107. Ada wróciła do domu nieco wcześniej niż zwykle:

Kiedy stanęłam w drzwiach domu moja matka przestraszyła się teatralnie
– Wyrzucili cię z pracy!
– Nie, zmęczona jestem, wyszłam wcześniej – wyjaśniłam. To była prawda. Od początku roku pracowałam dużo, niemal dzień w dzień zostając w pracy do późna.
Majka przylgnęła do mnie wyraźnie ucieszona tym, że mnie widzi.
– To dobrze, że jesteś. Może ja bym do kościoła poszła- powiedziała moja matka niepewnie.
– A może i ty byś poszła?
– Po co?
– Popielec dzisiaj.
Westchnęłam i pokręciłam głową
– Mamo, raz wróciłam wcześniej, naprawdę nie po to by marznąć w kościele. Lepiej z Majką pobędę.
Matka się naburmuszyła.
– Bez Boga żyjecie, tak nie można. Jaki ty dziecku przykład dajesz?
– Oj przestań – zniecierpliwiłam się – Od kiedy ty taka pobożna jesteś? Jakoś mnie do kościoła nie prowadzałaś jak byłam mała…A gdzie Andrzej?
– Wrócił i zasnął. On się nałazi w tej pracy, musi odpocząć. Nie obudź go
Zacisnęłam usta, żeby nie powiedzieć nic więcej.
Tak, wysypia się w dzień, potem do późna ogląda telewizję bo nie może spać, nie dając też spać mnie i Majce.
Nie dbając o zachowanie ciszy weszłam do naszego pokoju, gdzie na wersalce spał mój mąż. Przed nim na stole stały dwie czarne puszki po piwie. Puste oczywiście. Rozkleił powieki gdy ze złością pchnęłam puszki, które spadając narobiły hałasu. Oczy miał mętne.
– Piłeś – powiedziałam
– Tylko dwa piwka – uśmiechnął się przymilnie.
Rozejrzałam się w około.
Byłam w domu od niecałego kwadransa i już miałam ochotę z niego wyjść.
– Mamo, mogę Króla Lwa? – zapytała moja córka.
Pokiwałam głową, uruchomiłam odtwarzacz.
– A obiad jadłaś? – zapytałam córkę. Pokiwała głową zajęta śledzeniem przygód ulubionego bohatera.
– Dobre było? – usiłowałam nawiązać z nią rozmowę.
– Ohydne. Ale sycące! – odpowiedziała mi cytatem z bajki śmiejąc się. Ja też się roześmiałam. Przytuliłam ją i zaczęłam oglądać film razem z nią, ale moje myśli szybko uciekły od przygód małego Simby.
Myślałam o tym, że nie powinnam była zakładać rodziny. Nigdy. Kochałam Majkę najbardziej na świecie, ale nie umiałam się szczerze interesować tym, co przeżywa moja córeczka.  Rysowałam z nią gdy prosiła, bawiłam się, chodziłam na spacery, ale zawsze nudziło mnie to śmiertelnie i niecierpliwie czekałam chwili, gdy dziecko zajmie się samo sobą bym ja mogła robić coś innego.
To samo z mężem. To prawda, że przed ślubem niewiele nas łączyło poza moim wielkim, jak wtedy sądziłam, uczuciem, a które znikło szybciej niż wybrzmiała przysięga w kościele. A gdy ta moja rzekoma wielka miłość zniknęła nie mogłam znaleźć niczego więcej w tym związku. Nie miałam o czym rozmawiać z człowiekiem, który teraz drzemał obok mnie na wersalce, zamroczony kilkoma wpitymi po pracy piwami. Czy gdybym była lepszą żoną to on byłby lepszym mężem? Czy piłby mniej? Czy miałby więcej zapału by cokolwiek poprawić w naszym życiu?
Te smętne rozmyślania przerwał powrót matki z kościoła. Wydawało mi się czy wróciła wcześniej niż się spodziewałam?
Kiedy wyszłam do przedpokoju zobaczyłam, że jest szara na twarzy.
– Co się stało? – zaniepokoiłam się.
– A jakoś mi tak się zrobiło…Zaraz położę się na chwilę i mi przejdzie – i nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć znikła w swoim pokoju.
Popatrzyłam w ślad za nią, a potem uchyliłam drzwi
– Potrzebujesz czegoś? Może herbatę ci zrobić? – nadal nie wyglądała dobrze- Może pogotowie?
Słabo machnęła ręką.
– Nic mi nie będzie, daj spokój. Poleżę chwilę i zaraz mi przejdzie. Jakbyś mogła to zrób mi herbatę- poprosiła.
Wycofałam się, a gdy chwilę potem przyniosłam jej herbatę zobaczyłam, że drzemie.
Nie budziłam jej. Popatrzyłam chwilę na jej twarz bez śladu makijażu, spierzchnięte wargi, których nigdy nie pociągnęła nawet zwykłą ochronną pomadką. Na wysuszoną skórę rąk, których nigdy nie smarowała żadnym kremem i nie chroniła rękawiczkami jakkolwiek bym ją prosiła. I jak zawsze ogarnęły mnie ambiwalentne uczucia: z jednej strony było mi jej żal, z drugiej czułam złość.
Rozkleiła powieki:
– O, dziękuję córeczko – powiedziała z niezwykłą dla niej czułością. -Ja zaraz…
– Leż – nakryłam ją kocem.
Zajęłam się bałaganem w kuchni. Grzechotanie naczyń obudziło wreszcie Andrzeja.
– Co robisz? – zainteresował się.
– Sprzątam, nie widzisz? – burknęłam.
– Co ty znowu taka zła? – odburknął.
Odwróciłam się do niego.
– Matka znowu zasłabła. A ty zamiast zająć się Majką po pracy, idziesz sobie na piwo – powiedziałam.
– A ty co robisz? – odciął się – Ciebie za to nigdy nie ma w domu!
– Mnie jak nie ma w domu to jestem w pracy – usiłowałam mówić spokojnie.- I nie chodzę codziennie na piwo. Już nie pamiętam kiedy cię widziałam trzeźwego.
– Nie przesadzaj, to tylko piwo. Raz od wielkiego dzwonu wróciłaś wcześniej do domu i zaczepki szukasz. Trzeba było lepiej siedzieć sobie w pracy! – i nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć złapał kurtkę i wyszedł z domu trzasnąwszy drzwiami.
Wszystkie wyrzuty sumienia natychmiast ze mnie wyparowały. Została tylko złość.
– Znowu się pokłóciliście – powiedziała z rezygnacją moja matka stając w progu.
– Gdzie tata poszedł? – dorzuciła swoje Majka.
– Powiedziałam, że za dużo pije – wyjaśniłam cicho matce. I dodałam głośniej – Poszedł do swoich rodziców, wróci wieczorem.
Maja patrzyła na mnie uważnie.
Cały wieczór myślałam, że naprawdę lepiej byłoby gdybym znowu została dłużej w pracy. A następnego dnia z ulgą do niej pojechałam.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

106. Ekspres i nie tylko

Nie lubię pisać takich oficjalnych recenzji. Takie uporządkowane pisanie według schematu jest okropnie nudne moim zdaniem.
No ale tak. Tak się tą maszynką ekscytowałam, że wypada choć wspomnieć.
Kupiłam wolnostojący ekspres ciśnieniowy De Longhi MagnificaS o taki: KLIK

Cena z nóg nie zwala,  więc nie ma co oczekiwać, że będzie to urządzenie z gatunku „krawaty wiąże-usuwa ciążę”. Ekspres ten robi w zasadzie dwie rzeczy: parzy kawę i spienia mleko. Kawę mogę używać sypaną lub ziarnistą. Mogę ustawić sobie moc kawy pod warunkiem, że wybiorę ziarnistą. Kawę sypaną muszę wsypywać za każdym razem jak chcę jej użyć, nie mogę wtedy za wiele podziałać w kwestii jej mocy bo do zasobnika wchodzi tylko jedna płaska miarka. Moc kawy sypanej mogę regulować wyłącznie ilością zaparzanego napoju. Zawsze, bez względu czy używam kawy sypanej czy w ziarnkach mogę wybrać 40ml, 120ml 2x40ml lub 2x120ml.
Mogę ustawić też temperaturę kawy. Zdaje się, że przy przeglądaniu instrukcji obsługi mignęła mi opcja zmiany ilości napoju, ale nie odczuwałam dotąd potrzeby testowanie tej możliwości.
Kawa, po ustawieniu mocy, jest dobra. Odpowiednio mocna, odpowiednio gorąca. Gdybym chciała się bawić w spienianie mleka miałabym to mleko też gorące. Jedyny mankament urządzenia to poziom hałasu. Sama praca urządzenia jest dość głośna, młynek jest jeszcze głośniejszy, a już alarm drze się tak, że umarłego by podniosło.  Jeśli więc któregoś poranka ten alarm mi się włączy to będę mogła zemścić się na sąsiedzie z góry za jago dzieci łomoczące od świtu.
EM po dwóch dniach nawiązywania znajomości w maszynką orzekł, że są to najlepiej wydane pieniądze na sprzęt domowy. Nie lubię się zgadzać z moim mężem, ale mimo usilnych starań  nie znajduję powodu by się z nim sprzeczać. Chyba mi język uschnie ale muszę się z nim zgodzić.
Pytanie jak długo to cudo podziała? I co jak się popsuje? Pocieszam się, ze De Longhi to znana firma, więc z serwisem nie powinno być problemu.
Tak więc teraz siedzę, piszę, popijam kawę z mlekiem migdałowym i cieszę się perspektywą weekendu.
Wczoraj napisałam scenkę, z której jestem dość zadowolona…
Dziś mam w planach kolejną. …chcecie przeczytać tę z wczoraj?
Powoli zbieram się do zamykania roku u klientów.
Pogoda jest durnowata. Jeden dzień pada. Na drugi zamarza. Potem odmarza. Potem pada. Potem zamarza. I tak w koło Macieju.  Jak piszę, że pada, to nie mam na myśli śniegu. Śnieg to na Saharze, a nie w Szwecji.
I czy ja się chwaliłam, że kupiłam sobie na wyprzedaży w niesławnym H&Mie czerwoną kurtkę? CZERWONĄ! Jest cudna, żywa, ale nie jaskrawa. Jest lekka. I długa do kolan. Jasne, że ma wady, to H&M więc kto wie co się z niej zrobi po praniu. Porozłazi się w szwach albo cała ocieplina zbije się w jeden kłąb. Każdy wie, że ich ciuchy wytrzymują tylko do pierwszego prania. Ale co tam, tania była naprawdę więc nawet jak jedną zimę odpękam to już będę zadowolona.  Ale co najdziwniejsze, to to że na kurtce jest rozmiar 44. I nie tylko wchodzą mi ręce w rękawy, ale nawet w biuście mam luz. Świat się kończy! Od lat co najmniej pięciu nie znalazłam ubrania tej firmy, w którym bym się zapięła. A tu proszsz…
Poza tym obejrzałam po raz kolejny serial Dom. Z niesmakiem i z zachwytem. Z niesmakiem oglądałam wątek Leszka, bo jest nie tylko kiepsko napisany, ale i kiepsko zagrany. I w co chwilę pada: jest mizoginem. Jest mizoginem. Z różnych ust, jakby nie można było tego inaczej powiedzieć. I ten Stockinger szepczący nawiedzonym głosem „chooodźźźź”.( Nie mogłam się zdecydować czy nawołuje jak stwórca czy jak facet wabiący babę do łóżka).
Te powtórki tych samych stwierdzeń były denerwujące tez wątku Niki. Dostaję małpiego rozumu – mówi ona o sobie. Potem powtarza to jej przyjaciółka, potem chyba Andrzej…No ludzieee…
Pod koniec serialu przestałam lubić Andrzeja i Mundka. Jakimi dupkami obaj się stali! Dobrze, że Mundzio jednak uległ kolejnej kobiecie.
Ale ogólnie lubię ten serial i pewnie nie raz jeszcze do niego wrócę. Fajnie byłoby zobaczyć kontynuację, co wyrosło z Talarów, ale o tym sza, bo jeszcze obecny prezes TVP się za to weźmie i …
A poza tym to się nic nie dzieje.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

105. Psy mojego życia

Pierwszym psem jakiego miałam była Alfa. Biała, ruchliwa, z czarnymi oczami i czarnym nosem. Przyszła do nas jako szczeniak, urodzony w zakładzie, gdzie pracował mój ojciec. Miałam ze trzynaście lat i nie był to wiek, by nawiązywać przyjaźń z psem z różnych powodów. Alfa odeszła szybciutko, złamana jakąś wirusówką. Kto by tam w latach siedemdziesiątych chodził z byle psem do weterynarza…
Następna była Simka.
Mała, ruda parówka na krótkich łapach. Można by rzec, że Simka miała w sobie coś z matki boskiej, bo każdy kto ją pierwszy raz zobaczył mówił „O Matko Boska!”. Simka przyszła do nas kilka miesięcy po śmierci mojego ojca, gdyśmy wszystkie trzy usiłowały posklejać życie na nowo. Znalazła ją nasza koleżanka i przygarnęła, by po kilku dniach odkryć, że jednak nie da rady mieć dwóch psów i tak Simka trafiła do nas. Musiała być około półroczna, bo wiem, że jeszcze urosła będąc u nas. Na początku nie szczekała. Milczała jak zaklęta, aż przyszedł do nas mój kuzyn, myśliwy i sprowokował Simkę do szczekania jakimś gwizdkiem.
Simka była z nami przez osiem lat. Przeżyła drugie małżeństwo naszej mamy, wyprowadzkę Baśki na Suwalszczyznę, wprowadzenie się mojej babci. Towarzyszyła Baśce i mnie 13 grudnia 81, gdy matka i ojczym zabrali nas na wieś, bo wojna, a na wsi bezpieczniej. To z Simką na smyczy zwiewałyśmy następnego dnia na piechotę z tej wsi, leżącej jakieś 5km od naszego domu. To z powodu Simki  szłyśmy znowu do domu w śnieżną, wigilijną noc kilkanaście dni później. To w jej grzbiet wypłakiwałam swoje żale, to ona grzała mi stopy i pocieszała spojrzeniem brązowych oczu.
Simka była psem mądrym i łagodnym, ale niezbyt towarzyskim. Ludzi na ulicy zazwyczaj ignorowała. No, chyba, że była to doktor Piórowa, która zawsze miała dla naszej Simki cukierka w kieszeni. A Simka była łasuchem ogromnym.  Godzinami potrafiła wysiadywać na przeciw barku w segmencie „Kętrzyn”, nieruchoma jak posąg ze wzrokiem wlepionym w ów barek, gdzie Baśka trzymała słodycze, skrupulatnie mi nam je wydzielając. Raz tylko widziałam Simkę nawiązującą kontakt z nieznanymi ludźmi: to wtedy, gdy wparowała pomiędzy bijące się dzieciaki i skacząc na każdego z nich rozpędziła bójkę. I dwa razy tylko widziałam jak Simka robi się groźna i atakuje. Za pierwszym razem Jan, cioteczny szwagier, przyszedł pijany w Dniu Kobiet i chciał złożyć życzenia mojej mamie. Zatoczył się jakoś, zamachał rękami,  Simka nasrożyła swą krótką, rudą sierść i rzuciła się na Jana z warkotem pokazując wszystkie zęby. Drugim razem zaatakowała sanitariuszy, którzy zabierali moją babcię do szpitala.
Rozumiała wszystko, ale absolutnie wszystko, co się do niej mówiło. Na hasło „kąpiel” chowała się za plecy mojej mamy. Kąpana i wykąpana obrażała się na mnie strasznie i nawet „krówka” nie sprawiała, by zechciała obdarzyć mnie najkrótszym choćby spojrzeniem. Po każdej kąpieli zaszywała się pod stołem i długo kazała się przepraszać.
Codziennie rano piła słodką herbatę. A pijała wyłącznie z metalowego kubeczka. Któregoś ranka moja mama zdenerwowana moją maturą zapomniała dać Simce herbaty i chwilę trwało nim mama pojęła dlaczego pies tak okropnie wali swoim kubkiem o ścianę.
Simka nauczyła mnie co to znaczy kochać psa i być przez niego kochanym.
Odeszła chyba trochę przez moją głupotę i brak umiejętności proszenia o pomoc. Zawiodłam ją strasznie w ostatnich godzinach i jej błagające, cierpiące oczy do dziś, choć upłynęło ponad ćwierć wieku, sprawiają, że kurczy mi się serce a na usta pcha się błaganie o przebaczenie.
Następna była Sara, znana jako Psunia, opisywana dużo i często na blogach. Mała, drobna, pokrzywiona kundelka, z jedwabistą, miękką sierścią czarną i brązową, z jednym uszkiem zawsze oklapniętym. Trafiła do nas jako kilkunastotygodniowy szczeniak, zabrany od mamy, która niby nie była bezpańska, ale o jedzenie i bezpieczne spanie musiała zadbać sama. Sara była niejadkiem. Na widok stawianej miski uciekała z kuchni z podkulonym ogonem i błagalnym spojrzeniem „proszę, proszę, będę grzeczna tylko nie każ mi jeść”. Boki miała wiecznie zapadnięte, ale ponieważ sierść na niej lśniła, widać było, że to nie jest bezdomny czy zaniedbany pies. Sara miała wielkie, waleczne serce i była bardzo niezależna. Długi czas zajęło mi zrozumienie dlaczego, gdy idziemy ulicą (Sara też chodziła bez smyczy) czasem nie zwraca uwagi na ludzi, a czasem rzuca się z zębami na niemal każdego.  Wszystko zależało od tego kto z nią idzie. Jeśli szłam ja i mąż – pies nie zwracał uwagi na nikogo. Jeśli ja sama – pies rzucał się ze szczekaniem na mężczyzn przechodzących zbyt blisko, ze szczególnym uwzględnieniem pijanych. Jeśli szłam z córką – tak samo. Jeśli szłam z synem pies rzucał się na każdego mężczyznę. Kobiet nie atakowała nigdy. Wreszcie musiałam zacząć ją brać na smycz na ulicy, bo bałam się, że ktoś ją kiedyś skopie. Puszczona luzem pod sklepem czekała pod warunkiem, że powiedziałam „czekaj”. Jak nie powiedziałam – szwendała się gdzieś i dopiero głośne wołanie zwabiało ją z powrotem.
Sara towarzyszyła mi w moich włóczęgach po lesie w czasie, gdy musiałam zrobić porządek w głowie.
Miała 12 lat, gdy przyjechała do Szwecji razem z Kociem.  Nie wyglądała na tyle. Wzbudzała zainteresowanie szwedzkich emerytów, którzy zaczepiali mnie z pytaniem co to za niezwykła rasa, bo Sara była naprawdę przepięknym psiakiem. Zawsze miałam ochotę odpowiedzieć „kundelbury”.
Zabrał ją nowotwór dwa lata później. Odeszła tak, jak pies odchodzić powinien: nie cierpiąc, na naszych rękach, oblana naszymi łzami, pożegnana i otoczona miłością i naszą wdzięcznością do samego końca. Poprzez miłość do Sary starałam się odkupić winę jaką mam w sobie po Simce.
A teraz jest Tosia. Bo chciałam raz w życiu mieć psa, którego sama sobie wybiorę i który nie będzie znał głodu, zimna i strachu.
Staram się kochać mądrze i dać jej wszystko to, czego nie umiałam dać Simce, a potem Sarze. Tosia też będzie u mnie do końca życia. Mam nadzieję, że do końca jej życia, bo nie chciałabym jej tego zrobić i ją opuścić. Bo Tosia jest MOIM psem. Tak samo jak Kocio był MOIM kotem.
Gdzieś w duszy mam przekonanie, że Tosia jest moim ostatnim psem, bo gdy jej czas się skończy ja będę już dość wiekowa (mam nadzieję) i mogę nie mieć siły na kolejnego psa. A na pewno nie na tak wielkiego. Tosia bywa samotna, widzę to, i nawet nasza ludzka miłość nie zaspokoi jej potrzeby obcowania z własnym gatunkiem. Chciałam mieć znowu psa i kota, bo to jak jin i jang. Ale myślę sobie, że byłby to egoizm z mojej strony. Bo kot dla psa to wciąż obcy gatunek.
A na facebooku wciąż wyświetlają mi się takie psie biedy…Nie uratuję wszystkich, ale może mogłabym dać dom jakiejś takiej psiej biedzie? I znowu choć trochę odkupić winę wobec Simki?
Myślę sobie, że jestem nieodpowiedzialna, bo kto trzyma dwa psy, w tym jednego wielkiego w mieszkaniu w bloku, w mieście? Ale z drugiej strony mieszkanie w bloku, w mieście jest o sto razy lepsze od kojca w schronisku, tak? Jest?
Pewnie jeszcze ze sto razy się rozmyślę i namyślę na nowo, ale mam takie marzenie, że gdy wiosną pojadę do Polski to wrócę stamtąd z psiakiem ze schroniska. Piesek ma być łagodny, żeby dogadał się z Tosią, PannąS i kotem mojej córki. Jeden z takich, które nie mają szans na adopcję. Starszy, niekoniecznie piękny (zresztą, każdy pies jest piękny gdy jest kochany), być może nieco chory.
Ale może to szaleństwo, dwa psy. Kto będzie z nimi na spacery chadzał, i kto go utrzyma i wyleczy jak zajdzie potrzeba?
Choć mam wciąż wiele wątpliwości to jedno wiem na pewno: jeśli już przejdę z jakimś psem przez bramę schroniska – to ten pies będzie u mnie do końca życia któregoś z nas. Bo nie opuszcza się członka rodziny.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 12 komentarzy

104. „Gatunek”- na wymarciu

Z Włoch przywiozłam sobie dzbanuszek do kawy. O, taki:
Śliczny był i kawę robił pyszną.  Mówię w czasie przeszłym, ponieważ mój Kawowy najwyraźniej miał jakieś wewnętrzne problemy czy emocje, które pewnego dnia postanowił  uwolnić. I uwolnił. We wtorek. Rano. Gdym po pracy szykowała sobie poranną kawę. Emocje uwolnił gwałtownie i dość wybuchowo efektownie wyrzucając z siebie wszystko to, co mu zalegało. A że Kawowego wnętrze składało się głównie z wody i kawy marki Lawazza mielonej to efekt był porażający.
Po prostu…W jednej chwili stał sobie Kawowy spokojnie na palniku w drugiej leżał zdruzgotany własnym wybuchem w kącie, a ja oraz wszystko dookoła pokryliśmy się piegami.
Co sobie pomyślałam…
No najpierw: o matko, jak to dobrze, że mi w pysk nie dał…Po czym zajęłam się wyszukiwaniem co się jeszcze mogła stać, by całej sytuacji dodać grozy.
No. Latając wściekle mógł wybić szybę. Mógł też wylać swą frustrację na psa, który ma w pobliżu miski. Mógł…Mógł to być na przykład szybkowar, nie?
Tu się zatrzymałam.
Nie, do licha! Nie będę uprawiać typowego dla mej rodziny po kądzieli wstecznego czarnowidztwa. Będę widzieć pozytywy.
O. Proszę. Pecha na ten rok mam z głowy. Zaliczyłam poważną, emocjonalną stratę, groźny wypadek, oraz wydatek materialny. To chyba dość nieszczęść? Teraz już będzie samo dobre. O. I mam wreszcie dobry powód by wydłubać kasę kiszoną na koncie firmowym „na podatki” i kupić porządny ekspres. Ciśnieniowy. Tylko czy mnie aby na pewno stać? One są drogie, jak oglądałam to mi się zakodowało, że jakoś tak nerkę czy coś musiałabym sprzedać.
Poszłam na stronę mojego ulubionego sklepu, bo wiecie…Wyprzedaże poświąteczne czyli tzw „mellandagsrea” może coś..?
Ale te wyprzedaże to ściema jest. Bo owszem coś tam niby obniżają, ale nigdy na to, czego ja bym chciała. Jakoś nie widziałam obniżki cen na aparaty fotograficzne czy właśnie ekspresy…Obejrzałam co mieli w ofercie i jedyne, co się mieściło w moim budżecie to kawiarki …na kapsle. No jeszcze nie zgłupiałam aż tak!
Poszłam do innego sklepu. I jeszcze innego. Wszędzie to samo. Nerka. Albo nerka + kawałek wątroby ze szpikiem kostnym w bonusie. Już zaczęłam rozważać pomysł sprzedania jakiegoś członka rodziny, ale okazało się, że z niewyjaśnionych dla mnie powodów do każdego z nich jestem dość przywiązana i wizja zamiany któregoś na dobro luksusowe jakoś odejmowało jakoś wartości temu dobru. No chyba, że… No wiecie, taki członek rodziny co to nie rodzina. Co to nie przyjeżdża z wizyta a z wizytacją. Co to „mamusia sprząta czy odlatuje?” Taaa… Bądźmy realistami. Tutaj mogłoby mieć miejsce zdarzenie odwrotne do zamierzonego czyli jak mówił poeta
„Chyba, że porwę żonę bogatemu komu
i: dawaj pan pół miliona bo ją puszczę do domu!”
Ale. Ale! Przypomniałam sobie o sklepie, który sprzedaje AGD takie nieco mniej modern. Wiecie. Czasy są teraz takie, że co zmiana pory roku to i zmiana całego wyposażenia domowego. Tak przynajmniej usiłują nas zaprogramować. W związku z tym producenci dóbr wszelakich co kwartał wypuszczają nową serię swoich produktów. Tu zaokrąglą kancik, tam powiększą kropkę nad i, tam wrzucą nową, jak-możecie-bez-niej-żyć-w-ogóle, aplikację. Oraz podkręcą cenę o kilka euro. I biznes się kręci. Ale jest w Szwecji taki sklep, gdzie sprzedają te produkty sprzed kilku epok. No bo coś z nimi zrobić trzeba. Na wyprzedaż się nie daje bo gawiedź się rzuci na taniochę i nie kupi zapałki z łebkiem z drugiej strony za podwójną cenę. I po to są takie sklepy dla bidoków, taka biedronka z AGD.
Poszłam. Mnie jest potrzebny ekspres, który zmieli mi kawę, a potem mi ją dość porządnie zaparzy. Nic więcej. No dobra, ewentualnie może być taki, w którym mogę zdecydować czy chcę kawę małą czy dużą.  Nie potrzebuję jakiś wymysłów, nawet spieniacza do mleka nie, bo mleko migdałowe się raczej pienić nie będzie. Dobra, nich mi pokaże, że trzeba go oczyścić, że kawy ma mało, albo wody. Nie, nie chcę takiego co go do wody trzeba podłączać, bo i tak nie mam jak. Nie, nie musi mi grzać filiżanek, bo kawę robię i od razu piję. Nie, nie musi pamiętać iluś tam wybranych opcji kawy, bo lubię jak kawa zawsze smakuje tak samo. Coś mi tam jeszcze system proponował, ale konsekwentnie odmawiałam. Tak, to ja. Utrapienie wszelkiej maści sprzedawców, która dopominam się zawsze o sprzęt „nic-nie-mający”. Bo ostatnimi czasy takie są tendencje, że sprzęt będzie za nas myślał. Bo po co zawracać sobie głowę jaką to ja kawę lubię? I jaką dzisiaj chcę? Przecież sprzęt może mi zaproponować dziesięć różnych kombinacji kawy, mleka i cukru a wkrótce pewnie zacznie sugerować, że nie kochana, wczoraj na śniadanie piłaś zestaw nr1, na lunch zestaw nr5, a zestawu nr8 nigdy nie bierzesz, więc dziś dam ci zestaw nr9. Nie, nie dam ci tej ósemki, bo ci mówię, że jej nie lubisz, dam ci dziewiątkę, i przestań mnie obrażać, bo zostaniesz ukarana…No….
Tak sobie wyobrażam naszą przyszłość.
A ja starej daty jestem. I lubię rano snuć głębokie rozważania nad kawą. Z mlekiem? A z jakim? Krowim? Migdałowym? Owsianym? Duża? Mała? Cukru ile?…
ANACHRONICZNA jestem. Taki gatunek na wymarciu, co to jeszcze lubi sam decydować o tym co robi. Dinozaur.
Znalazłam wreszcie taki nic nie mający. Postanowiłam, że o podatki w lutym będę się martwić w lutym. I wczoraj kupiłam dopłacając stówę za to, że mi przyślą w ciągu maksymalnie dwóch dni roboczych. Po południu dostałam maila, że wysłali. Trzymajcie kciuki, żeby doszedł dziś to jutro rano będę się mogła raczyć wreszcie dobrą kawą.
Bo jak nie to będę musiała na tę kawę czekać do wtorku. A to jak wiadomo jest strasznie długo.

UPDATE: JEST!! jest na poczcie do odebrania. Hurra!

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy

103. Nieudany start Nowego Roku

Jak niemal każdego roku byłam na Torget czyli głównym placu miejskim. W tym, a raczej w minionym już roku, rajcowie zapowiedzieli odstępstwo od utartej tradycji i zamiast fajerwerków zafundowali gawiedzi pokaz świateł laserowych.
Całe popołudnie padał śnieg i natychmiast się topił  więc miasto tonęło w mokrej brei. Wyjątkowo nie było nieustającego łomotu petard, który zwykle zaczynał się już we wczesnych godzinach porannych by w miarę jak płynie czas, przybierać na sile.
Dla mnie było to ważne bowiem pod opieką mam kotusię córki. Maja, bo tak się owe szare cudo nazywa, ma jakieś cztery miesiące. Jest małym wesołym rozrabiakiem, ale jest w swoim domu od miesiąca mniej więcej więc nie jest jeszcze pewnym siebie, zasiedziałym kotem. A Tosia choć jest jest przyjacielskim psem, jest wielka. I stresuje Maję ogromnie. Maja Tosię też stresuje. Bo Tosia…cóż…przyznajmy to uczciwie. Tosia w życiu prezentuje postawę: „ale ty idź pierwsza, ja będę osłaniać tyły”.
To był powód dla którego uznaliśmy komisyjnie, że przenoszenie Mai do nas na czas wyjazdu dzieci jest niewskazane. Tylko jak pogodzić dwa miejsca i opiekę nad dwoma różnymi zwierzątkami oraz jedną, dosyć smutną siedmiolatką?
PannaS dzień przed Sylwestrem dowiedziała się, że mama wyjeżdża. I że nie tylko mama, ale i jej partner oraz jego rodzice i rodzeństwo – w tym troje nastolatków, z którymi PannaS jest mocno zżyta.
Cóż, moja córka miała naprawdę poważny powód by jej ze sobą nie zabierać, ale nie pomyślała o tym, by to PannieS powiedzieć i w ogóle z nią porozmawiać i rozmawiać na ten temat.
W efekcie PannaS w dniu wyjazdu mamy była przeraźliwie smutna i nawet najukochańsi babcia z dziadkiem tego smutku nie przepłoszyli. Bardziej zadziałali jak plasterek na ranę, ale rana nie zniknęła, choć w Sylwestra rano dziecko już było pogodne jak zwykle.
Dzień nam płynął pospiesznie od lodowiska do spaceru z Tosią. Od spaceru do obiadu i filmu o misiu Paddingtonie. Od filmu do tańców w wykonaniu naszej domowej baletnicy.
Tu dygresja. (Kogo, nie interesują rewelacje z życia PannyS może opuścić).

PannaS jakoś ze dwa lata temu zaczęła chodzić na zajęcia z baletu w miejscowej szkole tańca. Nauczycielką była Rosjanka, była balerina, z wykształcenia choreograf i nauczyciel baletu. Czyli fachowiec. Walentina miękko, ale konsekwentnie uczyła te małe dziewczynki właściwych postaw i podstaw. A potem odeszła. Po prostu pewnego dnia powiedziała, że kończy pracę, pożegnała się i odeszła. Na jej miejsce na chwilę przyszedł jakiś chłopak, a po nim jakaś dziewczyna.
Jako, że PannaS jak wiadomo jest obecna w naszym życiu stale, zatem nie raz i nie dwa uczestniczyliśmy w lekcjach baletu. No i po zmianie nauczycieli nie dało się nie zauważyć, że zmiana nauczyciela jest na gorsze. Na dużo, dużo gorsze. Chłopak był na tyle krótko, że nie zdążyliśmy go nawet zobaczyć, ale dziewczynę już tak. Wyobraźcie sobie taki obrazek: sala do tańca, z lustrami i drążkami przy nim. Na tej sali, przodem do lustra stoi dość korpulentna osoba, w czarnej paczce (tak się chyba nazywa strój baletowy złożony z gorsetu i sztywnej, tiulowej spódniczce). Przybiera pozy baletnicy patrząc w lustro. Za nią kilka małych dziewczynek, które bądź usiłują zrobić to co Czarny Łabędź bądź robią wszystko inne. Czarny Łabędź nie koryguje tych co usiłują i nie zachęca tych co robią coś innego. Robi swoje, po prostu.
Popatrzyłam, zagotowało się we mnie. Bo owe lekcje nie są za darmo. Ba, one całkiem sporo kosztują, a wychodzi na to, że płaci się za oglądanie wątpliwego wdzięku tłustawej baleriny. Naśladować to PannaS może sobie z youtube i to nic nie kosztuje. A moja wnuczka kocha tańczyć! Kocha..! Powiedzieć, że kocha, to nic nie powiedzieć. PannaS nie żyje po to by tańczyć. Ona żyje tańcząc i tańczy niemal bez przerwy!
Tak też powiedziałam córce, czym utwierdziłam ją w decyzji, że taka szkoła to do niczego.
W międzyczasie plotka doniosła, że Walentina nie zniknęła a po prostu: otworzyła własną szkołę. Chwila grzebania w internecie i…tadam!
PannaS za chwilę zaczyna zajęcia u Walntiny. Cieszy się ogromnie bo przez ostatni rok wciąż ją wspominała i mówiła, że tęskni za nią. Choć jednocześnie jest pełna obaw czy sobie da radę, bo balet jest trudny a Walentina wymagająca. I w związku z tym ćwiczy. I tak na przykład wczoraj odkryłam, że moja wnuczka robi szpagat. Pełny szpagat!
Koniec dygresji.

Od tańca podryfowaliśmy do gofrów, a od gofrów do gry w monopol. To małe ogrywało nas sromotnie! Bez żadnej ściemy i udawania!  Grę przerwaliśmy dwadzieścia minut przed godziną ZERO.
Ubraliśmy się i w tłumie poszli na rynek.
Znaleźliśmy dobry punkt, ustawili PannęS na obmurowaniu fontanny, żeby zapewnić jej lepsze widoki. Była 23:45 na starym, ratuszowym zegarze.
Na balkon pod zegarem wyszła kobieta i zapowiedziała piosenkarkę. Piosenkarka wykonała dwie piosenki a capella. Obie smętnie a la marsz żałobny, obie wyciągnięte z wyraźnym wysiłkiem, który pewnie normalnie tuszuje podkład muzyczny. Przy czym tą drugą piosenką było Auld Lang Syne. Gdy Piosenkarka zrobiła pauzę na wzięcie oddechu, rozległy się oszczędne brawa, a mnie złośliwie przyszło do głowy, że widać nie tylko ja czekam aż skończy. Skończyła wreszcie. Znowu wyszła jakaś pani na balkon i zaczęła…czytać jakieś statystyki. Czytała monotonnie i bez emocji, tak, że dopiero po chwili dotarło do mnie, że skończyła statystyki a zaczęła czytać zwyczajowy, noworoczny wiersz, w którym co kilka wersów powtarza się tekst „dzwoń zegarze” czy też „dzwoń dzwonie”.
Było to tak zajmujące, że czytająca przegapiła iż wskazówka już minęła godzinę dwunastą, bo…zegar nie wybił. Tłum zebrany na placu niecierpliwił się coraz bardziej, tu i ówdzie rozległy się gwizdy.
Uff. Skończyła. Poszła sobie. Tylko, że…czas minął! Gdzieś w międzyczasie ludzie pootwierali swoje szampany, po cichutku i bez wystrzałów.
Zaczął się pokaz świateł. Kawałek jakiegoś marsza, migoczące smugi świateł. Marsz urwany ni w pięć ni w dziewięć i zastąpiony kawałkiem jakiegoś klasyka, który znowu urwany…Tak, jakby operator dopiero przygotowywał się do właściwego pokazu. Wreszcie zabrzmiały pierwsze takty piosenki Abby Happy New Year. Owszem: to piękna piosenka, owszem grupa szwedzka, więc jest jakby uzasadnienie, ale…Umówmy się: radosna to ta piosenka nie jest. Tłum na placu stał jak zamurowany. Nikt nawet nie śpiewał z Abbą, nikt nie próbował zatańczyć, a ta piosenka jest wszak melodyjna, że aż się prosi!  Klimat panował mniej więcej taki, jak przy Czerwonych makach na Monte Cassino.
Światła migotały, coś buczało i huczało, na skraju placu i w innych częściach miasta ktoś detonował fajerwerki.
Spojrzałam na PannęS…I zobaczyłam, że dziecko dalekie jest od radości. I w tym momencie zadzwoniła moja córka. Mała na hasło, że mama dzwoni tylko potrząsnęła głową, że nie. A chwilę potem po prostu się rozszlochała na moim ramieniu.
Bo Maja jest sama i pewnie się boi…
Bo tęsknię za mamą…
Bo…bo…
Moja teoria jest taka, że grzmiąca muzyka i kolorowe, migające światła rozstroiły nerwy mojej wnuczki i uwolniły emocje, które od kilku dni spychała głęboko. A nie były to dobre emocje, tak sądzę.
Poszłyśmy sprawdzić jak się ma kotek z nastawieniem, że być może tam zostaniemy na spanie jeżeli zajdzie taka potrzeba. Z Tosią miał zostać eM.
Kotek miał się dość dobrze, na nasz widok zaczął szaleć z ogonem jak szczotka. Na szczęście mieszkanie jest dobrze wygłuszone i huku nie było słychać w ogóle. Tak uspokojona PannaS zgodziła się wrócić do naszego domu (tylko dwie, wąskie, małomiasteczkowe uliczki dalej) i wreszcie się zaczęła uśmiechać.
Zasnęła.
A ja tłukłam się do trzeciej trzydzieści by obudzić o siódmej dwadzieścia…Dzień dobry bólu głowy!
Pomyślałam, żeby cały ten „nowy rok” tegoroczny opisać ku pamięci.
Z jednej strony drętwota szwedzkich imprez.
Z drugiej wnuczka, która chyba poczuła się odrzucona.
Córka wnioski wyciągnęła. A ja…ja i tak się martwię o wnuczkę. Co zrobić by nigdy więcej nie poczuła się odrzucona i porzucona?
Mówię wam: dzieci nie mają łatwo.
I oto jesteśmy w 2018.

…O matko, jak dobrze, że już po światach i znowu będzie normalnie. I dzień się wydłuża!

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

102. Odchodził stary rok, rozpoczynał się sezon na zjazdy i bale…

Wsłuchajcie się w tekst bo  poza wszystkim, dowodzi tego, że Daukszewicz nie jest tylko zwykłym komikiem

Odchodzil Stary Rok
Rozpoczynal sie sezon na zjazdy i bale
A biedny stary Strauss
W roku panskim biezacym nie szykowal sie wcale
Przeminal dawny walc
I gdy swiat gnal do przodu, by powitac Rok Nowy
Poeta, kumpel z Polski wpadl
Z zaproszeniem do Klaju na bal sylwestrowy

Ten bal zaczynal sie
Polonezem jak dawniej, od sali do sali
Poeta mówil wiersz
Nie sluchany poemat ktos potem pochwalil
A gdy sie skonczyl plas
I na minut pietnascie pary tanczyc przestaly
Zza stolów krzyknal ktos:
– Ty! Artysta! Opowiedz nam lepiej kawaly

Pomyslal stary Strauss,
Jak to ciezko byc dzisiaj lirycznym poeta
Orkiestra disco gra
I nie przebijesz sie wierszem i proza przez beton
I rzeke artyscie Strauss
W sali, gdzie sie przed chwila cos wiazac zaczelo:
– Twe zycie to jest bal
Nie umowa o dzielo, gdy sam jestes dzielo

A taniec dalej trwal
Bruderszaftów zastepy odkladaly sie w glowach
A jakis starszy pan
W pas czerwony wplatany nad stolami szybowal
A potem to byl bal
Walc zapraszal do tanca, lecz go nikt nie uslyszal
Poeta mówil wiersz
Jakis pan artyste wlasnorecznie uciszal

Zezloscil sie pan Strauss
Który chcial nam przypomniec swe modre Dunaje
Powiedzial – Co za kac!
Wzial pól litra ze stolu i zaplakal nad Klajem
Mój przedostatni walc
Który zbyt delikatnie poprosil o cisze
Mój przedostatni walc
Bo ostatni to chyba raz jeszcze uslysze

Karnawal skonczyl sie
Zasypiaja po szafach sukienki-motyle
A poeta uczy sie
Tanczyc w rytm rozespanych fabrycznych syren
Karnawal skonczyl sie
Zasypiaja po szafach sukienki-motyle
Ze nam sie jeszcze chce
Tanczyc w rytm rozespanych fabrycznych syren

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

101. Wszyscy wszystkim to i ja Wam

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

100. uuuu, jubileusz!

Setny wpis, no, no!
————–

Obserwuję siebie z pewnym zdumieniem.
Grudzień się kończy, święta już jutro, a ja co? Śpię w nocy normalnie? Nie czuję się zmęczona, już na zapas, rodzinnymi obowiązkami? Nie złoszczę się, że tyle tego do zrobienia…Nie wymyślam sobie co jeszcze…
Jakoś zrobiły się pierogi, najbardziej upierdliwa część wigilijnego menu, leżą w zamrażarce. Sprzątania generalnego nie robię, wczoraj odkurzyłam i wytarłam podłogi, dziś umyję umywalki, kibelki i wannę. I będzie. Zasłonki wiszą już od tygodnia.  Kuchenne szafki staram się wycierać na bieżąco, więc dramatu nie ma. Okna są brudne, ale nie ma głupich, takie niech sobie zostaną do wiosny. Wiosną zawołam firmę sprzątającą do mycia, śmierć frajerom, jakoś tę należną ulgę trzeba wykorzystać.
Dziś zrobię sernik. I wafle z kajmakiem. eM będzie smażył rybę. A potem razem pokroimy sałatkę.
Jutro, przed wigilią upiekę mięso, bo u mnie już nie ma tradycji, że w Wigilię nie jemy mięsa.
Nie robimy sobie w tym roku prezentów, tylko PannaS dostanie. My zbieramy pieniądze na sprzęt turystyczny i wyprawę na Język Trolla.
W pierwszy dzień jedziemy do Lisebreg czyli do parku rozrywki w Goeteborgu.
(Ach i znowu mi tu poprawność językowa zgrzyta. Bo wedle mojej koleżanki Eli, tłumaczki, powinnam odmieniać nazwy. Tym bardziej, to już mój wniosek, jeśli mam zachować logikę wypowiedzi. Bo jeśli odmieniam Goeteborg to i Liseberg też powinnam. I dlatego czuję się w obowiązku by wyjaśnić. Goeteborg odmieniam, bo nauczyłam się tej nazwy po polsku, z polską wymową Geteborg, Geteborga, w Geteborgu. Liseberg nauczyłam się po szwedzku. A po szwedzku tę nazwę wymawia się Liseberi, więc adekwatnie w Liseberi. Bo szwedzkie g często się wymawia jako J. I tak po szwedzki Goetebrog brzmi Jetebori. Więc jeśli mam być przynajmniej konsekwentna jeśli już nie mogę być poprawna to powinnam napisać: Jedziemy do Liseberg czyli do parku rozrywki w Goeteborg  lub Jedziemy do Lisebergu czyli do Parku Rozrywki w Goeteborgu.  Więc wyjaśniam: mój blog, piszę więc tak, jak mówię choć wiem, że to niepoprawne.)
Budzę się ostatnimi czasy w weekendy pełna…niecierpliwości. Niechże ten dzień już się zacznie. Jakbym na coś czekała.
Na co  jeszcze czekam? Osoba w średnim wieku, w trwałym związku, matka dorosłym dzieciom, babcia całkiem dużej wnuczce?
Czekam…Na wszystko! Na życie, na każdą jego chwilę. Lubię żyć.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 5 komentarzy

99. … jak dymek z papierosa…

Siedzę sobie.
Obok pochrapuje pies.
Powinnam robić pierogi. Albo sprzątać. Ablbo choć popracować: popisać, potkać ostatecznie nawet poksięgować lub przetłumaczyć długiega maila dla Pera Erika.
A ja sobie siedzę. Zapuściłam na youtube stare kawałki. Takie na przykład Tornero czy Monako znane u nas jako 28 stopni w cieniu. Albo o to, co teraz: Savage Only You. Słucham i jest mi tak smutnawo. Te dyskotekowe piosenki zawsze wzbudzały mój smutek. Zawsze wtedy i teraz nadal. A w sumie to piosenki do tańca czyli niby miałyby by być wesołe, nie?
Jak patrzę za siebie, na minione lata to pamiętam, że zawsze byłam smutna. Nawet wtedy gdy miałam kilkanaście lat i wydawało się (innym, bo nigdy nie mnie), że świat stoi dla mnie otworem i wszystko przede mną.  Nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy, gdy śmiałam się na cały głos. Taki charakter widać.
Dziś jest troszkę inaczej, ale trudno mi powiedzieć o sobie, że jestem wesołą osobą. Zawsze, gdzieś tam na dnie jest ten smuteczek…Taka uroda.
Nieopatrznie obejrzałam „Moje córki krowy”. Za wcześnie. Jeszcze za wcześnie. Może już zawsze będzie za wcześnie.
Chciałabym pojechać wiosną w Bieszczady.
Nigdy nie byłam, a marzę od lat. Przełom maja i czerwca to chyba dobry termin? Jeszcze nie ma tłumów wakacyjnych, a śniegi już chyba zejdą? Chciałabym w okolice Komańczy. Tam, gdzie Grażyna Jeromin-Gałuszka umieściła „Magnolię”.
To trzecie marzenie na nadchodzący rok.
1. Język Trolla z rodziną – planowany na koniec czerwca
2. Spotkać się z Kasią (ta, od nitek), od której w Szwecji dzieli mnie jakieś 500km a w Polsce byłyśmy prawie sąsiadkami wedle szwedzkich standartów .
3. No, a teraz te Bieszczady…
Wszystko realne niby, ale jak przyjdzie co do czego?
…Gerard Lenorman śpiewa mi teraz La Ballade z towarzystwem publiczności. Pamiętam jak Baśka się zachwycała…
…i tak mi się myśli plotą i snują jak dymek z papierosa…

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

98. Być kobietą

Już myślałam, że mam to  z głowy.
Wróciło cholerstwo. Z bólem takim, co wszystkim prochom się opierał, 38 godzin sprowadzonych do wyjącego z bólu strzępu człowieka. 38 godzin bólów porodowych co trzy minuty.
Nienawidzę tego, że mam ciało i fizjologię kobiety.
W głębi mojego mózgu nie mam płci i być może dlatego.
Nie wiem, może w poprzednim życiu byłam facetem pokroju Trumpa czy któregoś z tych rodzimych, polskich? I teraz się na mnie mści karma?
Czy to się naprawdę kiedyś wreszcie  skończy, tak na amen?
Czy przy okazji odejdzie mi obawa o raka piersi, szyjki macicy, jajnika, torbieli, cysty, endometriozy, stanów zapalnych wszelkiej maści i czort wie o co jeszcze?
Taaaa…w trumnie pewnie.
Szlag! Szlag!
Dlaczego wszechświat mnie aż tak nienawidzi?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 98. Być kobietą została wyłączona