161. Idą Święta

Jest taka piosenka, której słucham  przed Świętami.
Piosenka jest z 1984roku. Brzmi radośnie, są w niej dzwoneczki, dużo głosów, energetyzujący rytm. Przebój.
Kto się wsłuchał w to o czym śpiewają? Sting, Paul Young, George Michael, Bono…
Śpiewają: Czy oni w ogóle wiedzą, że święta? Nakarm świat, w Afryce nie spadnie śnieg, a jedyna woda jaka płynie to gorzkie łzy.

Słucham i myślę sobie: ćwierć wieku! Prawie 25 lat. A na świecie jeśli się coś zmieniło to tylko na gorsze. Od jakiegoś czasu przychodzi mi też do głowy inne pytanie: kiedy to, co beztrosko fundujemy Afryce czy Ameryce Południowej dotknie nas?
Tkwimy w swym wygodnym kokonku, rozpasani dobrobytem tak, że trzeba mandarynkę czy kawę zapakować w pudełeczko byśmy się broń boże nie zmęczyli za bardzo przy obieraniu lub sypaniu…
Szczyt Klimatyczny w Katowicach pokazał wyraźnie co sobie większość z nas myśli. Myślicie, że polski prezydent jest jedynym tak …nie wiem…cynicznym lub głupim? Chciałabym, żeby tak było, bo to byłaby wersja optymistyczna bardzo. Ale wystarczy poczytać internety, posłuchać bliźnich…
Jesteśmy coraz bliżej punktu z którego zaczyna się równia pochyła.
Patrzę na moją wnuczkę i myślę: co ona i jej rówieśnicy dostaną po nas w spadku?
Idą święta. Trzeba robić prezenty. Czy wiecie jakie teraz najczęściej pada pytanie? Co na prezent.  Oto nasz największy dylemat. Co kupić komuś kto ma …wszystko? Kolejną plastikową zabawkę?
Och…niech pierwszy rzuci kamieniem, kto jest bez winy. Narzekam, a sama poddaję się terrorowi „co na prezent”. Bo presja rodziny, zwyczaju, reklam.
Czy uda mi się w ciągu najbliższych dwunastu miesiące przekonać męża i córkę do zmiany poglądu na hasło „prezent świąteczny”? Może zamiast kolejnego „gówienka w pazłotku” damy sobie w ramach świat wspólnie spędzony czas. Pójdźmy razem do kina, na łyżwy, spacer z psem i PannąS.
Patrzę na moją wnuczkę i nawet się nie zastanawiam. Ja wiem, że jak za dziesięć , dwadzieścia lat ktoś zapyta o wspomnienia ze świąt to PannaS nie opowie, że dostała taką czy inna zabawkę. Będzie pamiętać, mam nadzieję, jak była z nami  lub mamą w wesołym miasteczku, na basenie, spacerze albo, że wszyscy sobie gdzieś pojechali a ją zostawili (obawiam się, że będzie to bardzo dobrze pamiętać).
Moja świąteczna playlista się właśnie zaczęła od początku. Patrzę na Stinga, Georga, Paula…Jacy młodzi! Czas tak szybko płynie, a my ciągle nie wierzymy, że to jest najcenniejszy dar jaki możemy dać tym, których kochamy.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

160.

Jednak duże mieszkanie ratuje życie. W przenośni i dosłownie.
Od zmiany czasu nie sypiam za dobrze. Właściwie zasypiam około 2 w nocy. Nie będę opisywała szczegółowo wieczornego rytuału polegającego na poczytaj-zgaś światło-przytul poduszkę-zapal światło-zgaś-zapal-poczytaj-zgaś-zapal-napij się-idź siku-zgaś-przytul-otwórz okno-zamknij okno-zapal-zgaś-pić-siku-czytać-okno…itd…
Wczoraj wpadłam  na pomysł, że zamiast bezproduktywnie miotać się po łóżku wstanę i popracuję. Nie zrealizowałam tego od razu, o nie, bo całe to przewalanie odbywa się w przerwach pomiędzy króciutkimi drzemkami, a te z kolei sprawiają, że przytomna tak do końca nie jestem.
Ale wstałam, popracowałam godzinę.
I stąd myśl, że duże mieszkanie ratuje życie. Przecież jakbym nadal żyła na powierzchni 40metrów z mężem i dzieckiem oraz psem to ni chybi ktoś by kogoś utłukł. Albo oni mnie, że się miotam i spać nie daję, albo ja ich, że sobie śpią, a ja nie mogę nic zrobić. Wstać nie, bo obudzi ich światło, spać nie bo…nie.
Jedyny problem jaki powstał to czy skrzypienie taśmy przezroczystej nie obudzi męża śpiącego w pokoju na przeciwko. Drzwi zamknąć nie mogłam bo pies natychmiast by się pod tymi drzwiami zmaterializował, domagał się wejścia, dreptał i sapał.
Postanowiłam problem ze spaniem potraktować filozoficznie. Nie to nie. Wykorzystam ten czas na coś bardziej produktywnego od walania się po łóżku.
Szycie? Ciekawe czy:
a. głos maszyny Janome mocno się niesie po nocy
b. czy mój stolik pod komputer utrzyma maszynę oraz czy się nada jako stolik do szycia? Nie będzie za mały?
Poza tym teraz jest czas kiedy będę miała więcej pracy więc noc się przyda.
Mam tylko nadzieję, że do wiosny mi przejdzie. Teraz, zazwyczaj dnie są tak krótkie albo i wcale ich nie ma, tak jak dziś, że nie ma większego znaczenia czy wstanę o 7 czy o 9. Problem z Tośką tylko, bo ona jednak nawykła do spaceru pomiędzy godz. 8 a 9.30. Dlatego bez względu na to o której zasnę zwlekam się najpóźniej kwadrans po ósmej. Idę z psem na pół śpiąc. Po półgodzinie dreptania od drzewka do słupka wracam do domu, piję kawę i ewentualnie czasem dosypiam godzinkę. Ale rzadko.
Zimą w moim Mieście naprawdę nic nie tracę.
Ale jak przyjdzie wiosna, to se chyba rękę odgryzę ze złości jak nie będę mogła wstać przed 7. Co i tak jest późno. Najlepiej to tak około 5. Puste miasto, czyste powietrze, słońce na czystym niebie…Ale może się jednak poprawi z nadejściem jaśniejszych dni.
Ale ale…Właśnie sobie przypomniałam, że już co najmniej od miesiąca powinnam łykać D3. Może to jest powód niespania?
Problem ze spaniem  ma jeszcze jeden nieprzyjemny efekt: tycie. A już miesiąc temu tak mi się fajnie luźno w starej kurtce Didrikson zrobiło. Bo jak się nie śpi to się ma głupie pomysły typu „a może by coś zjeść?” „Coś” ma zazwyczaj dużo cukru, bo on też pomaga na zaśnięcie.
Nie, na zaśnięcie nie pomaga: chemiczny uspokajacz, ziołowy uspokajacz, chemiczny usypiacz (to to w ogóle jest maskara bo wrażenie takie jakby ktoś jedną ręką wrzucał do pieca a drugą trzymał hamulec lokomotywy parowej), myślenie o rzeczach przyjemnych (co to sa te przyjemne rzeczy, bo jakoś nie mogę sobie przypomnieć?), myślenie „o czym innym”, pilnowanie oddechu oraz wymyślne kołysanki typu odgłos padającego deszcze.
Zaraz..Siwa kiedyś pisała coś o specjalnym oddychaniu. Zapisałam to sobie, może wypróbuję?

I tak to się kończy listopad.

Acha, czy ktoś z was stosował wyciąg ze złocienia maruny na migrenę?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 10 komentarzy

159.

Co to ja…?
Kurde, weszłam, żeby o czymś napisać, ale mi uciekło…
No dobra, to na początek, że wkurza mnie Szwed.
Generalnie jest tak, że ja nie przepadam za Szwecją i Szwedami.
Szwecja jest dla mnie najprawdziwszą prowincją Europy pod wieloma względami. Szwedzi są zacofani, ograniczeni mentalnie, zamknięci i ksenofobiczni. Ale oczywiście od wszystkiego są wyjątki. Są więc rzeczy, które tu lubię. Np. lato. Albo to, że nikt na nikogo nie krzyczy.
Są też Szwedzi, których …no, nie to że lubię, ale nie lubię mniej niż ogółu. Takich Peterów dwóch z fotoklubu, Lennarta świętej pamięci, no i mojego Szweda co dla niego pracuję.
No ale wczoraj Szwed mi właśnie po raz kolejny podniósł ciśnienie.
Szwed jak każdy Szwed ma wizję Szwecji i reszty świata. Szwecja jest rajem na ziemi, krajem doskonale idealnym, genialnym technologicznie, marketingowo i kulturowo. Cały inny świat Szwecji do pięt nie dorasta, no chyba, że chodzi o Amerykę czyli USA to owszem, Szwecja może nie jest lepsza, ale gorsza na pewno nie. Bo jak wszyscy wiemy, do Ameryki wyemigrowało wielu Szwedów więc nic dziwnego.
Polska w rankingu przeciętnego Szweda plasuje się gdzieś pomiędzy dziką Rosją a małym afrykańskim państewkiem. Wyobrażenie Szweda o Polsce opiera się na wrażeniach z lat 70. I nie ma nic do rzeczy fakt, że  Szwedzi w Polsce bywają. Że Szwed w Polsce był całkiem niedawno. Nadal w głębi duszy mają taki obraz Polski, który każe pytać „a wy macie Facebooka w Polsce?”.
No i z taką właśnie wizją w głowie MÓJ Szwed  robi interesy z Polakami.
Jego praca, i moja przy okazji, polega na tym, że kupuje w Polsce różne maszyny i urządzenia, które potem sprzedaje w Szwecji.
Szweda myślenia idzie takim torem (w każdym razie ja odnoszę takie wrażenie): oto JA, wielki biznesmen z Zachodu przynoszę wam, biednym, zacofanym Polaczkom, korony swoje a wy Polaczkowie zwijajcie się jak w ukropie by mnie zadowolić.
W przełożeniu na polski wygląda to mniej więcej tak, jakby Szwed zwracał się do stoczni produkującej wielkie okręty i prosił, by dla niego wyprodukowali małą łódkę z napędem na wiosła. I żeby te wiosła to były szwedzkie, bo tylko szwedzkie wiosła są naprawdę dobre. Bo może, jak on tę łódkę w Szwecji sprzeda, to potem ktoś będzie i ten wielki okręt chciał. Stocznia owszem łódkę wyprodukuje, ale na marginesie swej normalnej działalności, bardziej grzecznościowo albo w ramach reklamy, ale wyprodukuje. Stocznia jak to wielkie przedsiębiorstwo: ma swoje zwyczaje, swój własny obieg dokumentów wypracowany przez lata, swoje zwyczaje płatności, wykonywania, dostaw. A Szwed kręci nosem. Ale dlaczego mam podpisywać zamówienie? Ale dlaczego muszę wpłacać 100% zaliczki? Ale dlaczego taki mały rabat? Ale dlaczego nie mogę mieć łódki z wiosłami w inną stronę. Ale dlaczego wy Polacy tyle papierów używacie i nie umie się biedny ogarnąć bo przed wpłatą dostał Proforma a wraz z towarem właściwą fakturę i on nie rozumie co to jest i po co, czy on ma drugi raz zapłacić?
Nie ma znaczenia, że Szwed ową łódkę zamawiał już 5 razy,  zawsze tylko tę jedną łódkę ze szwedzkimi wiosłami, więc zwyczaje powinien znać.
Ale nie.
Więc Szwed znajduje inną firmę w Polsce, która tym razem produkuje łódki i sprzedaje je hurtowo.  Szwed zamawia u nich jedną łódkę. Firma owszem, tę łódkę mu sprzedaje. Ale znowu ma swoje wymagania, zasady, warunki płacy i dostawy.
Więc znowu Szwed sarka, że mały rabat, że tyle papierów, że znowu zaliczka i długi termin dostawy.
To wreszcie Szwed zwraca się do jakiejś małej szkutniczej firmy i prosi o małą, najmniejszą łódkę ale ze szwedzkimi wiosłami i najlepiej ze szwedzkiego materiału. Firma mówi, że owszem, może taką łódkę zrobić i podaje cenę. Szwed patrzy na tę cenę i znowu się gniewa: ale jak to? A rabat? Nie ma rabatu? Firma odpowiada: nie ma i nie będzie rabatu, bowiem zwyczajnie już nie ma z czego owego rabatu dawać. Szwedzki materiał jest dużo droższy od polskiego, ale klient chce to proszę, ale w efekcie cena łódki jedzie w górę i zarobek firmy staje się coraz mniejszy.
Szwed się dąsa, sarka i nie może zrozumieć: ale jak to BEZ RABATU? Przecież jak doliczę koszty transportu to ja za tę cenę kupiłbym taką łódź w Szwecji?!

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

158. Listopad

Listopadowe mroki wokół.
Rano ciemno, po południu ciemno.
Listopadowo mi w człowieku.
Zapadam się, znowu seriale, fotel, forma przetrwalnikowa.

Stulecie odzyskania niepodległości wzbudziło jeszcze większą gorycz.
Słucham Kaczmarskiego i myślę sobie: „wtedy” było lepiej. Był „wróg” zewnętrzny, jasno określony, wspólny. Dziś nienawidzimy się nawzajem. Narodowcy, demokraci, wierzący, katolicy, ateiści, buddyści, wegetarianie, dzieci in vitro, pro choice, zieloni…i kto wie co jeszcze. Każdy jest „czymś tam” i zawsze się znajdzie ktoś, kto za ten wybór będzie nienawidził.
Nie mam miejsca na ziemi.
Polska, Olsztyn…to już nie moje miejsce.
Szwecja…też nie. Niby tylko przez Bałtyk a tak odmiennie, tak kompletnie niezrozumiale, tak kompletnie nie tak…
Smutno mi. O tak:

Uderzyło w nas jak gromem, spojrzeliśmy wreszcie w krąg,
A już wiele, wiele świtów przeminęło!
I patrzymy w starcze oczy, powstrzymując drżenie rąk –
Zadziwieni, gdzie się życie nam podziało?!
Wybiegamy na perony, lecz na torach leży rdza,
Semafory, hen pod lasem – opuszczone…
Żaden pociąg nie zabierze już z tej poczekalni nas,
Milczą teraz niepotrzebne megafony…

I gorzko się zapatrzyliśmy
W zabrane nam dalekie strony
I w duszach swych przeklinaliśmy
Tę łatwą wiarę w megafony.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 7 komentarzy

157. Miłość od pierwszego wsłuchania

Miałam 15 lat, właśnie zaczęłam naukę w szkole średniej.
Wracałam autobusem do domu. Tłok, wilgoć, zaparowane szyby, gwar rozmów, woń niedomytych ciał. Ja zgaszona, bo ta szkoła to było ostatnie miejsce do jakiego powinnam byłam trafić, już po kilku tygodniach to wiedziałam.
Nie rozumiałam co się ze mną dzieje, byłam smutna, nie chciało mi się gadać, nie chciało mi się żyć…
I w tym autobusie, w takim nastroju usłyszałam ten znajomy , gitarowy riff – wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tak się mówi. Dźwięk dotarł od strony kierowcy, słyszałam ledwie strzępki pomiędzy warkotem silnika a gadaniem bab. Ale poznałam, od razu poznałam ten charakterystyczny ton gitary. Niezwykły, jedyny taki…
-O, to TO…- pomyślałam, bo muzykę rozpoznawałam, ale nie wiedziałam ani kto gra ani jak się ten utwór nazywa.
Pierwszy raz od wielu tygodni ożywiłam się z lekka.
Nie wiem kiedy i jak, ale wreszcie poznałam imię artysty a raczej artystów, bo to cały zespół był. Potem była pierwsza płyta słuchana w całości. Niesamowita Communique, zajmująca w moim sercu równorzędne miejsce z Wish you were here  Pink Floydów.
Pink Floyd było przez lata numerem jeden, aż do czasu gdy się rozsypali i zaczęli tworzyć solo. To już nie było to. Przez jakiś czas miejsce Floydów w moim sercu zajął Sting, ale ON był wciąż na tym drugim miejscu.
ONI też się jakoś niepostrzeżenie rozsypali. Ale On wciąż tworzył.
Mój gust muzyczny się zmieniał, pewnie jakoś tak się rozwijał, ale wystarczyło mi usłyszeć w radiu jeden-dwa pierwsze takty by rozpoznać tę pierwszą piosenkę. I zawsze, ale to zawsze słuchałam jej z ogromną przyjemnością i zawsze „nóżka latała”.
W cichości serca marzyłam o koncercie. Najpierw całej grupy, potem już JEGO.
Ale on rzadko koncertuje, a jeszcze rzadziej przyjeżdża do Szwecji. A jechać na koncert do innego kraju, ze Szwecji to operacja strasznie trudno logistycznie.
W zeszłym roku kupiłam kolejną płytę. Płytę której słuchałam na okrągło, która pojechała ze mną do Neapolu i dziś wystarczy, że usłyszę o Basilu i natychmiast w magiczny sposób znowu tam jestem.
Potem kupiłam kolejną. Na obu z nich nie ma ANI JEDNEGO kawałka który by mnie nie zachwycał. Angielskiego uczyłam się (i uczę nadal) na JEGO tekstach -genialnych  opowieściach o ludziach i miejscach.
Kilka dni temu przeczytałam, że wydaje nową płytę i planuje trasę koncertową. Oraz, że być może będzie to ostatnia jego trasa, bo już mu się nie chce.
Wtedy tylko błysnęło mi głowie „Może…?”
A dziś rano eM powiedział 12czerwca ma być koncert w Goeteborgu.
Rzuciłam zmywanie.
Poleciałam do komputera. TAK!
Drżącymi rękami przeszukiwałam stronę z biletami. Na widok ceny mina mi zrzedła. Dwa razy tyle co na Metallica…A tu zima idzie. Opony zimowe trzeba! I w ogóle…
eM popatrzył i powiedział:
-Marzysz o tym od tylu lat. Jak teraz sobie odpuścisz – to możesz już nie mieć szansy. Weź od Yankiego, za miesiąc mu oddasz.
Co tam będę od syna żebrać. Mam odłożone na podatki na przyszły miesiąc…Na pohybel podatkom! To tylko: Money for nothing. Miłość nie ma ceny.
Kupiłam.
Na razie mam tylko potwierdzenie. Bilet wraz z jakimś bonusem przyjdzie za jakieś 2 miesiące. Do czerwca jest taaaak daleko, ale przynajmniej mam na co czekać.
Moja Gwiazdka będzie 12 czerwca 2019 a Mikołajem będzie Sułtan Swingu.
A póki co…
Czy ten rytm gitary sprzed lat niemal 50 nie jest porywający?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 12 komentarzy

156. Czas zimowy

No zmienili. Znowu.
Znowu ranek, gdy się budzisz ogłupiała i nie wiesz którą godzinę wskazują zegarki. Pies lata jak ogłupiały, więc możliwe, że nową, bo normalnie o 6:42 to pies powieką nie drga ale o 7:42 to tak właśnie ma prawo latać. Ale ciemno! Strasznie ciemno. To może pies znowu się wczoraj nażarł tłustego ze swoim Pańciem. Pańcio po tłustym wie, że żyje, pies dostaje sraczki (excuse moi).
Zwlokłam się z łóżka.
Kuchenny zegar pokazywał 7:45, znaczy moje się poprzestawiały same. Wszystkie, poza psim. A ciemno, bo chmury, wichrzysko i pobielony trawnik. Szfak. Zima przyszła.
Posiedzi ze trzy dni, powygłupia się, nastrąca gałęzi i se pójdzie. Wróci w kwietniu, zdziwiona, że ale jak to nic nie zrobione, a tu tyle roboty i się wtedy weźmie za śnieżenie i mrożenie…Nic się ta zima nie uczy na błędach, nic, tępota jedna.
A my się urządzamy. I urządzamy.
I nadal odkrywam różne dziwne rzeczy po poprzedniczce. Np. wgniecioną klamkę w łazience. To pierdoły, pojedynczo nie zwróciłabym szczególnej uwagi, ale w hurcie wygląda to co najmniej zastanawiająco. Granatem się bawiła czy co?
Poza tym chciałam powiedzieć, że wszelkiej maści haczyki czy to przyklejane czy to wbijane na takich trzech cieniutkich sztyftach to burżujski wymysł jest. Po co haczyk jak można wbić gwóźdź? Gwóźdź wszędzie wejdzie. Doprawdy, dziwię się pani, że w kuchni akurat se te haczyki przykleiła. Też mogła gwoździa, nie? Albo i trzy. Jak w drzwiach szafy ściennej. Ale nie, tu se nakleiła te haczyki (haki?) a potem oderwała.
W dodatku w kuchni jest podłoga taka, że wrogowi nie życzę. Jasna, szara, cieniowana.  Tośka raz przejdzie, jeden kudeł z niej spadnie i widać! Trzesz mopem i nie wiesz czy to jeszcze brud czy może naturalna zmiana koloru.
Wciąż mi śmierdzi ze zlewu. Użyłam: płynu do naczyń, mleczka cif, drugiego płynu do naczyń, wrzątku, wrzątku z kretem, Kenneta i jego specjalnej pompki do rur, chloru.
Wchodzę rano kuchni i wali. No chyba, że coś w zlewie stoi, to nie. Rozważam pomysł kładzenia korka, ale jak go potem zdjąć i nie mieć odruchu wymiotnego? No i jak w takim zlewozmywaku myć produkty spożywcze? No dobra: na rozum wiem, że czysty, tak? Skoro kilka razy dziennie polewam go wrzątkiem, chlorem, sprejem bakteriobójczym, to powinien być czysty. Ale woń mówi coś innego.
Oraz schody na klatce schodowej. Są gładkie jak lustro! Tośce przypominam za każdym razem: powoli! Bo jak tylko się zapomni to się jej łapy rozjeżdżają. To, że schody są spiralne, czyli owijają się wokół filara też nie pomaga. Bo przy ścianie są szerokie, ale przy filarku to już tylko bardziej symboliczne. EM już kilka razy zjechał.
Yanki też.
A w piwnicy i rowerowni śmierdzi śmieciami. Nie mam pojęcia czemu. Śmierdzi i już więc piwnica jawi mi się obskurnie, choć Kennet-Anioł dba.
Nie lubię się z tym mieszkaniem. EM też nie. Usiłujemy przywyknąć, ale…
Uruchomiłam kolejkę na kolejną zmianę. Na wszelki wypadek. Może przywykniemy, polubimy sąsiadów i zostaniemy. A może nie. Niech się punkty nabijają. Za trzy -cztery lata będziemy szukać czegoś innego.
Szczerze mówiąc, wreszcie dojrzałam do kupna czegoś własnego. Domu za miastem najchętniej, ale mieszkanie w mieście też by mogło być. Z praktycznego punktu widzenia chyba byłoby nawet lepsze. Taaaak…tylko skąd wziąć te 100tys koron na wkład własny?
A jak widzę wysokość czynszu to mnie skręca, bo za tyle mielibyśmy i ratę kredytu i opłaty miesięczne w mieszkaniu.
Nie, no jasne, że byłam świadoma wysokości czynszu. Ale ja ten czynsz przykładałam do wypieszczonego, nowo wyremontowanego mieszkania. A tu po tym remoncie śladu nie ma. Administracja rozkłada ręce: no ale masz wszystko nowe. Niby mam, tylko, że to nie wygląda na takie…
Dobra, skończę nim znów się nakręcę i popsuję humor na cały dzień.
——-
A Tośka jest małpa zielona!
Ukradła mi wczoraj CAŁĄ PACZKĘ draży mlecznych. Byłam w polskim sklepie, kupiłam sobie dwie paczki przysmaku. Otworzyłam jedną, wzięłam kilka kulek i zostawiłam na stoliczku koło łóżka. Poszłam po coś tam, gdzieś tam… Patrzę: wychodzi ode mnie z pokoju, paszcza zamknięta: znaczy już coś zwędziła, chusteczkę pewnie…
Poszła do Pańcia swego ukochanego, ja za nią żeby jej radochę sprawić, że niby będę jej zabierać. Odwróciła się, a tu z drugiej strony paszczy wystaje kawałek opakowania.
Wydarłam, ale obślinione wszystko…Bleeee…Daję jej teraz po kilka w nagrodę, bo małpa zielona wie co dobre.
——————
Najładniejsze pomieszczenie w tym mieszkaniu to moje biuro…ekhem…gabinet(?). Słoneczne, udało mi się umyć porządnie okno któregoś ranka, zawiesiłam tiulowe firanki, postawiłam ukochane kwiatki. Stoi moja szafa, biurko, regał.
A w piątek dokupiłam kanapę. Kanapę chciałam niedużą, ale rozkładaną. Żeby PannaS miała gdzie spać. Albo żebym gości miała gdzie położyć jak.
To co proponują sklepy jest w takich cenach, że doprawdy można by pomyśleć, że obite złotogłowiem. Przy bliższych oględzinach okazuje się, że urodą to nie grzeszy a i jakość też pozostawia wiele do życzenia. Pogodziłam się z faktem, że trudno, uzbieram i wtedy kupię. Ale tknęło mnie. Zajrzałam na portal podobny do polskiego Allegro.
Znalazłam kanapę za jedyne 2,5tys koron. W okolicy. Pojechałam. Na żywo okazała się jeszcze ładniejsza niż na zdjęciu. Stan – IDEALNY! mimo że ma lat co najmniej 5. Wykonanie – perfekcyjne. Tak, wtedy jeszcze robiono rzeczy porządnie, żeby służyły latami.
Kupiłam, choć stan moich finansów jest opłakany. Ale będę się tym później martwić.
Teraz cieszę oczy.

Tak, wiem, czarny stolik nie-e.
Tak wiem – Tośka się nie może po niej walać. Nakryłam, bo nie będę z psem wojny prowadziła. Usiadłam wczoraj na chwile przy biurku, a ta HYC i się uwaliła. A jaka była zadowolona. Dobrze, że wcześniej położyłam narzutę. No więc oko cieszę pięknością kanapy, ale tylko na zdjęciach.

Słońce wyszło.
Pojedziemy z psem na Kinnekulle.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy

155. Sprzątanie

czyli jak bardzo można zdewastować mieszkanie w ciągu zaledwie dwóch lat?

Sprzątam.
I sprzątam.
I sprzątam.
I są chwile, gdy myślę sobie: czepiasz się, naprawdę przesadzasz…A potem zaglądam do kolejnej szafki i …

Mieszkanie przechodziło generalny remont kuchni i obu łazienek przed dwu laty. Całe, calutkie wyposażenie jest zatem nie starsze niż dwuletnie. Lodówka, zamrażarka (obie ok. 170cm wysokie), szafki, zmywarka, kuchenka + okap z wiatrakiem, zlewozmywak z nierdzewki wraz z blatem, bateria czyli kran firmy Oras oraz lampy na suficie – to wszystko wchodzi w skład wyposażenia.
Do tego cała kuchnia była malowana włącznie z ramami okiennymi oraz kaloryferami i za kaloryferami.
Lista zniszczeń w kuchni:
-rozwalona głowica baterii
– dodatkowo nikiel na baterii pełen głębokich rys jakby ktoś ostrym nożem nacinał
-głębokie wgniecenia na zlewie i blacie
-uszkodzony wiatrak wentylatora,
-pęknięta przednia ściana w jednej szufladzie zamrażarki
-pęknięta szuflada pod kuchenką (właśnie odkryłam)
-spuchnięta od wody płyta maskująca pomiędzy okapem a szafką
-naklejone a potem oderwane haczyki na frontach szafek -pewnie na ścierki,  mimo specjalnej, wąskiej szafki z wysuwanym relingiem specjalnie do tego celu. Na frontach resztki taśmy dwustronnej – raczej nie do usunięcia, a na pewno nie bez zostawienia śladu.
– poplamione farbą całe dno szafki z koszami na śmieci – nie do odmycia.
-czarne przebarwienia na białej płycie kuchennej (dygresja: kuchenki są tu elektryczne można mieć zwykłą lub ceramiczną. Za ceramiczną jest dopłata do czynszu, więc większość wybiera zwykłą. Zresztą słusznie, bo zwykłą łatwiej czyścić, choć i tak wokół palników notorycznie robią się brązowe, przepalone kręgi. Do czyszczenia producenci zalecają takie specjalne gąbki z waty metalicznej nasączonej detergentem. Używam tego od lat, czasem, jak mocno zaniedbam kuchenkę wspomagam się środkiem chemicznym  typu Mr Muscle, który wspomaga rozpuszczanie przypalonego tłuszczu. Nigdy nie zdarzyło mi się odbarwić białej emalii).
Dodatkowo w niemal każdej szafce tylne ściany mają tłuste plamy. Oraz z znikła przegródka na sztućce, która była w jednej z szuflad.
Wygląda na to, że niszczycielskiej sile tej kobiety oparły się jedynie lampy na suficie. Choć przyznaję, że jeszcze ich nie ruszałam.

W łazience zrobiono nowy natrysk, położono nowe rury wodne (w Szwecji to wszystko idzie po wierzchu), położono tapety wodoodporne, nowy kran + umywalka, nowa muszla, nowa szafka nad umywalką z lustrem i światłem,  wymalowano drzwi jakąś metodą przemysłową, położono nowe gumoleum.
Do tego wstawiono pralkę z suszarką.
Tu zniszczenia są maleńkie bo tylko palmy po farbie do włosów na ścianach, podłodze, rurkach i drzwiach oraz spuchnięta od wody tylna ścianka szafki nad umywalką.
Pralka i suszarka działają.
W małej łazience gdzie tylko ubikacja i umywalka – oczywiście wszyściutko nowe – zamontowała sobie szlauch bidetkowy. Ten, kto to robił zniszczył końcówkę baterii. Na koniec mi ten szlauch zostawiła.

Więc ja nie wiem…Może i się czepiam.
Bo przecież w domu różne rzeczy się dzieją. Mnie wszak wybuchł dzbanuszek do kawy i wgniótł okap od spodu.

Obawiam się jednak, że ciąg dalszy nastąpi…
(Obym była złym prorokiem).

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

154 Poradnik pierdoły – czyli jak się wyprowadzać część 2

List do przyjaciółki pisałam w nocy z soboty na niedzielę.
W niedzielę od rano znowu jazda, bo jeszcze to i to tamto zabrać a w między czasie dokończyć sprzątanie.
Gdzieś około południa ogarnęła mnie furia „kurwa, nigdy tego nie skończymy!” Po znalazłam jeszcze kolejne graty, jeszcze kolejną paczkę.
Tu mała dygresja: mamy za dużo rzeczy. EM zwłaszcza gromadzi jakieś pierdoły: stare gazety, mapy z różnych miejsc, kasety magnetofonowe, filmy pirackie na płytach…Tony! Nie ruszane od lat, nie oglądane/słuchane/czytane.
Ja mam za to sporo książek. Są wśród nich takie, których nie przeczytałam i raczej nie przeczytam.  Oraz takie co czytałam, ale nie wrócę. Postanowiłam zrobić w nich porządek i oddać zbędne. To samo zrobiłam z 10 t-shirtami ze starej pracy. Won. Nie ma, że na szmaty/dywanik/sukienkę. WON.
Zatem w niedzielę jeszcze kończyliśmy sprzątać.
Chciałam doprowadzić mieszkanie do takiego stanu by nie było po mnie śladu lub jak najmniej czyli tak, jak ja bym chciała dostać. Czy mi się udało? Nie wiem. Dunka to ocenia.
W poniedziałek na 8 rano umówiłam się z facetem od odbioru czyli Odbiorcą.
Szłam napięta, bo wiadomo, że po 7 latach rzeczy się zużywają, ale ponieważ nie jestem pedantką, nie mam zwyczaju pucować podłogi na kolanach, to miałam wrażenie, że tu i tam zużycie jest ponadnormatywne.
Tamto mieszkanie było całkowicie odnowione w czasie naszego tam mieszkania, bo Ester nasza poprzedniczka nie remontowała go od lat. Dodatkowo był pożar w 2012 oraz całkowity remont kuchni i łazienek w 2017. Więc począwszy od sufitów na podłogach kończąc – wszystko jest nowe lub prawie nowe.
Facet był punktualnie.
Wszedł do przedpokoju i od progu się zdziwił:
– Nowe tapety?!
Nie, z 2012!
Facet zrobił wielkie oczy. Wszedł do małej sypialni, do kuchni, do łazienki…
– Jak ładnie! Jak świeżo!
Wyraził uznanie.
To były jedyne uwagi jakie zrobił. Oczywiście wiem, że zanotował np. rysę na tapecie w pokoju Yankiego czy wytarty w jednym miejscu panel w moim pokoju, ale to wszystko w ramach „normalnego zużycia”.
Nastawił się do nas pozytywnie widząc, że jest wszędzie jest czysto i zadbane.
Zapytałam go więc kiedy jest odbiór w tym naszym nowym. I tu niespodzianka: odbiór był we czwartek.
– A masz jakieś komentarze? – zapytałam Odbiorcę.
Przeczytał mi o rysach na tapetach, panelach, takie tam…
Zdziwiłam się jeszcze bardziej.
Zapytałam czy mógłby do nas przyjść bo ja mam dla niego całą listę – listę w której brud nie był na pierwszym miejscu.
Przyszedł kilka godzin później.
Zawstydził się i zaczął tłumaczyć, że „wiesz, no ja nie otwieram wody…” gdy zobaczył zdewastowany kran. I tak na każdym miejscu.
Na koniec pokazałam mu kaloryfer, pralkę, suszarkę, zmywarkę. Wentylator sam widział.
Postanowił przysłać sprzątacza do tego co ja powiedziałam, że nie sprzątnę, wezwać serwis do tego co jest popsute: krany, popuchniete od wody szafki, zepsuty wentylator.
Poszedł.
Zostaliśmy z satysfakcją. Oraz brudem.
We wtorek rano wzięłam się za ogarnianie chałupy. Rozkręciłam dwa okna w kuchni (3-szybowe, skręcone na śrubę!!!). Umyłam. Drzwi na balkon już nie miałam siły ruszyć. Przeszłam do kolejnego okna, tego nad tym najbardziej zaświnionym kaloryferem. To umyłam szybciutko, bo nie trzeba go rozkręcać. Podumałam chwilę…Na blacie piętrzyły się brudne gary bo brzydziłam się wstawiać. Wyczyściłam zmywarkę.
…nie pytajcie…
Po zmywarce już nie było nic strasznego – więc się wzięłam na sławetny kaloryfer oraz ścianę dookoła niego. I nareszcie po kilku godzinach przestałam się brzydzić własnej kuchni.
W sumie najgorszy syf już ogarnęłam. Zostały mi pojedyncze szafki kuchenne. Muszę je umyć, bo gdy otwieram bucha z nich smród arabskiego żarcia. Zażółconą tapetę w łazience umyłam wodą z octem i detergentem.
Pralki wyczyścił Kenneth czyli Cieć czyli Anioł.

Po czterech dniach tutaj widzę jedną, ogromną zaletę tego mieszkania: jest jasne! Nawet w pokojach północnych widać słońce. Mam w duszy takie coś co mi szepcze, że jeśli damy temu miejscu odrobinę serca to ono nam się odpłaci tym samym.
Po drodze były jeszcze kłopoty z psem. Bo Tosia nie umie i nie lubi chodzić po schodach. Za pierwszym razem wbiegła po nich za mną. Potem jak nosiliśmy różne graty kilka razy nam się wymknęła i zbiegła po schodach. I za którymś razem zjechała z nich przy próbie podejścia ( teraz mieszkamy na 1 piętrze a nie na parterze).  Zjechała na brzuchu, ewidentnie się wystraszyła i poobijała. Było śmiesznie, ale bardziej strasznie. Nie chciała potem wejść za nic. Kładła się. EM ją wniósł wreszcie, bo co było robić?  Ale musiałam ją nauczyć wchodzenia i schodzenia.
Udało się, ale wciąż po wejściu do klatki schodowej ciągnie do mieszkania na lewo, na parterze. Pierwsze dni w ogóle miała takie zachowanie „dobra, pogościliśmy się, ale ja bym chciała już do DOMU”.
Teraz po 4 czy 5 dniach chyba już wie, że dom jest tutaj.
Ale chodzi za mną krok w krok i pilnuje.

…A o mieszkaniu to jeszcze będzie.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 1 komentarz

154. Poradnik pierdoły – czyli jak się przeprowadzać

Powinnam napisać takie coś wzorem Iksińskiej. Tyle, że ja mam mniejsze poczucie humoru i mniejszy dystans do siebie.
Może na początek list do przyjaciółki. List napisany w drugą noc spędzoną tutaj.

…znowu nie mogę spać. Druga noc z rzędu, obie na nowym miejscu. Zmęczona jestem, bolą mnie nogi, plecy, boki…Człowiek mnie boli. I płakać mi się chce.
Cośmy najlepszego zrobili?! Dlaczego wzięliśmy to mieszkanie? Dlaczego…
Tak zapuszczone mieszkanie to ja widywałam w PGRze gdzie bród, smród i patologia.
Szare ramy okienne, z czarnym szlaczkiem przy szybie, szyby przejechane byle jak szmatą, dziś rano i wieczorem złapałam się na tym, że myślę „ale mgła” a to tylko okna „umyte”. Filtry w oknach czarne, z sypiącym się syfem. A to dopiero początek…
W łazience zajrzałam pod kratkę ściekową pod prysznicem. M to zobaczył z daleka i mnie natychmiast wygonił, że sam się tym zajmie. Czyścił i rzygał. Nie mam zdjęcia , nie byłam w stanie. Kilogram kudłów co najmniej.
Okap, taki z wentylatorem nawet nie tknięty, uchwytu do filtra i samego filtra nie umyła nawet zmywarka nastawiona na intensywny program.
Kaloryfer pod oknem -wiesz taka pofałdowana metalowa płyta, a w każdym zagięciu czarny, tłusty syf, taki wiesz klajster tłusty co to tworzy się jak się latami nie zmywa.
Lodówka niby umyta ale cuchnąca tamtej żarciem. Jak wyjęłam jedną półkę z lodówki i zdjęłam ten plastikowe osłonki to zrobiło mi się niedobrze. Jadłospis z ostatnich dwóch lat?
Tapeta w łazience wygląda jakby miała sto lat! Pełno na niej plam i żółtych zacieków. Ta krowa farbowała kudły a przy okazji wszystko w koło!
W łazience jest pralka i suszarka, dwie godziny temu, tknięta przeczuciem poprosiłam M by zajrzał do filtrów. Zamykał szybciej niż otwierał.
Rozwalony kran w kuchni, rozwalona bateria bidetkowa w małej łazience – jakiś imbecyl odkręcał tę bidetkę i przykręcał na chama – zdzierając nikiel. Ciemnogród chyba nigdy nie widział kranu z guziczkiem eko, bidetki…kranu w ogóle??
No tak, zapomniałam dodać: ARABKA.
Tu był remont taki sam jak u mnie w domu, max rok wcześniej niż u mnie. Czyli max przed dwoma laty! U mnie kaloryfery wyglądają jak malowane wczoraj – zwłaszcza jak je raz na rok umyję, nie mówiąc o łazience i kranach. A ja nie jestem pedantka, mało tego: jestem nieuważna i nie mam nabożeństwa do rzeczy. Co trzeba robić żeby doprowadzić chałupę do takiego stanu?
Jakim trzeba być flejtuchem żeby aż tak zapuścić wszystko? Przysięgam: mój kaloryfer, stojący w tym samym miejscu też nie był myty pewnie z rok. A stała koło niego psia miska. I on tak nie wygląda.

Opad rąk po prostu.
Szykuję się na wojnę z najemcą. Bo to poniekąd ich wina. A jak ich znam będą mi wciskać, że moja…
Bo tak:
Pisałam ci, że zrobił się łańcuszek wyprowadzki na 15 października? Krótko mówiąc Arabka miała termin zdania kluczy na 15/10 na godzinę 11. Ja też. I kobieta, Dunka, co wchodzi na moje miejsce. No i ta, po której Arabka bierze mieszkanie.
Administracja nie widzi problemu. Uważają, że to jest wykonalne by się wyprowadzić nie mając dokąd.
Sama rozumiesz, że zależało na tym by jednak móc się przenieść nie w ostatniej chwili.
Arabka wyniosła się we środę, w piatek dała nam klucze. Powinna je była zanieść do Administracji  ale oni w piątki nie pracują jak się dowiedziałam. Dodatkowo mieszkanie przed oddaniem kluczy powinno być „odebrane” przez właściciela. Arabka zamówiła odbiór na poniedziałek.
No więc jak w piątek zadzwoniła, że chce mi dać klucze to wzięłam.
I znowu głupota: zamiast na spokojnie, powoli obejrzeć to polecieliśmy z M się przenosić. Dopiero potem, pomiędzy jednym gratem, a drugim zaczęłam się rozglądac i zauwazyłam różne rzeczy.
Powinnam była zadzwonić do baby, oddać jej te klucze i powiedzieć, że zostawiła syf i ja tego mieszkania nie biorę.
Ale z drugiej strony presja bo Dunka też czeka i zamówiła firmę przeprowadzkową.
I tak chcąc iść na rękę jednej babie wpakowaliśmy się w kanał.
U mnie odbiór mieszkania jest w poniedziałek o 8 rano.
A potem chyba tu.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 154. Poradnik pierdoły – czyli jak się przeprowadzać została wyłączona

153.

Przeprowadzka już w piątek.
Mieszkamy jak ludy wędrowne, po chałupie walają się kartony spakowane i puste, szmaty, śmieci większe i mniejsze, różnorakie elementy gospodarstwa domowego zwykle stojące w szaflach i schowkach teraz na wierzchu.
Był u mnie nowy klient, Litwin, ale mówiący po polsku i przysięgałam na wszystkie świętości, że na co dzień tak nie mieszkamy.
Przeraża mnie przeprowadzka, przeraża konieczność tzw. odbioru mieszkania bo nie wiem czy się będzie facet czepiał i o co się może przyczepić, przeraża mnie myśl o nowych sąsiadach. Starzy sąsiedzi -sąsiadki Therese i Helene biadolą, że czemu, że szkoda…
Nam też jakoś przykro. Zżyliśmy się, znamy się i nawet lubimy. Kłaniamy się sobie na schodach, pozdrawiamy na ulicy, gadamy przez balkon, na podwórku. To naprawdę jest dość niespotykane wśród Szwedów. Do tego stopnia, że nasza córka mówi swoim znajomym „w moi rodzice to się kolegują ze swoimi sąsiadami” – i brzmi to jak jeszcze jedno z naszych dziwactw.
Jak będzie tam? Nie wiadomo. Tu jest cicho, spokojnie, nie ma awantur, nie ma pijaków, podejrzanego towarzystwa. Wzdech…
Co nas podkusiło? Pytamy się wciąż, aż wreszcie ucięłam te dysputy. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Podjęliśmy decyzję i koniec. Idziemy dalej i nie jojczymy.
Tymczasem zmiany nie tylko u nas.
Mama PannyS wyprowadziła się do swego nowego partnera. Z PannąS i Kotem. PannaS ma już gdzie indziej swój pokój, w perspektywie ma zmianę szkoły od przyszłego roku szkolnego oraz zaczyna naukę w szkole muzycznej. Balet już nie jest najważniejszy. I-o.
Długo nie znaliśmy obecnego partnera naszej córki. Aż wreszcie w ostatni piątek…
Ale najpierw byłam u fryzjera. EM mnie zawiózł i niestety był zmuszony tam na mnie czekać. Przypominam, że Fryzjerka ma córkę, która, mówiąc eufemistycznie, bywa uciążliwa w kontaktach.  EM tak samo jak ja nie przepada za dziećmi, a tych źle wychowanych nie znosi jeszcze bardziej niż ja.
A potem pojechaliśmy zobaczyć nowy dom naszej córki i wnuczki. Oraz poznać „TegoPana”. TenPan ma tak na imię, że musiałam je sobie zapisać by się nauczyć.
TenPan jest Szwedem. Jest nieco ponad rok starszy od naszej córki. Niewysoki-jak na Szweda to wręcz niski. Brunet, o nieco krzywym, ale sympatycznym uśmiechu i ładnych zębach. Bardzo szerokie, muskularne ramiona. Kilka tatuaży, na szczęście nie na twarzy.
Dalej nie da się nie porównywać TegoPana z poprzednikiem i trzeba przyznać, że wstępnie robi o wiele lepsze wrażenie. Jest rozmowny, otwarty, szeroko uśmiechnięty. Nareszcie nie będzie trzeba wyciągać z chłopaka po jednym słowie. Ma stałą pracę. Och, nic nadzwyczajnego, jest kimś w rodzaju dozorcy, konserwatora w firmie z nieruchomościami. Czyli jak u mnie się poluzowała listwa w podłodze to wołałam naszego Kennetha. W innej firmie wołają TegoPana. Czyli tzw „złota rączka”.  No i ma skończoną szkołę średnią.
Jak dla mnie – to póki co same plusy.
Co jeszcze?
Acha – mieszkanie ma własne. Jest nadbudówka nad domkiem w którym mieszkają jego dziadkowie. Mieszkanie malutkie, ale w pełni I Z GUSTEM urządzone. Salon z kuchnią + 2 malutkie sypialenki. Pokoik PannyS kwadratowy, nieduży, ale jest miejsce na duże łóżko, biurko i regał na książki czy zabawki. Na ścianie zbudowana szafa. Okno na południe lub południowy zachód.
Dodatkowym atutem TegoPana są dwa koty. Ale jakie!!! Wielkie, puchate sierściuchy. Jeden szaro-czarny, pręgowaniec, drugi biały w czarne łaty. Gabarytowo jak mój Kocio nieodżałowany tylko dodatkowo puchate. Rasa Maine Coon. Boże jakie to cudne stworzenia. Nie mogłam oderwać oczu. Nie wiem który ładniejszy.
Obaj są wykastrowani w związku z czym postrzelona Kocica mojej córki pędza ich i zaczepia.
Wyszłam z tej krótkiej wizyty podbudowana.
TenPan zapraszał nas na następny raz, gdy już wreszcie urządzi pokój PannyS do końca.
Wie czym nas podbić: troszcząc się o naszą wnuczkę.
I znowu nie da się nie porównywać. Poprzednik, gdy jeszcze miał samochód, nie woził PannyS do szkoły – dziewczyny pomykały z jednego końca miasta na drugi na piechotę bez względu na pogodę. Ten odwozi małą do szkoły co rano. Fakt – i tak jedzie do pracy więc i tak musi wstać.
Poza tym Córka wczoraj sprzątała swoje mieszkanie. Bardzo byłam zaskoczona gdy się dowiedziałam, że nie robi tego sama.
Czyli brak zaangażowania i całkowity rozdział spraw nie jest wpisany w narodowość „boyfrienda”.
To wszystko sprawia, że chłopak wydaje mi się w porządku i wart sympatii mimo iż nadal uważam, że za szybko to wszystko poszło. Ale może mogę sobie pozwolić na ostrożny optymizm?
Oby wreszcie miała choć troszkę stabilizacji. Jej nie przeszkadzają zmiany, chyba je lubi. Ale dla dziecka lepiej, gdy wszystko jest stałe. Za wiele miała zmian w swoim krótkim życiu.

Za oknem znowu jesień wietrzna, deszczowa, zimna.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy