66.

Wreszcie wiem co z tym krosnem (krosnami?!) Niezależnie od siebie dwie osoby dostarczyły mi materiału poglądowego w postaci filmiku na YT.
Zatem mogę się dziś zabierać za zabawę.
O ile mnie wena twórcza nie pogoni.
Bo znowu od kilku dni świerzbią palce. Rzecz w tym, że ta Ada zaczyna żyć własnym życiem. Wczoraj na przykład z uporem maniaka wybierała się do przyjaciółki na Sylwestra. Nie wiem po co. Trzy raz zawracałam ją z drogi, a ona swoje. I poszła. W nagrodę za upór dostała całusa i oświadczenie całkiem obcego faceta, że jest piękną kobietą.
Nie pytajcie mnie, nie wiem po co jej to spotkanie. Ona pewnie pewnie i pewnie mnie do tego doprowadzi.
Ledwie wygrzebałam się z tego przełomu 97/98 żeby pójść do łóżka o ludzkiej porze a nie jak w niedzielę o 1.30.
Dziś mam jakieś dziwne spotkanie z koleżanką po fachu, Iriną. Nie wiem co może chcieć, choć nieco się domyślam, ciekawe czy trafnie.
Firma dla której sprzątam przechodzi kolejne przeobrażenia. Znowu będę miała nowych szefów. Taaaa…ta bezpośrednio nade mną już się wykazała.
Mona wzięła urlop na jeden dzień, na wczoraj. Mówiła o tym od ponad miesiąca. Tymczasem w piątek Pełniąca Obowiązki Szefowej zadzwoniła do mnie:
– Wiesz, że Mona bierze wolny przyszły tygodzień?
– Cały tydzień czy jeden dzień?
– Yyyyyy…
– Sprawdź dobrze, bo mnie wydaje, że jeden dzień tylko…
A jak wy pracujecie? Jak normalnie? A jak teraz Saba na urlopie? Nie mogła zapamiętać, no ale okej, dużo informacji, imiona egzotyczne a nie normalne szwedzkie Britt-Rose czy Vendela, wiadomo, że ciężko zapamiętać. Zlitowałam  się, obiecałam maila, napisałam, opisałam co trzeba wysłałam
O 14 znowu telefon. No tak, Mona chce tylko poniedziałek. I jak my pracujemy…
– Wysłałam ci maila, masz wszystko w mailu.
– A, prawda, no tak…To jak wypracujecie?
I że Mony nie będzie w poniedziałek i ktoś musi wziąć za nią jej zmianę.
Tłumaczyłam:
Mam inną pracę ( mój Szwed od tłumaczeń jest koszmarnie zaniedbany) i nie dam rady wziąć pracy za Monę tym bardziej, że ona ma jeszcze jedno miejsce gdzie czas pracy koliduje z tym moim normalnym czasem.
Acha. No to problem, bo ona nie ma zastępstwa.
– No to może pora znaleźć kogoś ekstra – ja
– Ale zazwyczaj to się ludzie nawzajem zastępują
– Ale mówię ci, że po pierwsze mam inną pracę i nie dam rady, po drugie czas pracy Mony w aptece koliduje z moim czasem tu.
Acha. To ona nie wie…I co teraz
Miałam na końcu języka tekst, że za zarządzanie to ona bierze pieniądze, na pewno większe niż ja za sprzątanie więc może niech wykona po prostu swoje obowiązki. Oraz, że ja się wcale nie dziwię, że ma problem, skoro bierze się za to w piątek o 14.
Zmilczałam, powiedziałam tylko, że niestety ja jej nie pomogę.
I co? Kto zgadnie?
Oczywiście! Nikogo nie było. Jak weszłam wczoraj do pracy to nie wiedziałam od czego zacząć. A ta mi jeszcze zaczęła wydzwaniać. Zignorowałam. Po pierwsze dlatego, że nie miałam czasu na pogawędki i tłumaczenie po kilka razy tego samego. Po drugie: ilekroć ktoś z nas dzwoni to nikt telefonu nie odbiera, no to zobacz jak to fajnie. Po trzecie: mój prywatny telefon, naprawdę nie muszę go odbierać bo szefowa dzwoni.
Wreszcie jak się obrobiłam (półtorej godziny, pot cieknący po tyłku i stres ) oddzwoniłam.
I co? Bo jej ktoś tam zadzwonił i mówił, że kuchni to góra garów.
– No i właśnie dlatego nie odbierałam.
– Ale zajmiesz się tym?
– Już się zajęłam.
– Acha, okej. A toalety? Bo wiesz, to najważniejsze
– Też się tym zajęłam
– A w kuchni?
I tak kilka razy.
Nie wiem czy bardziej nienawidzę samej pracy czy bardziej tej firmy.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

65

Och mój boże jaki wczoraj był dzień!
Słońce, błękitne niebo z malowniczymi chmurami i brak wiatru. Mimo to dość rześko.
PannaS z okazji Rodzinnego Festynu, którego tematem były dożynki miała pokaz tańca. Od dwóch lat chodzi na zajęcia taneczne, głównie na balet i bardzo to lubi. Wczoraj mogliśmy obejrzeć efekty.
Pewnie zabrzmię koszmarnie nieobiektywnie, ale uważam, że była najlepszą tancerką w grupie. Rusza się z wdziękiem, miękko i do rytmu. W porównaniu z nią inne dziewczynki wyglądały i ruszały się jak sztywne kołki. Ale nie zapominajmy, że to małe dziewczynki, tak pomiędzy 6 a 9 lat. I tylko jeden chłopiec w grupie. Nie mam pojęcia w jakim wieku, ale pewnie ze 12lat miał. (Cóż, nawet w Szwecji, taniec to nie jest ulubiony sport chłopców).
Poza tym gotowałam bigos, bo nam się zachciało. A mnie tak się chciało, że taki niedogotowany jadłam niemal wprost z garnka. Zawsze tak lubiłam.
eM przyszedł do mnie:
– A ClasOhlsson to do której otwarty, nie wiesz?
– Nie wiem, pewnie do szesnastej, a co?
– Mikroskop muszę kupić
– Co? Po co?
– Mikroskop, nie wiesz po co jest mikroskop?
– Wiem do czego służy. Pytam po co tobie?
– Grzybów będę szukał. W bigosie.
Dowcipny, nie? Problem w tym, że jak we wszystkim my się kompletnie nie zgadzamy. On by chciał bigos mięsno-grzybowy najchętniej. Czyli taki, gdzie pomiędzy mięsem a grzybami znajdujesz jedną nitkę kapusty. Ja odwrotnie. A ponieważ ja gotuję…I nie lubię grzybów.
To samo mamy z sałatką. On najchętniej groszek i kukurydzę, dużo ogórka, żadnego selera. I na ostro. Ja mdławo, głównie ziemniaki i marchew oraz żadnego groszku, fasoli, kukurydzy, bo mi cały smak dominują. Oraz surowy seler utarty na drobnej tarce. Sałatkę -bazę robimy więc jednej misce a potem rozdzielamy na dwie różne.
Takie to życie Panny z Bliźniakiem. Różnice, które się nie uzupełniają, jesteśmy po prostu niekompatybilni. Jak europejska wtyczka do angielskiego gniazdka. A przejściówki nie wypracowaliśmy.
A po południu spacer z Tosią. Całe lato nie byliśmy w Kamieniołomie. Pięknie było, zwłaszcza, że nadciągały chmury deszczowe i to dawało niesamowite światło.

Tośka się ulatała.
Z Tosią problem. Bo strasznie wygubiła sierść, w zasadzie został na niej tylko ten szorstki włos, jest matowa i uklepana. Wet niby powiedział, że nic, ale teraz widzę, że pies się iska jakby ją coś podgryzało. Ale wciąż robi to tylko od czasu do czasu.
Za to rzuca się na marchewkę, kalafiora, brokuła.
Dziś sprawdzę pietruszkę i pomidora.
Brak witamin? Pasożyty? Czy choroba?
Jest wciąż wesoła i żywa, więc jeśli choroba to albo coś niezbyt uciążliwego albo początek.
Ale może jednak zwyczajnie zmienia sierść?

Ogarnęłam zakładanie osnowy na krosno. Tzn. sześć nitek tylko założyłam, żeby zobaczyć czy mi będzie rozdzielało na dolne i górne. Kilka kombinacji i wreszcie wczoraj o północy TADAM!
Teraz trzeba zobaczyć JAK SIĘ TO ROBI.

Śnił mi się dziwny grób Baśki. Płakałam przy nim tak strasznie, a wszyscy myśleli, że to na pokaz.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

64

Klub foto zawsze mi dobrze robi na samopoczucie. Albo prawie zawsze. Ostatnio doszłam do wniosku, że widać nie jestem AŻ tak introwertyczna jak myślałam, bo lubię spotykać się z ludźmi i takie spotkania zasilają moje baterie. Tylko nie mogą to być spotkania w tłumie i nie koniecznie codziennie. Oraz nie każdy człowiek te baterie mi zasili. Ludzie, którzy kompletnie są nie mojej planety niestety działają odwrotnie.
Generalnie mam wrażenie w 52. lecie życia (bo ja z lata jestem) mocno mi się upodobania zmieniają.  Na przykład takie ranne wstawanie. Po czterech latach wstawania bardzo porannego cenię sobie możliwość spania do co najmniej ósmej a do dziewiątej czy dziesiątej jeszcze bardziej. No, ale takie długie spanie nie jest możliwe jak ma się w domu psa, niestety.
Albo takie jedzenie.
Przez lata byłam wybitnie roślinożerna. Mięso stanowiło dodatek, jak go nie było to jeszcze lepiej smakowało jedzenie. Z mięsa gotowałam z dwóch powodów: mąż i syn, którzy są mięsożercami oraz to, że jako kulinarna konserwa nie lubię poznawać nowych smaków i generalnie trudno mnie namówić do zjedzenia czegoś nowego, oraz gotowanie uprawiam wyłącznie z przymusu.  Przy takim nastawieniu trudno o kuchenne eksperymenty.
A teraz proszę: mięso zaczyna mi smakować, bywają dni, że chce mi się zwyczajnie padliny na talerzu.
I tu się właśnie rodzi konflikt duszy z ciałem. No bo jak spać do dziewiątej jak na świecie tyle ciekawych rzeczy a czasu coraz mniej? Oraz jak jeść mięso, jak się w duszy jest przeciwnikiem hodowli zbiorowych oraz jak się na kawałek mięsa patrzy i widzi całą, wesołą, ŻYWĄ świnkę?
Ale najbardziej na świecie chciałabym już być na emeryturze…ech…
A z innej beczki: wczoraj gdy jechaliśmy z psem na spacer w ogródku, nieopodal parkingu zobaczyliśmy takie cudo:

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

63.

Zabawka kupiona. Stała i czekała tam, gdzie ją zostawiłam. Spóźniłam się do pracy, żeby ją mieć, hehe…Zapłaciłam i poprosiłam, żeby mi ją przechowali do popołudnia.
Nie sądziłam, że jest taka ciężka!
Wiozłam ją na rowerze, najpierw opartą na ramie potem zaczepioną na kierownicy. Nie, sama nie jechałam, jeszcze mi życie miłe! Ale to były najdłuższe minuty w moim życiu.
EM tylko pokiwał głową.  Wiedział, że muszę.
Oglądałam ją potem z każdej strony usiłując odgadnąć co i jak.
Przekopałam pół internetu w poszukiwaniu jakiejś instrukcji obsługi, ale nic nie ma.
6 minutowy filmik na YT o tkaniu okazał się …filmikiem o tkaniu czyli o tym, jak tkaczka przekłada nitkę tam i z powrotem. Nuuuuudy panie.
Zadane w przestrzeń pytanie o wiedzę na temat tkactwa zaskutkowało linkiem od kolegi Adama:

(czy to się otwiera?)
Li i jedynie, ech…
Dwie godziny popołudnia spędziłam u Litwinki Reginy najpierw plotąc trzy po trzy by wreszcie wpaść na temat książek. Regina czytuje wyłącznie klasykę, a ja usiłuję ją zachęcić by sięgnęła po literaturę współczesną.
Dziś obiecałam córce naukę podstaw fotografii a wieczorem idę do klubu foto.
Acha.
Książki Joanny Jax to zło! Kradną czas i nie dają spać po nocach. Chciałam tylko jedną stronę przed snem…

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy

62. Ponarzekam

Aż dziwne jaka cisza…
Od początku roku po bloku kręcą się robotnicy. Bo najpierw był planowy remont, w każdym mieszkaniu po około 8 tygodni, a potem jeszcze jakieś drobiazgi, ale ciągle coś. Jako pozostałość po owym remoncie w piwnicy został smród. Dosłownie. Coś im kanalizacja nie funkcjonuje jak trzeba, jedną z rur musieli odłączyć i ścieki z mojego pionu idą pod sufitem, ukosem do innego ujścia.
Tak fajnie to działa, że którejś soboty weszłam do łazienki pełnej wody. Po bliższym zbadaniu zjawiska okazało się, że nie była to woda. Jeszcze mnie trzęsie z obrzydzenia…
I tak miałam szczęście bo u mnie nie przelało się przez próg i poszło na całe mieszkanie. W przeciwieństwie do reszty sąsiadów z parteru. Im ścieki zalały korytarze, salony i sypialnie. Nie dość, że potracili dywany i nie wiem co jeszcze to jeszcze podłogi mają do wymiany.
Co chyba mnie doprowadziłoby do białej gorączki bardziej niż utrata szmaty z podłogi. Bo wymiana podłogi to masakra. Najpierw czekasz i czekasz kiedy to nastąpi, a musisz wpaść w kolejkę. Potem każą ci wynieść wszystko z pomieszczenia (bo jak inaczej). Potem układają tę podłogę dni kilka, bo pracę trzeba szanować a fika rzecz święta i takich ludzi sfrustrowanych niemożnością użytkowania przestrzeni życiowej to oni oglądają co dzień i nie będą się tym martwić, bo się człowiek by zaraz starł w tej pracy.
Oni mają rację, ci robotnicy, można to stwierdzić obiektywnie dopóki człowieka nie dopada kataklizm pod tytułem remont.
No.
W każdym razie kanalizacja zafundowała nam różne atrakcje.
Teraz, od piątku w piwnicy trwają roboty mające na celu położenie nowej rury. Zdaje się, że będzie ona szła tak, jak ta pod sufitem, czyli na skos przez rowerownię. I od kilku dni trwa mozolne wycinanie betonu z podłogi żeby miejsce na tę rurę zrobić. Hałas. Jęk piły do betonu. Trzaskające drzwi. Łomot młota.
Ale nie dziś panuje błogi spokój. I nie wiem co bardziej mnie wkurza: roboty czy ich brak.
Rower moknie na deszczu bo do rowerowni nie sposób wejść.
Do pralni będę latać naokoło, przez drugą klatkę, z tym, że mój klucz nie działa w tych „drugich klatkach”, więc nie wiem jak to ma być, a do administratora nie mam kiedy pójść, ale jednak będę musiała.
Poza tym boli mnie głowa. Codziennie!
Paraflex, lek na rozluźnienie mięśni – nie pomaga. Tzn. pomógł na kilka dni, albo to efekt placebo był. Teraz już nie działa. A dodatkowo jakoś źle się po nim czułam, roztrzęsiona jakaś czy co …
Wkurza mnie to strasznie, że ta głowa tak boli i boli. Lekarze nie widzą przyczyn, a ona boli stale. Tylko bardzo różnie.
Już mi nawet przyszło do głowy, że uzależniona jestem od paracetamolu oraz  innych przeciwbólowych ale mówią, że to nie możliwe. No nie wiem czy nie możliwe. Dodatkowe atrakcje w postaci napadów gorąca też sytuacji nie poprawiają. Czy to hormony mi na głowę padły?
Ja pierdziu!
Czas dojrzewania i cały okres „produkcyjny” przeżyłam nie wiedząc co to pmsy, huśtawki hormonów i temu podobne atrakcje. Nie miewałam pryszczy, zaparć, biegunek, bólów brzucha, napadów głodu, jadłowstrętu, huśtawek nastroju. Przez czterdzieści lat żyłam spokojnie. No, przynajmniej w zakresie funkcjonowania ciała, bo z dusza różnie było.
A teraz od lat 12 chyba mi natura postanowiła wyrównać rachunki. Bo miewam WSZYSTKO i to naraz. Łącznie z pryszczami trądzikowymi, choć na szczęście nie na twarzy.
Czy ja bym mogła jak Manuela Gretkowska poprosić, żeby Pan Bóg mi TO już zabrał?
Nie. Bo nie bardzo w niego wierzę.
I lipa.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

61. Wtorek

Jeden dzień mi przeskoczył nawet nie wiem kiedy…
Pewnie dlatego, że pracowałam dużo i pilnie i tak z rozpędu zrobiłam nawet trochę na zapas. I dobrze, bo do wyjazdu już tylko …23 dni! Oj! A tu ani parking ani samochód nie zabukowany. Czas, czas, najwyższy czas…

Jesień nas rozpieszcza grzybami. Oraz dziwaczną pogodą. Bo albo leje, leje i leje. A potem nagle rozwierają się chmury i z nieba spada kaskada słońca, która rozbija się na tysiące małych słońc w kałużach lub sypie iskrami w kroplach wiszących na wszystkim. Coraz bardziej żółte drzewa, wyzłocone dodatkowo słońcem przefiltrowanym przez chmury, na tle pochmurnego, granatowo-szarego nieba sprawiają, że zatrzymuję się jak wryta się gapię.
Albo jest ciepło, słońce na błękitnym niebie, wiatru ani troszkę, flagi leżą na masztach. I naraz: ŁUP! Grzmot jeden, po chwili kolejny. I ulewa. Taki rzęsisty, pionowy deszcz, delikatny, który nie odbija się od powierzchni a przesiąka przez nią łagodnie. I człowiek w jednej chwili mokry.
Piękna ta jesień. Pasie oczy kolorami. Brzuchy rydzami i innymi prawdziwkami.

Ja ich nie jem wprawdzie, ale zbierać to lubię, oj lubię. A tu taki urodzaj, że aż serce boli, tyle tego i jak to zostawić?
Dwa króciutkie wypady do lasu i mamy cały słój suszonych prawdziwków, koźlaków i podgrzybków oraz kilka porcji rydzów w zamrażarce.
Będzie trzeba narobić pierogów. Helen i Peter, sąsiedzi z góry zaślinili się gdy im powiedziałam o pierogach. Znają, znają. Helen dawno temu miała chłopaka-Polako-Szweda. A Petera ojciec był Niemcem (a to stary faszysta! hehe). Cóż było robić: obiecałam, że zaproszę. Oraz na kiszenie kapusty, bo Helen nie wie jak a chciałaby, bo jej się marzy.
A po krosna nie zadzwoniłam, bo mi brak odwagi.
A jak powiedzą, że nie, że mam przyjść w godzinach otwarcia …itd?
A ja w godzinach otwarcia pracuję! Jeszcze ten i następny tydzień tak pracuję!
…ale mogłabym się jutro spóźnić te 15 minut. Zapłacić, poprosić by przechowali do zamknięcia…
A tymczasem pora w drogę.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

60. Kolejna zachcianka-zabawka

Wczoraj w second-handzie zobaczyłam małe, stołowe krosna. Stały sobie na podłodze, w kąciku, niepozorne i niezauważalne. Przykucnęłam przy nich usiłując odgadnąć jak to działa. Przesuwałam to, co dawało się przesunąć obserwując co się „zadzieje” w nadziei, że mnie olśni.
– Piękne są – usłyszałam głos nad głową.
Stała nade mną kobieta, której twarz wyglądała na mniej pięćdziesiąt lat. Chyba miałam niepewny wyraz twarzy, bo nachyliła się nade mną i dotknąwszy krosien powtórzyła
– Piękne. I całe. Całkowicie sprawne.
– Acha. Rzeczywiście wyglądają dobrze –  zgodziłam się.
Przykucnęła koło mnie.
– Ale musisz je obrócić, o tak, tą stroną do siebie.
Teraz widok mi się poprawił, bo zobaczyłam to, co widziałam w miejskiej tkalni tylko w pomniejszonym rozmiarze. Ale nadal nie rozumiałam jak to działa.
Kobieta tłumaczyła:
– Tu zakładasz, tu nawijasz, tak dociskasz. I masz wtedy taki wzór- obejrzała się za siebie, poszperała wzrokiem na półeczce z różnymi tkaninami. – O, coś takiego, widzisz? Mamo, to taki wychodzi? – podniosła do góry rękę starszą niż jej twarz. Mama, której nie widziałam, mruknęła coś potakująco.
– Nic nie wiem na ten temat – przyznałam – A chciałabym.
– Zapisz się na kurs – poradziła mi – Szybko się nauczysz, bo to proste.
Podniosła się.
– Ale jak lubisz takie rzeczy to możesz też szydełkować to też ładne i szybciej się widzi efekt.
Pokręciłam głową.
– Lubię szyć. I tkać też chyba bym lubiła – powiedziałam.
– To jest ciekawe – przyznała mi rację – Jak ktoś ma czas
Westchnęłam.
– No właśnie…Chyba dopiero na emeryturze będę miała czas.
Uśmiechnęła się do mnie i pokiwała głową.
– Oj tak…
– Dziękuję ci za pomoc. To było miłe – powiedziałam. Odwróciła się przez ramię i uśmiechnęła pożegnalnie
– Miłego dnia!
– Tobie też miłego dnia.
Odeszłam od krosien. Ale czułam jakby już oplątały mnie swoją osnową, bo ciężko się od nich odchodziło. Odwracałam się i zatrzymywałam jeszcze kilkukrotnie.
Rozsądek mówił: nie umiesz, nie wiesz jak, na kurs nie pójdziesz, bo nie masz ani za co ani kiedy, kupisz następny grat, który będzie stał i zbierał kurz
Serce płakało.
Rozsądek wygrał. I poszłam.
Jeśli w środę nadal tam będą to je wezmę!
Adam Słodowy pokazał mi „jak to się robi”!
Wszak lepsze krosna niż kolejne puzzle.

O, podobne do tych na obrazku poniżej.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

59. Sobota

Zachciało mi się czerwonego wina.
Poszłam do System Bolaget i długo krążyłam pomiędzy półkami.
System Bolaget to jedyna w Szwecji firma zajmująca się sprzedażą alkoholu. Sprzedaż odbywa się tylko specjalnych sklepach. A sklepy te są czynne od poniedziałku do soboty, w godzinach dziennych. Czyli jeśli ktoś w sobotę do godziny 14 lub 15 (zależy od miasta) nie zaopatrzył się w alkohol to musi się obejść smakiem aż do poniedziałku. No chyba, że się zna kogoś kto handluje alkoholem pokątnie czyli tzw metę lub „babcię”, jak to bywało w Polsce za dawnych lat. Jak się nie zna – trudno.
W sklepach spożywczych można kupić piwo o bardzo niskiej zawartości alkoholu (nie wiem w praktyce czy to oznacza 0,5% czy 4,5% ale chyba bardziej 0,5%).
Zatem poszłam do System Bolaget zakupiłam karton czerwonego wina, ale wybór zajął mi dłuższą chwilę, bo w Szwecji nie ma podziału na wina wytrawne, półwytrawne, półsłodkie, słodkie…Można sobie na etykiecie poczytać różne rzezy i pewnie jak ktoś się nieco częściej raczy takimi napojami to mu owe informacje coś mówią.
Mnie nic nie mówiły…
Kupiłam kierując się zawartością cukru na gram bo koniecznie nie chciałam kwaśnego wina.
Dobre jest, dość łagodne, z pięknym kolorem.
Niestety: wypiłam w ciągu całego popołudnia dwa kieliszki, takie całkiem małe.
A dziś boli mnie głowa.
Może nie od tego, może z tysiąca innych przyczyn, ale raczej jednak od wina.
O piątej zapodałam sobie wielką kobyłę paracetamolu jaką wypisał mi doktor Sameer.
O jedenastej poprawiłam zwykłym alvedonem czy innym apapem.
I boli.
Kawy bym się napiła. Albo spać poszła. Albo do lasu na grzyby, bo pada ale nie wieje i jest ciepło. Ale najchętniej to spać.
I o.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy

58.

Wczoraj wzięłam Tosię do weterynarza.
Nic jej nie jest, tyle, że strasznie gubi kłaki. Ale jak! Futro wyłazi garściami, a podłoga wygląda jakby nie wiedziała co to odkurzacz choć odkurzyłam przed godziną. Kłaki na wszystkim i wszędzie.
Doktor Katarina: starsza, bardzo dokładna, nieco szorstka zbadała psa …No właśnie.
Pies na jej widok schował tyłek pod moje kolana i udawał, że jego tam nie ma. Dał się wsadzić na stoliczek do badań i spokojnie bez strachu poczekał, aż stoliczek podjedzie do góry by z niego zeskoczyć. Przemocą wsadzona ponownie i unieruchomiona moim ramieniem już nie dała rady powtórzyć wyczynu (pomijam niedogodności przy badaniu, ale od tego zeskakiwania z poziomu stołu kuchennego mogła se stawy, wariatka, uszkodzić).
Już oglądanie futra i skóry Tośce się nie spodobało. Wyciąganie martwego futra, a właściwie podszerstka już ją denerwowało. Ale Katarina poszła nico dalej i lekko szarpnęła sierść, żeby zobaczyć czy tez tak wyjdzie. Tośka kłapnęła paszczą…Potem Katarina chciała zajrzeć do uszu…Skończyło się na kagańcu, bo teraz już Tośka nie na żarty kłapała. A ucha i tak nie dała sobie zobaczyć. Znaczy: dała, ale gołym okiem, to na wziernik reagowała tak nerwowo.
Diagnoza brzmiała: nic jej nie jest, kłaczy bo taki sezon. Czesać. Czesać i Jeszcze raz czesać. A potem znowu czesać. 550kr, dziękuję.
Noż kurde…Ta Katarina nic jej nie robiła, nie zadawała bólu, a ten pies durniał. Ale dobra – naruszanie jej przestrzeni osobistej przez obcą, pewnie śmierdzącą strachem innych zwierząt, osobę to może wzbudzać frustrację.
Sama źle się czułam gdy leżałam na kozetce a dr Sameer się nade mną pochylał…
No ale jednak pies powinien opanowywać emocje choć trochę. Jak każę usiąść na wagę to ma usiąść. Jak każę siedzieć spokojnie – to ma siedzieć. Jak nie wolno się rzucać obcym ludziom na szyję to nie wolno.
Jak mam ją tego nauczyć? Gdzie znaleźć trenera?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

57.

Nie sądziłam, że po czterech godzinach w pracy można być tak zmęczonym, że się nie ma siły dojść do domu. I że tego zmęczenia wystarczy na całe popołudnie.
Tak mam.
Cztery godziny dreptania. Drep, drep, drep. Przysiąść na chwilkę, napić się zimnej wody. Drep, drep. Z powrotem. Temperatura w pomieszczeniu pewnie jakieś trzydzieści stopni. Okna- brak. Wentylacji nie czuć. W roli dodatkowej atrakcji napady gorąca tak znane paniom po pięćdziesiątce.
A do tego smród ryby, bo szwedzka tradycja nakazuje jeść rybę, która śmierdzi rybą do potęgi dziesiątej. Ale nie, nie w wyznaczony dzień tygodnia jak na przykład naleśniki w każdy czwartek. Nie ma tak. Każdego dnia ktoś inny je rybną mamałygę.

Nienawidzę tę pracy.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze