcie na Boga! Żywcie się wyłącznie tym co sobie upolujecie. Nie ma antylop boście je wszystkie wytłukli? Jedzcie larwy. Ohydne, ale sycące.

I jeszcze.
Od jakiegoś czasu patrzę na mięso i widzę martwe zwierzę.  Z czym jeść kanapkę w takim razie?

I jeszcze.
Ludzie jako rasa są jednak beznadziejnie głupi. Oraz jak na każdego durnia przystało są pełni pychy i przekonania o swej wyjątkowości. Coraz bardziej nie lubię własnej rasy.

itd itd itd

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy

84 Pan kotek był chory

Ktoś przywlókł wirusa nie wiadomo skąd. Najpierw złapało eM, potrzymało dwa dni ostro, potem zelżało i tak trzyma. EM jak wiadomo cierpi na chorobę autoimmunologiczną, więc jego infekcje zachowują się inaczej.
Potem, właściwie dzień później zapadł Yankie. I już, już byłam pewna, że mnie ominie…
Widocznie jednak mój organizm skupił się na usuwaniu szkód stresu i zaniedbał ochronę bo we wtorek po południu już byłam chora.  To tyle w kwestii stresu i jego skutków.
Pamiętacie te memy „Przeziębiony mężczyzna nie walczy o zdrowie. On walczy o życie”?
No to wygląda na to, że jestem facetem. To nie jest to, że ja się pieszczę. Po prostu lekko podniesiona temperatura rozkłada mnie na łopatki, kolana mi miękną a w głowie się kręci, do tego bolą wszystkie stawy…
Znowu ujawnia się nasz rodzinny podział.
Zawsze jest tak, że co eM to i Misia. A co ja to i Yankie.
Właściwie nie zgadza się tylko jedno: Yankie jest mięsożercą i ma grupę krwi swego ojca.
Misia mięsa nie je (głównie z przekonania) i ma grupę krwi mieszaną.
No to od wczoraj spędzam czas w łóżku. Smarkam, piję, śpię, jem…A tak. Jeszcze jedna cecha charakterystyczna mojego chorowania: dostaję wilczego apetytu w pierwszym dniu. Ile bym nie zjadła, jestem głodna i głodna.
No to choruję. Nie pójdę dziś do klubu, buuu. Chciałam, bo choć czasem mnie irytują to jest to w zasadzie mój jedyny kontakt ze Szwedami, jedyna okazja by pogadać na żywo po szwedzku i posłuchać szwedzkiego w różnym wydaniu. Ale nie. Nawet gdybym miała siłę to nie mogę. Jeden z kolegów, taki którego akurat lubię, leczy się na raka. Jak zawlokę infekcję to Lennart ją na bank złapie. Więc nie.
A wy? Myślicie o swoich chorych na różne rzeczy kolegach przy infekcji?
Kiedyś nie myślałam, teraz za sprawą chorego eM jestem bardziej uważna.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

83. Oesuuuu

jaka jestem zmęczona. I zdołowana.
Przede wszystkim obudziłam się o 3 przytomna jak skowronek. Walałam się do 4:30, potem zaczęłam przysypiać a o 5 znowu była trzeźwiutka. Wypiłam kawę poszłam do pracy.
Tę nocną trzeźwość na bank zawdzięczam planowanemu na dziś spotkaniu z nową szefową (która to już w ciągu pięciu lat? Trzecia? Czwarta?) oraz moją ulubioną koleżanką, specjalistką od chowania lub wyrzucania różnych rzeczy czyli Sabą.
Spotkanie było na 10:30 szefowa przełożyła na 11. A ja o 13 miałam umówione spotkanie z nowym klientem.
Przyjechała jeszcze spóźniona, wzięła kawę, poszłyśmy do innego pokoju. Ona, Monia, ja i ta wkurzająca mnie baba Saba.
Saba pytała niewinnym głosem „Chciałabym wiedzieć dlaczego ciągle się na mnie skarżycie” na co wreszcie jej odpowiedziałam „A to zaraz się dowiesz”. Z promiennym uśmiechem.
Coś mi się złego w duszy zrobiło, bo całą tę idiotyczna konwersację przesiedziałam z uśmiechem a gdy Saba podnosiła głos mówiłam spokojnie „Ale nie krzycz, tam ludzie pracują”.  Zapytałam dlaczego wyrzuciła mój krem rąk, dlaczego wyrzuciła ścierki, dlaczego wciąż wkopuje moje buty na zmianę pod regał. Dlaczego gdy pytałyśmy o cokolwiek miała jedną „zadzwoń do szefa”. Dlaczego chowa różne rzeczy i nie informuje gdzie? Na przykład drugi odkurzacz.
Tłumaczyła się, ze ścierki były niehigieniczne, krem pusty (nie był i nie był tani) a buty to nie ona. odkurzacz potrzebuje w innym miejscu (dziwne, wcześniej nie potrzebowała? Za to ona pokaże. I pokazała. Zdjęcia ścierek, które spadły na podłogę. Papier ręcznikowy na blacie zamiast podajniku. I dlaczego wywaliłam dużą butelkę po płynie do zmywania…
Tu nie wytrzymałam i powiedziałam do Moni po polsku:
– Ona jest taka głupia, że nie mogę jej słuchać – przy czym wiem, że BabaSaba trochę polski rozumie bo ma bratową w Pl i mogłam podejrzewać, żesłowo głupia rozpozna. Rozpoznała ku mojej uciesze i zaraportowała do szefowej, że mówię o niej niemiłe słowa.
A w ogóle to gdzie ssawka do tego odkurzacza co ona go odstawiła.
– A tego to ja nie wiem, schowałaś to ty wiesz gdzie powinno być. – powiedziałam. Na co ona zaczęła udowadniać, że wiem, bo właśnie tego dnia zginęło gdy ja o ten odkurzacz pytałam.
– Nie wiem gdzie, ty schowałaś, ja nie mam czasu szukać. Ty chyba masz za mało pracy bo masz czas chować narzędzie to szukaj.
– Widzisz, widzisz, ona się śmieje, ona to wzięła – zaraportowała BabaSaba do szefowej, która siedziała na wprost mnie.
I tak dalej i tak dalej.
Szefowa niunia lat pewnie ze trzydzieści albo i nie kompletnie nie wzbudziła mojej sympatii. Może dlatego, że miała taki sam, piszczący tembr głosu jak poprzednia. Może gdyby huknęła na którąś z nas, może wtedy bym poczuła do niej szacunek. Ale, że wyraźnie brała stronę biednej, pokrzywdzonej BabySaby to mnie tylko jeszcze bardziej rozjuszyła.
Mój śmiech nie był oznaką, że się świetnie bawię, ale żadna z nich o tym nie wie i dobrze. U mnie śmiech w stresowej sytuacji oznacza najwyższy poziom stresu. Potem zaczyna boleć głowa.
Szefowa usiłowała wymóc współpracę, Monia dorzuciła swoje trzy grosze, BabaSaba z triumfem powiedziała „A ona to nie wiedziała skąd wziąć płyn do zmywarki, a ja im wszystko pokazałam pierwszego dnia”.
Wtedy powiedziałam do Szefowej
– Dobrze, to teraz chodź ze mną, ja ci pokażę co gdzie lezy. Papier, chemia, serwetki…A za dwa dni zapytam cię gdzie to jest. Będziesz wiedziała?
W moim odczuciu moje argumenty były logiczne i spójne podczas gdy BabaSaba po prostu złośliwie odmawiała współpracy podpierając się dowodami w postaci kartek ode mnie.
Na kartkach było „Sprzątnij toaletę nr 94 bo była zajęta i ja nie zdążyłam”
„Przestań chować rzeczy! Gdzie jest odkurzacz?”
Oraz zbrodnia niesłychana:
„Przestań chować rzeczy! Do k..y nędzy” (Po szwedzku, po szwedzku wszystko, przekleństwo też). Za to ostatnie podobno groziła, że pójdzie na policję.
Powściągnęłam niewczesna radochę i powiedziałam, że rzeczywiście za to przepraszam.
BabaSaba odmówiła przyjęcia przeprosin.
– Mam klękać i żebrać o wybaczenie? tego chcesz? Byłam wściekła – odpowiedziałam.
W odpowiedzi ona postawiła zarzuty, że Monia wyrzuca śmieci dwa razy, zamiast raz i jest ich przez to więcej. Tu mi po prostu szczęka odpadła.
Na zegarku miałam 12:30 więc powiedziałam, że przepraszam, ale mam drugie spotkanie. I poszłam.
Szefowa poprosiła Monię o zostanie i…BOMBA! Ktoś jej powiedział, że Monia w czasie pracy rozmawia przez telefon i śpi.
Monia zadzwoniła z płaczem, a zarzut jest tak absurdalny, że naprawdę nie wiek kto i po co miałby coś takiego mówić. Jeszcze akurat o Moni, która jest pracusiem do kwadratu i jeśli któraś z nas robi wszystko porządnie to właśnie ona. Mam cień podejrzenia, że ktoś pomylił ją ze mną, bo jak czasem ją zastępuję to nie stoję przy zmywarce i nie czekam aż zmywarka zmyje tylko siadam na stołówce z telefon. Czasem dzwonię, czasem gapię się w FB czasem gram w kulki.
Zmywarki są dwie – obie nagrzewają się do temp. 65-85 stopni i to ciepło oddają w małym pomieszczeniu bez wentylacji. Mam do wyboru usiąść albo zemdleć z gorąca. I niech mi ktokolwiek zrobi z tego zarzut.
Ale że któraś z nas śpi? To jest tak debilny zarzut, że aż podejrzewam, że BabaSaba go wymyśliła i podała szefowej jako zasłyszane od kogoś. A że jest głupia to tylko takie coś mogła wymyślić.
Efekt tego spotkania jest taki, że łupie mnie w głowie i w duszy mi się kotłuje i najchętniej to bym tej babie coś wrednego zrobiła.
Potem miałam spotkanie z potencjalnym klientem, który ma firmę o osobowości prawnej, a czego ja nie do końca umiem robić. A w między czasie odezwał się klient następny, który chce otworzyć firmę i też z osobowością prawną.
Tu już weszłam na najwyższe poziomy manipulacji i udało mi się faceta przekonać do zwykłej firmy. W sprawie tego pierwszego pogadałam z koleżanką, też księgową, ona robi tylko osoby prawne, więc ja zrobię, ona mi pomoże, kasa się podzielimy. Ja będę i tak wygrana bo będę miała wiedzę.
Dzień się kończy, w duszy mi się buzuje. Najchętniej rzuciłabym to całe sprzątanie w pireneje, ale jednak te 4tys miesięcznie…No i robienie BabieSabie na złość samym swym istnieniem i pracą w bonusie.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 7 komentarzy

82

Któregoś dnia zapanowała złota jesień.

Boże, jak było cudnie. Złoto na drzewach, złoto płynące rzeką. Pogodziło mnie to na chwilę z tym zapyziałym miasteczkiem, którego nie znoszę. Ludzie się nim zachwycają (podobno). Mówią: jakie urokliwe miasteczko. Ja pytam: Które?
Ludzie mówią: te urocze domki…
Ja pytam: mówisz o tych kurnikach?
Ludzie: Wielkie jezioro
Ja, z niechęcią: no dobra, to akurat jest nawet fajne, ale wiesz jaka zimna w nim woda? Zawsze?
Podobno w rankingu na najbardziej nieprzyjazne dla obcych miasto L. zajmuje miejsce w ścisłej czołówce. A to niespodzianka.
Kolega zapytał: ale teraz już chyba jakoś ci idzie?
No idzie, kurde, ale miasto nijak mi w tym nie pomogło. Tutaj nawet sprzątaczka to najlepiej żeby miała szwedzkie wykształcenie i nazwisko.
No ale tak. Przez chwilę zapomniałam o tym wszystkim cieszyłam oczy słońcem i kolorami.
Przez dwa dni jak było tak, na trzeci dzień się odmieniło.
Niebo się zasnuło…i tyle.
Znowu szarość. I ciemno.
Ada opowiedziała o pierwszej z najważniejszych chwil w swej opowieści. Boję się to teraz przeczytać, bo nie wiem czy czy to się da czytać, a nie wiem czy zmuszę ją by opowiedziała to w inny sposób.
Pamiętacie jak poszła na Sylwestra? Staram się nie walczyć, szkoda energii.
A dziś moja córka ma urodziny. I musimy z PannąS kupić prezent.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze