42. Ktoś taki jak ty

Właśnie skończyłam pisać moją pierwszą powieść o takim tytule. Gdy kończyłam, w tle grała mi Adele śpiewająca wraz z publicznością „Someone like you”.
Jestem póki co szczęśliwa, że tego dokonałam. Bo do ostatniej kropki byłam pewna, że znowu, jak zawsze zarzucę, porzucę, przeżyję w głowie i nie będę miała zapału by napisać do końca.
Nie wiem czy to jest dobre. Jak pisałam, wiedziałam, że dobre. Teraz wątpię.
Czas pokaże. I kilkoro znajomych.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 11 komentarzy

41. Dokąd zmierzamy?

Tak sobie patrzę na to co się dzieje. Patrzę przez jakiś filtr bo to, co do mnie dociera to są jakieś odpryski tego co pokazują media. Telewizji nie oglądam od lat prawie dziesięciu. Gazet nie czytam trochę krócej i mniej konsekwentnie. Otwieram Wyborczą lub gazeta.pl prześlizguję się po nagłówkach,  więc zawsze coś tam w oko wpadnie. Jak na mój gust wpada i tak za wiele. Ja naprawdę nie mam potrzeby wiedzieć tego wszystkiego. Nie muszę wiedzieć czym zabłysnął jeden sejmowi idiota z drugim parlamentarnym głupcem. Nie muszę wiedzieć jaką formą zabłysnął jakiś pleban czy co mądrego inaczej wymyślił artysta jeszcze bardziej prawicowy. Zresztą lewicowy też nie.
A jednak wpada.
I widzę jak świat się koszmarnie dzieli.
Chrześcijanie-islamiści-inne religie.
Europejczycy – nieeuropejczycy.
Prawica-lewica zdrajców.
Obrońcy życia- mordercy życia.
Kobiety-mężczyźni.

Strasznie to wszystko radykalne, krzyczące, walczące, gotowe w imieniu swych racji zabijać, nawet jeśli tą racją jest ochrona życia.
Straszne jest to, że zalewa naszą ziemię taka fala nienawiści wszystkich do wszystkich. I smutne jest to, że ludzie to tak łykają i coraz bardziej się w to zagłębiają odsądzając od czci wiary wszystko i wszystkich. Gotowi nawet zmieniać historię i ludzi dawno pogrzebanych z honorami teraz wygrzebać z grobu byle tylko móc na nich napluć, bo przez lata zmienił się pogląd ogólny na pewne sprawy.
Jakaś głupota nas ogarnęła, amok jakiś czy co?
Ale najbardziej mnie zaskoczyło, gdy na forum lubimyczytać odkryłam nagonkę na Sienkiewicza. Bo indoktrynuje, bo jest szowinistą, bo …nie pamiętam co jeszcze. Ludzie wręcz z nienawiścią krzyczą, że tego badziewia czytać nie będą.
Noż kurde.
Mogę się zgodzić, że Sienkiewiczowska proza dziś nieco trąci myszką. Dziś, bo 45 lat temu była jeszcze fascynująca i doskonała. Więc co się zmieniło? Czasy, technologia, poglądy akceptowalne. Ale to nie powód by obrażać się na kogoś kto zmarł przed stu laty. Na litość boską, ludzie was już całkiem porąbało w tym wyszukiwaniu wszędzie owej poprawności politycznej?
Naprawdę…trochę zrozumienia dla faktu, że wszystko się zmienia.
Za sto lat, o ile Hawkins się jednak myli,  będą jeszcze inne poglądy głoszone jako poprawne. I to co dziś jest poprawne, wtedy będzie zapewne passe i co z tego?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

40.

Nie ma tak, że spoczęłam na laurach i pisać przestałam. Zwyczajnie: życie daje w kość.
Albo obdarza niespodziewanymi atrakcjami.
Teraz na przykład atrakcja zwie ROT. Wiecie co to jest? Jak nie wiecie, uwierzcie, nie chcecie wiedzieć. Ale i tak powiem.
To z angielskiego, nie mogę teraz znaleźć znaczenia po angielsku, ale po polsku oznacza remont, przebudowa, dobudowa. U mnie, w praktyce oznacza, że przez najbliższe osiem tygodni będę pozbawiona: wody oraz dostępu do ustępu: auć!  Oprócz tego nie będę miała łazienki: eee, tam, jakoś przeżyję, oraz: kuchni (Hurra, hurra, hurra!). Okresowo mogę być pozbawiona prądu: auć! W pozostałych rolach: kurz, jeszcze więcej kurzy, dużo więcej kurzu. Oraz pętający się po mieszkaniu, a dokładnie po łazienkach, kuchni i przedpokoju obcy. Pięć dni w tygodniu od 7 do 16.  W roli głównego przeszkadzacza: młot pneumatyczny i spółka.
Pisząc po ludzku: generalny remont kuchni i łazienek. Pomieszczenia te zostaną całkowicie oczyszczone ze znajdującego się tam wyposażenia, będą nowe rury kanalizacyjne, nowa instalacje wodna oraz elektryczna, na to pójdą nowe tapety, a na to nowe kibelki, umywalki, prysznice (żegna wanno) w łazienkach, nowe szafki, kuchenki, lodówko-zamrażarki zlewozmywaki itp. w kuchni.
W związku z powyższym należało te pomieszczenia całkowicie opróżnić. Oraz korytarz, bo wiadomo: kurz, przenoszenie ciężkich lub niewygodnych przedmiotów.
Masakra!
Po co nam tyle rzeczy?! Po co mi 3 rodzaje kieliszków do wina? Stare, fikuśne filiżaneczki, talerzyczki spod nich, zapasy żarcia typu kasza i fasola, sterta blaszek do pieczenia, jakieś inne drobne niby narzędzia kuchenne? Po co mi te obrusy? I…nie wiem co jeszcze. Trzeba było to wszystko posegregować i to co rzadko używane wynieść do piwnicy. Przedtem jeszcze spakować.
Więc ostatni tydzień upłynął nam na pakowaniu, pakowaniu i pakowaniu z największym szaleństwem wczoraj. W zasadzie przez ostatnie dwa tygodnie nie mogłam zająć się niczym innym tylko tym.
Tak mi to nadojadło, że w sumie się cieszę, że to się już jutro zacznie. Tośkę wyekspediuję do córki, wezmę komputer pod pachę i pójdę pracować w bibliotece. Cisza, spokój, nikt nie łazi, nie zagaduje co chwila…Bosko. Jeden problem. Jak przetransportować do biblioteki i z powrotem dwa komputery oraz kilka segregatorów?
…nie pytajcie dlaczego dwa…
Maj się zrobił oszałamiający, cały tydzień świeciło słońce, przyroda dostała przyspieszenia, ptaki się wydzierają, mewy najbardziej, drzewa kwitną wszystkie na potęge oraz zakwitły mlecze. Dopiero sobie uświadomiłam, że bardzo lubię mlecze. I te żółciutkie jak kaczuszki i te puchate kulki.
Jedno „ale” w tym szczęściu to wiatr z północy, lub północnego wschodu czyli zimny lub lodowaty. Bywają chwile, że ucicha, ale nad jeziorem nie da rady bez czegoś cieplejszego a ja nawet lubię naciągnąć cienką czapkę na głowę.
Za miesiąc jadę do Polski. Z mężem, ale z nim tylko tylko jadę i wracam. On będzie w Miasteczku, ze swoją matką, ja głównie w Olsztynie, ale do Miasteczka też wpadnę, na cmentarz oraz do staruszków ciotek i wujków.
Heh. Mojemu kuzynowi ostatnio urodził się synek. Niby nic dziwnego, ale kuzyn jest starszy ode mnie o jakieś dziesięć lat, a jego synek będzie młodszy od jego wnuków. Ba! Jego żona jest młodsza od jego wnuków…albo w podobnym wieku. Trochę śmiesznie, trochę strasznie, ale z drugiej strony…Czemu miałby nie dostać od życia choćby chwili czegoś dobrego.
Złośliwa ciotka Wanda będzie po swojemu komentowała „to genach, kochana, to w genach”. A ja zmilczę i nic nie powiem o jej zięciu czy wnukach, którzy tez jeszcze rózne rzeczy mają przed sobą,  bo po co? Pośmieję się i pocieszę w duchu, ciotka mimo dobiegania do osiemdziesiątki wygląda i zachowuje się jakby miała lat sześćdziesiąt.
Ciocia i wujek W. będą się znowu tak ładnie cieszyć, że przyszłam, że pamiętam. I będą mówić do mnie tak ładnie: „Kasiuńka”. Na stół wyjedzie herbatka i ciasto, talerzyki, filiżanki, serwetki. W tle będzie grał telewizor z tureckim serialem, stary zegar będzie machał swym wahadłem,a za oknem będzie ten sam widok na Łynę i wzgórza porośnięte lasem. Kuzynka będzie gadała o wszystkich z rodziny, jej mąż wrzuci kilka słów o tym co czytał…
A ja się poczuję jak w domu. Akceptowana i zaopiekowana.
Musiało minąć tyle lat, musiałam doznać straty tylu osób, by dotarło do mnie, że co z tego, że oni głosują na PiS, że dyktują co mam robić (a pomnik kiedy zmienisz?- słyszę w głowie głos ciotki Wandy), by dotarło do mnie, że to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Znaczenie ma, że pamiętają mnie jako małą Kasię i do dziś mają dla mnie tamtą czułość i uwagę. Nie, wcale nie wyjątkową, oni po prostu tacy są dla wszystkich. Dziś, po latach, wreszcie wiem dlaczego najbardziej na świecie lubiłam być u nich w domu. Dlaczego byli moimi najukochańszymi wujkiem i ciocią. I dlaczego było mi tak trudno powiedzieć które z nich kocham bardziej.
Więc pojadę, wytarzam na warmińskim łonie, bo powiem wam, że Szwecje, Szwajcarie, Włochy, Finlandie i wszelkie inne wielkie światy…a dla mnie najpiękniejsza na świecie jest moja Warmia.
Strasznie tęsknię.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarzy

39. Najważniejszy człowiek w życiu

Upewniwszy się u źródła, że nic się nie zmieniło i tekstem mogę dysponować swobodnie podaję do publicznej (prawie) wiadomości tekst, który znalazł się w szczęśliwej dwunastce. Przypominam: dyskwalifikacja z powodu nie mieszkania na terenie RP.
Ostrzegam: potrzebne będą chusteczki.

Baśka

Rybka ma pod spodem dziurkę. I jest pomarańczowo-zielona z wytłaczanymi łuskami.
– Masz dziś imieniny – mówi Baśka.
Pstryk.
Ganiamy się z Baśką dookoła okrągłego stołu. Pociągam róg serwety, a ta zjeżdża z lakierowanego blatu. Wraz z nią wazon.Brzdęk. I po wazonie. Baśka mówi rodzicom, że to ona go zbiła. Milczę pełna strachu, że rodzice poznają, że Baśka kłamie, bo gdy kłamie jej usta się lekko wykrzywiają.
Pstryk.
Idziemy z przedszkola. Baśka jest duża: już chodzi do szkoły. Ma tornister i granatowy fartuszek z białym kołnierzykiem. I klucz na szyi. Mama i tata pracują. Dlatego Baśka zabiera mnie z przedszkola. Idziemy do domu a potem do osiedlowej świetlicy.
Pstryk.
Baśka mówi:
-Już jesteś taka duża, powinnaś umieć pisać swoje imię. Patrz.
Kawałkiem patyka gryzmoli na ziemi litery.
-Tak się pisze twoje imię- literuje.
Potem w tym samym miejscu, wodząc patykiem po literach powtarzam jej ruchy i literuję jak ona:
-K-A-S-I-A.
Pstryk.
Noc, krzyki. Mama stoi w przedpokoju, z jej nosa płynie krew. Płacze i przeklina. Nad nią chwieje się sylwetka ojca. A pomiędzy nimi mała figurka Baśki, zasłaniająca mamę.
-Tatusiu nie bij mamy, tatusiu. – Słyszę jak powtarza raz po raz. A ojciec mówi bełkotliwie:
-Basia, odsuń się. Odsuń się, Basia.
Boję się. Że się przewróci, albo że znowu jego pięć wyląduje na brzuchu mamy, albo na Baśce, bo jej nie zauważy.
Uchylam drzwi na klatkę schodową i krzyczę w ciemność:
-Ratunku!
Pstryk.
Jesteśmy same w domu. Baśka zdejmuje z kuchenki ciężki gar pełen wrzątku. Będzie zmywać naczynia, bo Baśka lubi pomagać mamie. I naraz garnek wysuwa się jej rąk, leci na podłogę chlapiąc wrzątkiem.
Pstryk.
Idziemy do szpitala -mama, tata i ja. Baśka leży pod oknem, ma zabandażowaną nogę. Wokół jej łóżka kręcą się ciocie. A ja, wiedziona nieomylnym instynktem, zaglądam do jej szafki przy łóżku. Pełno tam słodyczy.
-Ale masz fajosko – mówię pełna zazdrości. Dorośli się ze mnie śmieją. A Baśka mówi:
-Weź sobie co chcesz.
Pstryk.
Idę z Baśką do szkoły, pierwszy raz. Baśka trzyma mnie za rękę.
-Dostaniesz lizaka- obiecuje.
Pstryk.
-Musisz się zapisać do biblioteki – mówi Baśka. – Chodzisz do szkoły to możesz już sobie sama czytać.
Pstryk.
Baśka staje przed Grubą Anką, która przerasta ją o głowę, choć to Baśka jest starsza. Baśka już jest w trzeciej klasie. Jest DUŻA choć niewiele ode mnie wyższa. Gruba Anka i jej koleżanka Iwona, moje koleżanki z pierwszej klasy, stale mi dokuczają.
Teraz Baśka stoi przed Anką i mówi groźnie:
-To ty dokuczasz Kaśce?
-To nie ja, nie ja, to Iwona – krzyczy Anka i zaczyna uciekać.
Baśka staje przed Iwoną, która nie czekając na pytanie również zaczyna uciekac i krzyczy przez ramię:
-To Anka, to Anka!
Pstryk.
Baśki nie ma. Wyjechała na ferie. Idą święta, firanki pozdejmowane, a w łazience huczy pralka. Oglądam jakiś film w telewizorze, który mamy od niedawna. Serce mam ściśnięte z wrażenia, bardzo się denerwuję tym, co za chwilę wydarzy się na ekranie. Jęczę:
-Baśkaaa- i wtedy przypominam sobie, że przecież wyjechała.
Pstryk.
Na wsi, u babci, gdzie spędzamy wakacje i ferie, wszyscy się zachwycają Baśką.. Baśka jest śliczna, a w dodatku dobrze się uczy. Ma same piątki na świadectwie. I jest pracowita. To ona sprzata i gotuje w domu, bo mama dojeżdża do pracy i wraca późno. Nic dziwnego, że każdy ją lubi. Przecież to Baśka. O mnie ojciec mówi, że na pewno nie skończę nawet zawodówki bo jestem leniwa.
A matka:”nieudałota”.
Pstryk.
-Baśka, co teraz będzie? – szepczę przerażona. W pokoju lekarz i pielęgnierka próbują przywrócić naszego ojca do życia.
Pstryk.
-Basia, ja i pan Stach postanowiliśmy wziąć ślub – mówi matka.
-Ale my z Kaśką nie będziemy mieszkały na wsi – zastrzego Baśka natychmiast – Prawda Kaśka?
-Ale to jak..? – matka ma popłoch na twarzy.
-Tu zostaniemy, ja dopilnuję Kaśki. Przecież mam już prawie 18 lat.
Pstryk.
-Baśka, znowu nie byłaś w szkole! – krzyczę od progu.
Podnosi się z wersalki, widzę jej szklany wzrok. Znowu piła.
-Chodź, dam ci obiad. A tam masz talon na buty, idź i kup sobie te kamasze.
Pstryk.
-Jak mogłaś tuż przed maturą zawalić wszystko? Co teraz zrobisz? – denerwuje się matka.
-A czemu ty nic nie powiedziałaś? -odwraca się do mnie.
Pstryk.
-Po moim trupie! -wrzeszczę – Po moim trupie wyjdziesz za mąż za tego…parobka!
-Ale o co ci chodzi? Na co mam czekać? Mam prawie 24 lata- broni się Baśka.
-Zwariowałaś?! To co, że masz 24lata? On nie ma żadnej szkoły, nawet mówić poprawnie nie potrafi, o czym ty z nim będziesz rozmawiała? On pewnie w życiu książki w ręku nie miał!
Dławię się złością.
Pstryk.
-Co?! I jeszcze książeczkę mieszkaniową sprzedałaś, żeby ugościć bandę pijaków? – wydzieram się do matki.
-No przecież wesele trzeba zrobić- broni się.
Patrzę na nią z pogardą
-Jakie wesele?! O czym ty mówisz? Dlaczego ty jej pozwalasz wychodzić za mąż za tego parobka?!
Matka wybucha.
-Jesteś zazdrosna! Wstydu nie masz! -wrzeszczy tak przez dłuższą chwilę- Możesz już do mnie nie mówić mamo! -rzuca na sam koniec.
Pstryk.
-Baśka, jeszcze masz czas, możesz się rozmyślić, ślub cywilny łatwo unieważnić, kościelnego już nie – mówię ze śmiechem. Gromadka ludzi parska śmiechem. Większość z nich chyba wie, że choć się śmieję, mówię całkiem poważnie.
Pstryk.
Idziemy noga za nogą. Muszę dopasować mój krok do drepcącej obok mnie dziewczynki. Mała łapka mojej siostrzenicy ufnie spoczywa w mej dłoni.
-Ciociu,a dzie idziemy?
Patrzę na nią z góry i widzę oczy Baśki.
Pstryk.
W Urzędzie Stanu Cywilnego są wszyscy znajomi mojego (od teraz) męża i moi. Nasze matki. Tylko mojej córeczki nie ma. Jest w szpitalu.I Baśka nie przyjechała.
Pstryk.
Chrzciny syna. Baśka jest chrzestną.
Pstryk.
Pstryk.
Pstryk.
Wyjeżdżam z Polski. Bilet mam w jedną stronę. Niby to nie taki sam drmat jak dwadzieścia lat temu, ale i tak niełatwo. W czasie kilku godzin na lotnisko odbieram telefony i smsy od wszystkich znajomych. Dodają otuchy, zapewniają, że odległość nic nie zmieni. Przecież granice są tylko umowne w zjednoczonej Europie.
Ale smutek nie pierzcha. I Baśka nie napisała.
Pstryk
Upał jest taki, że nie ma czym oddychać. Baśka ma szkliste oczy. Alkohol czy łzy? Łzy prawdziwe czy alkoholowe?
Ściska mnie swoimi chudymi, żylastymi ramionami.
-Kaśka, Kasia…
Odsuwa się i znowu przysuwa.
Widzimy się i rozmawiamy pierwszy raz od kilku lat. Przyjechałam do Polski, bo wkrótce ma przyjść na świat moja wnuczka.
Patrzę na moją siostrę. Co z tego, że nie ma zębów, a wokół oczu zmarszczki? I tak jest najpiękniejsza na świecie, gdy tak patrzy na mnie, a w oczach ma uśmiech.
Pstryk.
Szpital.Woń jedzenia, leków, chemii i choroby.
Baśka na mój widok otwiera szeroko oczy.
-Kasia – woła słabo a ja, niepomna na wszystko, dopadam jej łóżka, ściskam drobną, białą dłoń. Basi prawie nie ma, sa tylko te przenikliwie niebieskie oczy w małej, wychudzonej twarzy. Przytulam ją ostrożnie, żeby nie sprawić bólu, nie uszkodzić świeżej rany pooperacyjnej. Dopiero po chwili dociera do mnie pociąganie nosem.
Pstryk.
-Baśka…-zbieram się na odwagę
-Jesteś, zawsze byłaś dla mnie najważniejsza na świecie. Tam, gdzie inni wspominają matkę czy ojca ja mam zawsze ciebie. Kocham cię. – chlipię do słuchawki. I słyszę, że ona też chlipie.
-Ja też cię bardzo kocham. I ty też zawsze byłaś dla mnie najważniejsza.
-Baśka, jeszcze tylko dwa tygodnie i przyjadę
-Będę czekała – mówi, a głos ma jasny. Tak jasny, że chcę uwierzyć w cud.
Pstryk.
-Ciociu, musisz wiedzieć co zobaczysz, żebyś się nie wystraszyła -uprzedza mnie siostrzenica.
Słucham. Nastawiam się. Muszę.
-Ona czeka na mnie – mówię cicho.
-Tak, mama czeka już tylko na ciebie- potwierdza siostrzenica.
Pstryk.
Pogrzeb był w dniu, w którym startował mój samolot odwożący mnie z powrotem za Bałtyk. Opowiadała mi potem siostrzenica, że gdy już zasypano ziemię i ułożono wszystkie wianki i kwiaty, z nieba zaczął padać śnieg. Ktoś podniósł głowę i powiedział:
– No, Baśka już w niebie. Zobaczcie: znowu sprząta.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 20 komentarzy

38. Chwalę się

Przedwczoraj dostałam ciekawego maila.
Od dwóch dni mam w środku uśmiech.
I myślę o podobnej sytuacji sprzed lat ponad dziesięciu. Wtedy po radości, przyszedł zawód. Bo dlaczego TYLKO tak, bo eee, lepiej byłoby wcale, i w ogóle może to tylko na pocieszenie itd…
Dziś widzę ogromną pracę jaką wykonałam od wtedy.
Dziś mam w sobie tylko radość. Zadowolenie. I takie…No, zrobiłam kawałek czegoś dobrego, fajnie, że ktoś to zauważył.
Co się stało?
Ano to:
Szanowna Pani,
zwracamy się do Pani w związku z udziałem w konkursie Akademia Opowieści.

Na posiedzeniu kapituły konkursu [11 kwietnia] Pani opowiadanie znalazło się na liście opowiadań wybranych spośród 1655 historii jakie dotarły do nas w związku z konkursem „Najważniejszy człowiek w moim życiu”.

Mimo że kapituła pod przewodnictwem Włodzimierza Nowaka, w skład której weszli Maria Sadowska, Jacek Dehnel, Lidia Ostałowska i Tomasz Pietrasiewicz, nie przyznała Pani nagrody pieniężnej, to jednomyślnie uznała, że Pani opowiadanie zasługuje na nagrodę w postaci publikacji w Dużym Formacie.(…)”
Już wkrótce lista dwunastu nazwisk.
A publikacja …jak będzie to też dam znać.

Wasza dumna i zadowolona
KasiaP

UPDATE
„…złamała Pani regulamin, który mówi: „Uczestnikami Konkursu mogą być osoby, które ukończyły 15 lat, które nie zostały pozbawione zdolności do czynności prawnych zamieszkałe na terenie Rzeczpospolitej Polskiej”.
Czyli sława jeszcze nie tym razem. I o.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 16 komentarzy

37. a tak ładnie żarło…

i zdechło.
eM wylądował w szpitalu. Najpierw dwa tygodnie temu. Potrzymali, podali leki przeciwbólowe, coś tam pomajstrowali przy jelitach, coś nacięli, wycięli, przeszyli. Wysłali do domu w piątek. W niedzielę znów Akutmotagning czyli chyba odpowiednik SORu, stamtąd na oddział. We czwartek zoperowali porządnie. Czyli otworzyli brzuch, czego się obawialiśmy. Choć nie to było najgorsze. JA bym chyba wolała, żeby mu ten brzuch na krzyż i jeszcze w poprzek pokroili byleby tylko diagnoza nie brzmiała tak, jak zabrzmiała.
Crohn. Jednak. Cholerny !@$%!!! Crohn. Diagnoza jeszcze nie potwierdzona, jeszcze wycięty kawałek idzie do badania, więc jest nikła, niklusieńka nadzieja, że jednak zwykłe powikłanie, a nie Crohn. Oby. Wczoraj po południu zabrałam go do domu.
W ten sposób olałam święta. Albo może nie olałam, ale zrobiłam po mojemu.
Okno umyłam u siebie w pokoju, ale tylko dlatego, że przestawiałam łóżko i się wreszcie dojście zrobiło.
Narobiłam gar gołąbków, żeby mieć ze dwa dni luzu od gotowania. Sałatki małą miskę, bo eM choć może jeść wszystko to je malutko i ostrożnie. A swoją drogą… Operowali go we czwartek po południu a już wieczorem kazali mu zacząć jeść WSZYSTKO na co ma ochotę! Łącznie z niskoprocentowym piwem, które mógł dostać nawet w szpitalu! Czy ktoś to pojmie?!
Kiedy za pierwszym razem po zabiegu natychmiast dali mu normalny obiad to szczękę zbierałam z podłogi i już leciałam robić raban, że się personel pomylił. Nie pomylił. Człowiek po operacji ma mieć siłę, żeby zdrowieć. Siła idzie z jedzenia. Zatem człowieku jedz wszystko na co masz chęć.
Ciekawam. Czy w Polsce nadal panuje barbarzyński zwyczaj karmienia pacjenta po operacji kleikami?
Nie zaprosiłam Misi z rodziną na święta. Nie zadbałam o ulubione pierożki dla córci, pieczone mięsko dla synusia, malowanie jajek i zabawę kolorami dla wnusi, polskie danie dla zięcia. Jestem potworem.
Zadbałam o siebie. I to, bym chodząc przy/do leżącego męża sama nie padła na pysk.Tym bardziej, że o ile wszyscy w Szwecji świętują od piątku (Wielki Piątek jest na czerwono) to ja mam, jak zawsze, tylko tę jedna niedzielę. Pozostałe dni wstaję jak mleczarz i roznosiciel gazet (choć oni w soboty mają wolne).
Zagryzam zęby w tej pracy  i odliczam dni. Byle do końca maja. Potem idziemy w inne miejsce, bo tu się umowa skończyła. W tym innym miejscu jeszcze nie wiem co i jak, ale jedno wiem: soboty i niedziele będą wolne. Oraz nie będzie pracy przed godziną 6.
Alleluja.
I o.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 10 komentarzy

36. Czy to warto być „w porządku”?

Zadzwoniła wczoraj znajoma znajomej. Bo ona ma firmę i usłyszała, że się zajmuję księgowością, i ona sobie pomyślała …a w ogóle to jak rozliczam samochód w firmie.
Odpowiedziałam.
Pogadałyśmy chwilę o księgowości. Potem ona zaczęła zadawać pytania o cenę, o przygotowanie dokumentów i już, już chciałam przyklepać naszą wspólna przygodę, gdy coś mnie tknęło i zapytałam:
– A ta księgowa, którą teraz pani ma to nie mówi po polsku?
– Mówi, mówi…Nie, z tym nie ma problemu…Tylko wie pani, Iza powiedziała, że pani robi i pomyślałam, że może by mi pani to robiła? Bo ja i tak wysyłam dokumenty 250km to co mi za różnica?
I tu, zamiast pociągnąć temat, zapytać co jej nie gra, wygłosiłam jej coś w tym stylu:
– Proszę pani. Proszę się zastanowić czy pani potrzebuje zmieniać księgową. Jeżeli ta, z którą współpracuje pani teraz nie jest dużo droższa niż ja, nie jest jakoś specjalnie wymagająca w kwestii przygotowania dokumentów, nie popełnia błędów i robi wszystko na czas to naprawdę proszę się zastanowić.  My księgowe nie możemy naginać prawa ani go tworzyć, musimy trzymać się przepisów i cudów nie czynimy. Jeżeli pani obecna księgowa nie chce np. księgować czegoś to ja zapewne też tego nie zrobię. Chyba, że się pani uprze i mi napisze polecenie, wtedy mogę pani zaksięgować nawet wczasy na Kanarach, bo to i tak pani będzie w razie czego się bronić w czasie kontroli. Ale generalnie jest tak, jak powiedziałam. Proszę pomyśleć, jak się pani zdecyduje to zapraszam.
Tak jej powiedziałam, albowiem uznałam, że odbieranie jakiejś rzetelnie pracującej dziewczynie klientki  jest nie fajne. Pamiętam jak poczułam się zdradzona, jak było mi bardzo przykro, gdy klient „Nie-Orzeł” bez jakiejkolwiek rozmowy po prostu przysłał mi wymówienie. I, że nie chciałabym zrobić tego jakiejś innej dziewczynie. Rodaczce w dodatku.
A teraz chodzą po mnie refleksje.
Że głupia jestem, bo ktoś inny nie będzie miał skrupułów i przejmie nie tylko tę klientkę, ale i jeszcze może kogoś z moich jak będzie miał okazję. I czy to warto być przyzwoitym, stosować zasady fair play w świecie, gdzie coraz mniej osób to robi.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarzy

35. O jeden pedał za daleko

Czy ja się publicznie chwaliłam, że jestem światową ofermą nr i :
1. Nie umiem pływać
2. Po angielsku toże niet
3. oraz prawa jazdy nie posiadam.
Dobrze, że choć komputer obsługuję i to chyba nieco lepiej niż przeciętna Polka w moim wieku.
Z pływaniem się poddałam, bo bez tego da się żyć.
Z angielskim walczę na swój własny sposób, bo regularna szkoła mnie zniechęciła. Choć mogłabym wrócić, czemu nie? Ale ostatecznie tyle co umiem w razie czego wystarczy + oczywiście google translate…
Natomiast życie bez prawa jazdy w Szwecji staje się coraz bardziej uciążliwe. Szczególnie zimą. Oraz szczególnie latem.
Zimą, bo zapitalanie w czarną noc rowerkiem pod wiatr 3km w jedną i 3 km w drugą stronę bywa mało fajne. A należy pamiętać, że zimą, w Szwecji mrok i wiatr w oczy to w zasadzie norma i żadna tam atrakcja dodatkowa. Dodatkowa atrakcją może być padający poziomo śnieg-grad. Albo np. taka ni to mgła-ni to mżawka przy temperaturze -1. Wtedy się tak ładnie, równiutko układa warstwa lodu. Można upaść na głowę, nie? Co poniektóre już upadły… Możliwe, że to jest skutek.
Latem też nie fajnie. Choć ciemności odpadają, ale nie wiatr. I nie deszcz. Albo inaczej: pogoda jak dwon, zachody i wschody słońca takie, że klękajcie narody. Aparat sam gotów zdjęcia robić a tu lipa. Rowerem? Skuterem? 30km na tę fajną plażę? Na te fajne skały?
Kierowca w domu niby jest, ale…Sami wiecie.
Koleżanka Kasia ostatnio pisała, że była na szmaciono-wełnianych targach. I chłopa ze sobą wzięła! I kto tu zimą na głowę upadł? Chłopa to można do wędkarskiego zabrać jak se człowiek chce błyskotkę kupić, ale na targi szmaciane?
Czyli prawo jazdy mus mieć. Bo inaczej człek bez życia towarzysko-rozrywkowego zostaje. Nie, no do pracy też by się przydało…
No to postanowiłam, że koniec tego, trzeba wreszcie zrobić.
Poszłam na jednodniowy kurs, razem z mężem poszłam, bo on miał mi być nauczycielem.
Kurs odbyli, pieniądze zapłacili, dokumenty stosowne dostali…
Co z tego jak październik był. Ciemno, pada, podmarza. Potem przyszła zima. Potem eM był w takim stanie, że właściwie jedene co mógł to leżeć. A, bo zapomniałam powiedziec, że to nie w 2016 ten kurs zrobiliśmy. I nie w 2015, jeżeli dobrze pamiętam. Yanek do Sztokholmu akurat wyjechał. Chyba zatem w 2014…Uuuu…w październiku zatem miną 3 lata z dozwolonych pięciu.  W międzyczasie zmieniliśmy auto. Na lepsze, większe.
Chłop od roku niemal zoperowany, wiec jakby zdrowszy. Tylko mnie zapał skisł. Bo nasze jeżdżenie jakoś takie. Dwa dni jeżdżenia, potem przerwa tydzień, dwa…i od poczatku zaczynam od początku. Przerwa, bo…praca, bo zmęczony, bo głowa boli, bo Panna S niespodziewanie, bo coś tam, coś tam…A tak naprawdę dlatego, że w głębi duszy boję się i nie wierzę, że ogarnę te durne trzy pedały, jedną wajchę i kilka guziczków. Pal diabli wajchę i guziczki. Ale te pedały! Jeździłam w Polsce jeszcze golfem…nie wiem ile kilometrów, zrobiłam kurs w Polsce, wyjeździłam 20 godzin, tu też ileś godzin wyjeździłam…I wciąż mi się myli gaz z hamulcem i sprzęgłem. A jak dojeżdżam do skrzyżowania, to nigdy nie wiem mam to sprzęgło wciskać, nie wciskać, hamować czy nie? eM zaczyna wrzeszczeć bo lecimy na rondo pełnym pędem, a tam inne auta, a ja tracę wzrok i już nie wiem co robię, coś depczę w efekcie czego samochód robi kangura, po czym gaśnie tarasując rondo. Bosko. I tak za prawie każdym razem. Noż..!
Zaczęłam zgłębiać zjawisko. Wszak skuterem jeżdżę, nie? Specjalnie na mnie nie trąbią, szkody jak dotąd (tfu!) nikomu nie zrobiłam, skuterem znaczy, bo samochodem a jakże. Raz się wywaliłam tylko, ale lód właśnie był. Jeżdżę i nie ma problemu. Jeżdżę po całym mieście, staram się jeździć przepisowo czyli nie pod prąd i nie po chodnikach, ustępuję pierwszeństwa, wymuszam je gdy mi się należy, skręcam w lewo, w prawo i co tam jeszcze. Czyli jeżdżę tak, jak się po ulicach normalnie jeździ. Tyle, że mam prawo jeździć do 25km/h. Bo bez prawa jazdy i skuter bez tablicy.
No i co z tego? W mieście mało kto porusza się szybciej bo obowiązuje ograniczenie do 40km/h, a dodatkowo 70-80-90-latki za kierownicami, którzy wciąż mają problem z prawem pierwszeństwa na równorzędnych skrzyżowaniach (czyli prawie wszystkich) też wymuszają jazdę wolniejszą i ostrożniejszą.
Czyli skuterem jeżdżę a samochodem nie? Dlaczego?
Gabaryty, ograniczona widoczność? Tak.
No i te cholerne trzy pedały. Jak mam się skupić na tym żeby nikogo nie zabić jak mam się jednocześnie skupić na tych cholernych pedałach? Nogami w dodatku! Jakbym może mogła rękami..?
Dobra, wrzeszczący w stresie eM też nie pomaga. Wrzeszczący albo pouczający mnie.
Ja jestem Zosia-samosia. Nie znam w swoim życiu przypadku, żeby mnie ktoś czegoś nauczył, czego, co wykonuje się manualnie. Ja mam kiepską koordynację psycho-ruchową, piłki nigdy nie umiem złapać ani nie umiem rzucić tak, by poleciała gdzie trzeba. Mam też kiepski refleks, a stres mnie go kompletnie pozbawia. I jak ja w takiej sytuacji mam ogarnąć, że noga z gazu, druga na sprzęgło, trzecia na hamulec na wszelki wypadek, ręka na wajchę a oczu najlepiej na słupki. A wszystko w ułamku sekundy. Noż…! Co ja automat jestem?!
Automat nie jestem. Ale może to jest wyjściem. Automatem się nie stanę, ale może to dla takich jak ja tę skrzynię wymyślili? Tam jest w skuterze, albo jak w maszynie do sprzątania: gaz i hamulec pod nogami. Wajchę przestawiasz raz i koniec.
Może to wyjście? Jeżdżąc skuterem nauczyłam się jako tako oceniać droge hamowania, ruch dookoła. Może jak pozbędę się tego cholernego pedała to wreszcie coś z tego wyjdzie?
Podzieliłam się z mężem sugestią. EM ma jakąś ansę do automatycznej skrzyni, więc entuzjazmem nie zapałał. A bo może lepiej bym zdała egzamin na skuter i kupiła auto wolnobieżne i tak się podszkoliła. Bo co manualna to manualna.
Sorry mój drogi, ale trzy razy robiłam po twojemu. Tym razem – chcę spróbować po mojemu. Nikki Lauda i tak nie zostanę.
Znajdę i kupię SOBIE małe autko. Coś jak Corsa. Albo Smart. Z automatyczną skrzynią. Małe, niezbyt młode, z małym silniczkiem i na benzynę, żeby mnie fordonskatt nie zjadł.
Em usiądzie z boku, jako dama do towarzystwa, bo inaczej mi nie wolno. I ruszymy. Powolutku. Po mojemu. Może wreszcie zadziała?
Bo teorii się nie boję. Nawet po szwedzku.
Ma to sens?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 20 komentarzy

34. Wstawaj, szkoda dnia

Obudziłam się z Dwa plus Jeden w głowie.
Nareszcie świt zastąpił noc
powietrze świeże, jak po burzy
Więc po co chowasz twarz pod koc
dzisiejszy dzień się nie powtórzy

Czekają gry nierozegrane
czekają sny niewypełnione
czekają wiatry nie schwytane
a każdy woła w twoją stronę:
Wstawaj, szkoda dnia!
Wstawaj , szkoda dnia!

Stare piosenki mają jednak to coś. Słowa i muzyka, aranżacje. Artyzm w czystej postaci. Dziś rynek muzyczny trwa na zasadzie „Każdy śpiewać może”. Jak nie może, to się mówi, że ma charyzmę, które to określenie jest eufemizmem na robienie z siebie cudaka, i może.
Ech…

Smętnie spoglądam na nie przestawiony od pół roku zegarek i myślę sobie, że za tydzień czas się nareszcie będzie zgadzał i że będę się musiała oduczyć odejmowania jednej godziny. Tak, właśnie za tydzień następuje zmiana czasu, właśnie za tydzień. Kiedy nareszcie zaczęłam budzić się tuż przed budzikiem, kiedy mój organizm nareszcie się wyregulował i, przepraszam, jelita znowu zaczęły podejmować pracę o zwykłej dla siebie porze. Przepraszam, że poruszam sprawy tak trywialne, ale Ciało Kaśki strasznie nie lubi zmian, zwłaszcza we wczesnych godzinach porannych. Dusza Kaśki też nie bardzo.
A tu znowu nam zaburzą, dranie. Gdybyż jeszcze ktokolwiek umiał wytłumaczyć przekonująco DLACZEGO. Czytałam kilka teorii, każda ma luki w logice. Czyli robi to pół Europy, ale nikt nie wie dlaczego. Co za bzdura.

No, ale tymczasem wiosna.
Panna S odkrywszy kwitnące pod sąsiednim blokiem krokusy wpadła najprawdziwszy zachwyt i kazała siebie oraz swoją Tosię uwiecznić w tych kwiatkach. Wzruszające było patrzeć jak dziecko stąpa ostrożnie, na paluszkach, żeby rozsypanych po trawniku kwiatków nie zdeptać.
Zdjęcie z telefonu, ale wyszło nad podziw dobrze.
Ten tydzień przeleciał mi nie wiem kiedy…
Poniedziałek spędziłam z takim jednym rodakiem w poczekalni ośrodka zdrowia. Rodak, który w ramach kontraktu pracuje teraz z eM, zaprószył sobie oko, coś się wbiło i lipa.
Spędziłam pięć czy sześć godzin w towarzystwie zupełnie obcego mi człowieka, bo człek ten, przyjeżdżając na kontrakt, szwedzkiego znać nie potrzebuje, angielskiego też nie za wiele. I okej, ja to doskonale rozumiem. To znaczy, nie, nie rozumiem, bo pracując na kontraktach to bym choć się starała angielskiego nauczyć, żeby móc cokolwiek, no ale wiem, że nie każdy ma w sobie „tę moc”. Natomiast  kompletnie nie rozumiem ludzi takich, jak ci, których w owej poczekalni spotkałam. Też rodacy. Mieszkają tu, pracują tu, dziecko tu chodzi do szkoły, chcą tu być. I ani w ząb szwedzkiego. Syn trochę…Bez komentarza.
W środę byłam na pokazie zdjęć „Pojechać na Antarktydę” Jana Gustafssona.
Tu link do strony tego pana, w dolnym rzędzie kilka zdjęć właśnie z Antarktydy:
http://www.jangustafsson.se/bildvisningar.htm
Zdjęć nie było za wiele, opowieści więcej. Dowiedziałam się przy okazji kilku ciekawych rzeczy.
1. Taka wyprawa kosztuje mniej więcej tyle, co nowy, średniej klasy samochód.
2. Antarktyda, wcale nie jest biała, tak jakby człowiek oczekiwał w krainie śniegu. Okazuje się, że zamarznięta woda może przybierać kolory turkusu, błękitu aż do intensywnego lazuru.
3. Pingwiny są różne. Małe, większe, duże. Biało-czarne, ale i kolorowymi znaczeniami. A mnie wydawało, że pingwin to pingwin, jeden i ten sam wzór powielony tysiące razy. A tu nie!
4. I najciekawsze.Wiecie, że nim się zejdzie na Antarktydę to trzeba przejść oczyszczanie? Pomoczyć buty w czymś tam, odkurzyć się…Nigdy nie pomyślałam.
A jeszcze w środę rano przebiegłam się z kijami, które, od lipca chyba, stoją w kącie.
Niestety…Sfatygowana przed kilkoma laty stopa w tym roku oszalała i boli jak wściekła. Nie tylko na tej wrażliwej zewnętrznej krawędzi, ale cała, łącznie z kostką. Chodzenie normalne jest bolesne, a już chodzenie na sportowo…
Ale oto znowu słońce, i kije mnie wołają znowu. Ulec? Będę potem płakać…
We czwartek zastępowałam koleżankę, co rozbiło mój poranek, a zatem i cały dzień.
A w piątek czekałam na Pannę S.
Generalnie cały tydzień snułam się z kąta w kąt. Senna, rozmamłana, ziewająca, z drapaniem w gardle. Ożywiałam się dopiero, gdy trzeba było iść spać. Odkryłam, że umiarkowane wiosenne temperatury mają jeden pozytyw: można nosić trampki palladium i nie odparzać stóp. A kocham moje piaskowo-różowe palladiumki. Są mega wygodne, trzymają obolałą stopę w ryzach, podeszwę mają grupą i nie całkiem płaską.
W tym tygodniu postanowiłam się nie dawać wiosennemu przesileniu. Nie mam zresztą wyjścia, bo należy wreszcie zakończyć 2016 u klientów. Niewiele mi zostało, a odkładam i odkładam. Jak zakończę, to będą pieniążki na upatrzone na Amazonie hikingowe Merrelki oraz na wyjazd do Polski pod koniec maja (mam nadzieję).
Ale chyba jednak…no pójdę na te kije. Jak mi za tydzień zmienią czas to znowu nie będę miała siły.
To na razie…

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 34. Wstawaj, szkoda dnia została wyłączona

33. O tym, że nic się nie dzieje

Bo się nie dzieje.
Wstaję jak co rano, jadę do pracy. Jak jest ślisko to rowerem, jak nie- skuterem. W pracy te same czynności, w tym samym czasie, w tej samej kolejności. Frustrujące jest to, że w sumie nie widzę efektów tej pracy. Bo bez względu na to jak bardzo się przyłożę dziś, jutro tego i tak nie będzie widać…Najdurniejsza na świecie jest praca sprzątaczki.
Wracam z pracy, kładę się na dospanie, czego z całej siły chciałabym unikać, ale się nie daje, bo sypiam kiepsko. Po dwóch godzinach Tośka kładzie mi kapeć pod nos, albo wręcz na nosie. Zwlekam się nieprzytomna, ogarniam oganiając od szalejącego psa i wychodzę z wariatką na spacer. Tu jest już szaleństwo inwencji. Możemy iść gdzie chcemy. Co też robimy w zależności od pogody. Jak wieje mocniej niż zawsze to wybieram teren mało zadrzewiony. Jak nasypie śniegu, który pługi usypią w wysokie hałdy, możemy zostać prawie pod domem, Tośka ma wtedy zabawę, a ja nie muszę się stresować chodzeniem po śliskim, tym bardziej że jak Tośka czuje śnieg pod łapami to jej się mózg wyłącza i szaleje.  Jak mam milkliwy nastrój, a zwykle po wstaniu tak mam, to unikam tras, gdzie można spotkać znajomych psiarzy. A tak, właśnie. Mam kilku znajomych psiarzy. Takich co pozwalają swoim psom przywitać się z moim, a nawet razem pobiegać na szkolnym boisku.
Ostatnio zaczepiła mnie pani. Wracałam do domu, już prawie pod blokiem, przy płocie oddzielającym parking od drugiej posesji usłyszałam nagle entuzjastyczne:
– Hej! Czy to berner sennen? (Szwedzka i nie tylko nazwa berneńskiego psa pasterskiego)
– Tak, to jest breneńczyk – przytaknęłam, wcale nie zaskoczona. W zasadzie co chwila ktoś mnie tak zaczepia. I w zasadzie każdy dalej mówi to samo:
-Vad fint! Jaki piękny! Jakie piękne futro, jak lśni, i te słodkie wielkie łapy…
Tośka od razu, bezbłędnie rozpoznaje, kto jest przyjaźnie nastawiony, więc natychmiast chce dać buzi i rzucić się na szyję. No chyba, że zaczepiający ma dłoni smycz. Wtedy to to, co jest na tej smyczy jest zdecydowanie ciekawsze.
Zaczepiająca mnie elegancka pani na drugim końcu smyczy miała masywnego, czekoladowego labradora. Pokonwersowałam uprzejmie przez płot. Wymieniłyśmy informacje co do rasy, płci, wieku i imion pupili (Ponte, lat 3). I wtedy pani rzuciła propozycję byśmy może dały się naszym pieskom pointegrować. Czemu nie. Dałam jej numer telefonu, co zaskutkowało umówionym spotkaniem na szkolnym boisku nazajutrz rano.
Nim doszłyśmy z Tośką, Ponte zdążył poznać i zakochać się w Zoji, lat 6, mieszanka goldena i flat labradora. Zoja jest psem ułożonym nad podziw. Jej pani spokojnie mogłaby nie brać jej na smycz. Zoja idzie za panią zawsze gdy ta ją zawoła. I zostaje gdy pani każe zostać.
Ponte okazał się niestety stuprocentowym samcem i natychmiast zaczął włazić na Zoje. Co nie spodobało się jej pani, która stwierdziła, że Zoja zbliża się do cieczki i to być może nie jest najlepszy czas. Zawołała Zoję i poszły.
Odczekałam aż odejdą daleko i spuściłam Tośkę ze smyczy. Zachęciłam panią Pontego do tego samego a ona mnie posłuchała. Ponte jak tylko poczuł wolność wyrwał jak pies spuszczony ze smyczy w ślad za Zoją…To  Tośka popędziła za Pontem.
Pani z Zoją musiały wrócić, żeby durnowate psy też wróciło. Zadowolona nie była…
Pieski zostały uwiązane. Znowu odczekałam stosowną chwilę i odpięłam smycz. Ponte niestety został na uwięzi, bo jego pani bała się powtórzyć manewr. Pani chciała pogadać, a ja niestety musiałam pilnować, żeby mi pies nie poleciał gdzieś za daleko, poza bezpieczny obszar. Wreszcie znowu zapięłam smycz i…się zaczęło. Ponte zaczął włazić na Tośkę. Tośka skakała, warczała, uciekała, kłapała paszczą. Nie dało się go w żaden sposób powstrzymać, więc uznałam, że dość na dziś.
I właśnie dlatego nie chcę mieć psa rodzaju męskiego. Oraz -jak fajnie spotkac psa starszego nieco od mojego i jeszcze gorzej wychowanego (albo raczej wcale nie wychowanego) od Tośki.
I tyle było naszego życia towarzyskiego.
Dziczeję. Odwykłam od ludzi, perspektywa kontaktu z innymi sprawia, że mam chęć zaszyć się w mysiej dziurze. Prawda, nigdy nie byłam w tym mocna, zwłaszcza te początki były trudne, kiedy się mówi o pierdołach, uprawia tzw. small talk. Nie potrafię. W fotoklubie siedzę i się nie odzywam nie zagadywana, bo nie wiem co mam powiedzieć.
Patrzę i dziwię się o czym oni wszyscy ze sobą rozmawiają, skoro wiem, że gadają o niczym. W ostatni czwartek w klubie patrzyłam i rozpaczliwie szukałam w głowie pomysłu o co by zagadnąć siedzącego obok mnie faceta. Mało tego, zagadnięta przez Petera
– I co tam? – odpowiedziałam
– W porządku – i nie wiedziałam co dalej mówić. Lubię Petera, lubię jego samego i jego zdjęcia. Ale co miałam odpowiedzieć innego by podtrzymać konwersację, by okazać się człowiekiem kulturalnym?
Próbowałam słuchać o czym inni gadają, ale jakoś nie łapię.
Zaczynam się zastanawiać czy następnym razem jak mnie ktoś tak zagadnie to nie zapytać jaką chce odpowiedź. Szwedzką czy polską…
Chodzę do tego klubu już ze dwa lata, znają mnie inni, ja też ich znam, pozdrawiamy się na ulicy, czasem coś zagadamy, ale nie wiem nic o tych ludziach. Nic o tym gdzie pracują, gdzie mieszkają, jaki mają stan rodzinny itd. Nic, żadnego punktu zaczepienia…Oni o tym nie mówią! Nie pokazują zdjęć wnuczka ot tak, nie wspominają, że na badaniach byli i pielęgniarka zrobiła im siniaka, a sąsiad rozbił auto, a ten Kowalski, co łazi taki pijany to znowu spał w sklepie…Nie mówią o pracy, nie mówią o polityce i tym co piszą gazety. O czym oni rozmawiają do diabła?
To sprawia, że coraz mniej chce mi się do tego klubu chodzić. Ale się nie poddaję.
Tylko czy to ma sens?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 1 komentarz