131. Ale czemu się złościsz?

„Nie złość się”
„Nie denerwuj się”
„Po co ta złość?”
„Czego się złościsz”
„Znowu jesteś zła?”
„Ty to wiecznie zła!”
„Uspokój się”

i tak co chwila…
Jak ja marzę o chwili, by móc się złościć, wkurwiać, wściekać, denerwować i co tylko jeszcze i nie słyszeć jak ktoś mówi, że mam się uspokoić, bo nie ma powodu się złościć.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 5 komentarzy

130.

Prognoza na dziś wygląda wręcz jak marzenie: 16 stopni i deszcz…
No nie wiem, na wszelki wypadek nie wierzę, zwłaszcza w te 16 stopni.
Narcyzy na skarpie przy rzece wylazły. Jeszcze nie kwitną, ale już są wysokie. A krokusów na drugiej stronie jak nie było tak nie ma. Ani cebulicy.
Mewy wróciły, wrzeszczą jeszcze nad wodą, ale już niedługo, jak tylko pojawią się ogródki mewy wlecą do miasta. I będą drzeć dzioby. Póki co w drzewach przy ulicy, w parku piszczy, kwili, brzęczy, dzwoni, krzyczy…krótko mówiąc: ptasie radio.
Wiosna.
Zjeżenie mi się układa, wygładza, znów staję się łaskawsza dla bliźnich ze wszczególnym uwzględnieniem Współlokatora.
No ja wiem, wiem, że w sumie to on nie jest winny temu, że jestem kolczasta, nieprzystępna, zamknięta i otoczona zasiekami z każdej strony. I że za chiny ludowe nie umiem inaczej. Taka karma, nie?
Póki co cieszę się tą wiosną, co dzień obiecując sobie, że jutro to już na pewno zamiast jeść nadmiernie pójdę pokijkować, jutro, albo nawet już dziś po południu. Potem przychodzi owa chwila i… Wieje, piździ, książka ciekawa, film, rozmowa, sto powodów…Jutro…
Swoją drogą najbardziej wkurzające jest to, że nie mogę tak normalnie funkcjonować. Jestem senna przez cały czas, właściwie nawet w tej chwili najchetniej położyłabym się spać. Żyję czekając na wieczór by wreszcie z czystym sumieniem iść spać. I śpię, aczkolwiek budzę się kilka razy w nocy. No chyba, że przyjdzie pełnia…Wtedy sypiam jak zając pod miedzą…A dzień nadal snuję się senna.
Noż…
Co mam zrobić, żeby do licha mieć więcej energii?
Wiem. Więcej się ruszać, mniej jeść, ograniczyć węglowodany. Ale wtedy robię się nieszczęśliwa. I zła. I wredna.
I tak w koło macieju.
Jak ja bym chciała tak nie mieć.

Poza tym przyjaciółka mnie ignoruje i jest mi przykro. Przestaję stukać.
Kiedyś stukałabym w zamknięte, ignorowała sygnały…I cierpiała z upokorzenia i odrzucenia.
Więc dziś się po prostu wycofuję. „Mam już na koncie większe straty” -myślę. I robię kolejny krok do tyłu.
Też chyba niedobrze, ale strach przed kolejnym odrzuceniem jest silniejszy.
W sumie, może o to chodzi. Zostać samemu, nie potrzebować nikogo, a przynajmniej trwać w przekonaniu, że skoro i tak zostanie mi odebrane, to lepiej się otorbić, przygotować zawczasu.
I tak se trwam. Coraz bardziej pojedynczo.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 3 komentarze

129

Mam podejrzenia, że to moje umieranie na katar było na tle alergicznym.
Bo nie wierzę w katar, który atakuje tylko jedną stronę,  do którego zbiera się przez tydzień (kręcenie w nosie, napadowe łzawienie oka, zasychanie w gardle) a potem znika całkowicie po dwóch dniach.
Ni chybi moja alergia rośnie w siłę i czas gdy w związku z tym przyjdzie mi odwiedzić lekarza zbliża się nieuchronnie. Mam też niezachwianą pewność, że praca sprzątaczki, ze szczególnym uwzględnieniem sprzątania w biurowcu gdzie jest więcej kurzu niż człek by się spodziewał, też mi się przysłużyła.
Dlatego nie, do diabła. Nie będę szukać innej pracy, bo jedyna na jaką mogę liczyć w Szwecji to tylko sprzątanie a i to z wielką łaską. Nie.
Współlokator zaczyna wysuwać delikatne sugestie. Znaczy w jego mniemaniu chyba delikatne. A ja mam jasne stanowisko: prędzej zmienię adres i współlokatora.
Wiem, że są tacy, co uważają, ze tylko pot i brudne ręce to praca.
Wiem, że są tacy, co sądzą, że taka praca uszlachetnia.
Ba! Wiem, że są nawet tacy co to lubią.
Jak lubią – wolna droga.
Ja nie znoszę. I kurde, w wieku 53 lat to już raczej nie polubię.

Za oknem wiatr i słońce. Chłodno, ale na plusie. Może wreszcie coś zacznie wyłazić z ziemi. Póki co – Tośce wyłażą kłaki w ilościach przemysłowych.
Ach, to przypomina mi, by zadzwonić do kolegi, który jest w Polsce by mi kupił tabletki od kleszczy dla Psa.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

128. O katarze i pryncypiach

Wiosna przyszła. A wraz z nią tradycyjna wiosenna infekcja w wyniku której umieram. Nie wiem na ile te strugi z nosa to wirus, a na ile alergia. Tak czy siak przespałam wczoraj cały dzień.
A poza tym mam dylematy egzystencjalne.
Na przykład,
Zrobiłam ciasto na święta. Jak zawsze wszyscy się o coś tam upominają, jęczą, że tak mało po świętach leży to i czeka w lodówce aż ktoś zje lub wywali.  Współlokator zwany inaczej eM deklaruje, że on to ciasto zje.
– To jedz, na zdrowie nawet wszystko – mówię – Mnie jakoś nie smakuje.
(Mnie ostatnio nic nie smakuje.)
– Taak? To znaczy zjedz bo nie dobre? – pyta Współlokator lekko jakby urażony.
Naprawdę? Popełniłam nietakt mówiąc szczerze?
Naprawdę, nigdy się nie nauczę kiedy należy mówić prawdę a kiedy kłamać.

Albo.

Dać drugą szansę  pewnej znajomości czy jednak nie?

I jeszcze w kwestii serialu This is us.
Dlaczego ten drugi sezon mi nie podchodzi. A już Święty Jack Pearson w ogóle nie.
Ostrzegam, będę zdradzała szczegóły więc jak ktoś nie chce wiedzieć, niech nie czyta.
Jest taka scena, gdy Jack i Rebecca kupują auto.
Cała rodzina się napala, no ale samochód jest drogi.
Jack zostaje sam na sam ze sprzedawcą i go przekonuje by mu to auto jednak sprzedał dużo taniej.
Mnie ta scena wręcz zirytowała.
Po pierwsze: rodzina ma niezbyt wielki budżet, a wielkie auto to duże koszty paliwa i ubezpieczeń. W filmie nie jest powiedziane czy płacą gotówką czy biorą na kredyt, co nie zmienia faktu, że przekraczają budżet. I Jack decyduje o tym całkowicie sam. Do tego sprzedawca samochodów ulega perswazji jakiegoś obcego faceta, który peroruje, że jego rodzina jest wyjątkowa.  Really?
Miało być „och, jaki ten Jack zaradny i jak dba o rodzinę”. Wyszło jak wyszło.
Poza tym scena gdy Jack wbiega do pożaru po psa. I to jeszcze rozumiem, ze poleciał tego psa ratować. Ale scenarzyści poszli dalej i Jack uratowawszy psa, poleciał do płonącego salonu po jakieś tam pamiątki. Naprawdę? Wali się płonąca chałupa, a facet lata po chałupie i zbiera albumy i jakieś tam bibeloty? Już pomijam nierealność tej sceny, ale wiecie co? Ja chyba nie byłabym zachwycona…
Ale oczywiście, ja funkcjonuję inaczej niż większość ludzi. I możliwe całkiem, że nie mam racji.
Znowu mnie powala osłabienie więc tymczasem, borem lasem…

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

127.

Święta już pojutrze. Bo u nas już w piątek.
A ja umyłam okno w kuchni. Jedno.  Oraz ugotowałam gar bigosu.
Nie chce mi się.
Te święta są w ogóle bez sensu.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy

126

W zasadzie powinnam pracować.
Ale w zasadzie to dziś też powinnam świętować: ostatni dzień pracy sprzątaczki. Teraz do 15 maja wykorzystuję urlop. I no, i bym się cieszyła bardzo, gdyby nie fakt, że odpadnie spora część mojego dochodu. Zostanę tylko z tym co zarabiam u siebie. Nie ma tego dużo, a jak jeszcze oddam prawie 60%  Szwecji to już w ogóle zostaje maluśko. I znowu będę ma mężowskim garnuszku…
Poogłaszałam się gdzie to możliwe, nawet jakiś profil facebookowy zrobiłam, ale to facebook i księgowość to jakoś mało poważnie. Nie zamierzam odmawiać nikomu, no ale pod warunkiem, że spełniam warunki.
Ludzie chyba nie umieją czytać: w internecie, na stronie Polaków w Szwecji ogłaszam się, że księgowa i wypisuję co robię: deklaracje, księgowość, fakturowanie, wynagrodzenia…A tu naraz pytanie czy podejmę się obsługi prawnej…Skąd im się to prawo wzięło?
W akcie desperacji umówiłam się sama ze sobą, że jakbym się dowiedziała o jakimś sprzątaniu u bogatej, starej Szwedki to wezmę. Na dodatek mam napady paniki: jezu, a jak ja o czymś nie wiem i robię źle? Oj, na tylu rzeczach się nie znam…Bo nie znam. Wiem co zrobić gdy jest prosto i oczywiście. Gorzej jak się trafi coś nietypowego. Szukam, kopię, ale diabełek siedzi na ramieniu i szepcze z uciechą: nie znasz się, nie znasz…Podpieram się doświadczeniem z Polski i staram jak najlepiej obliczyć podatki, bo wiadomo. Z drugiej strony Yankie przynosi ze szkoły wiadomości, ja czytam wszędzie co się da, potem idę na konsultację do Yankiego, i często okazuje się, że mam rację. No chyba, że dziecko jeszcze tego nie przerabiało…
Dziś puścił mróz, jest szaro, ale wilgotno wreszcie. Powietrze zrobiło się miękkie. Lód spływa z chodników.  Klub foto zaprasza na wspólne fotografowanie w plenerze. Czy ja mam na to chęć? Trochę się na nich pogniewałam, nie byłam od pamiętnej historii ze zdjęciami do kalendarza. Ale spotkałam Petera z BrittMarie i bardzo się ucieszyli na mój widok. Oni są tacy starszawi. Peter jest chyba po siedemdziesiątce, ale w nim to akurat widać klasę, wyjątkową jak na Szweda.  Choćby to, że nie nosi różowych sweterków w szpic i ma zawsze czyste buty…Poza tym u niego widać ciekawość świata, innych ludzi, jest chętny do pogawędek i zainteresowany w czasie rozmowy. Wielu z tych,  których spotkałam w klubie patrzyli na mnie jak na UFO gdym się tam zjawiła. Jakby sztuka robienia zdjęć miała  być niedostępna dla tej dziwnej, dzikiej masy ze wschodniej Europy.
Latam do tego klubu lat…5? Pięć co najmniej. A wielu z nich nadal „nie poznaje” mnie na ulicy. A jakie mieli miny jak im powiedziałam, że może jednego roku zamiast do Danii na tzw. fotowycieczkę zechcieliby pojechać do Polski.
Pół roku zajęło im przetrawienie propozycji. A potem jeden taki co cały świat zjeździł, w Afryce był kilka razy i w Ameryce Południowej i na Antarktydzie nawet, zapytał mnie, a co w tej Polsce można zobaczyć.
Jakbym Hrabinę z ostatniej pracy w Polsce usłyszała. Och Karaiby, och Chiński Mur, och nurkowanie w Egipcie. A w Brąswałdzie w życiu nie była i rozlewisk Łyny na oczy nie widziała. Olsztynianka! Podróżnicy pożal się boże.
Któryś inny się pochwalił, że owszem, był…W Gdyni, na wycieczce promem z Karlskrony. Taa…Całą noc chleją w kajutach, potem łażą po mieście i robią zakupy bo tanio albo śpią w kajutach, potem wracają i apiać od nowa. W bonusie kupują w Polsce i na promie tyle alkoholu ile dadzą radę wsadzić do samochodu.
Ech…znowu wyłazi do mnie niechęć do miejscowych.
No i dlatego nie wiem czy pójdę. Inna rzecz, że aparat też niemal pajęczyną zarósł.
Z drugiej strony Peter i BrittMarie. Oraz drugi Peter. I może Katarina. I jeszcze żona Lassego, Boże jak ona ma imię…Marie…Coś tam.
Muszę coś ze sobą zrobić, bo widzę sama, że jestem jak zgorzkniała i „nie przysiadalna”. Dziczeję?
Moje kontakty z ludźmi to facebook i messenger. Może za mało? Sama wiem, że za mało. Ale co innego mam zrobić?
A jutro będzie u mnie PannaS.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

125

Właśnie wygrzebuję się z dołka największego, z najczarniejszej dziury w jaką wpadłam od…nie pamiętam kiedy. Ale dawno nie było tak źle. Prócz samopoczucia, które poleciało na pysk samo z siebie, pomocna była pogoda, która postanowiła nadrabiać zaległości zimowe. Oraz bliźni, z gatunku tych najbliższych. Przyznam, że dość rzadko i z ogromnymi oporami proszę o pomoc, o obecność choćby, ale gdy już to mówię to…wiadomo.

Taki komiks kiedyś widziałam.
Na jednym obrazku stoi facet z kamieniem u szyi na moście a drugi podchodzi do niego i mówi:
– Zaczekaj chwilę
Na drugim obrazku facet-pomocnik stoi w budce telefonicznej.
Na trzecim pomocnik wychodzi z budki i mówi:
– To straszne, ale rzeczywiście nikt cię nie potrzebuje…

Kiedyś mnie śmieszyło do łez. Chyba na zasadzie ” z samych siebie się śmiejecie”.
Zatem się wygrzebuję. Choć to niełatwe. A na łeb wciąż coś tam się sypie.
Odliczam dni do 16 maja bo wtedy lecę do Polski. I jadę tam gdzie są górki, pagórki a potem na Warmię.
Jak ja bym chciała mieć w Olsztynie takie miejsce, gdzie mogę się zawsze zatrzymać. maluśkie mieszkanie, bez intruza i bez demonów z przeszłości.

Za godzinę idę szukać aurora borealis czyli zorzy polarnej. Jedyna korzyść tego arktycznego zimna: chmur prawie nie ma, więc może po 10latach w tej dziczy choć zorzę zobaczę.
La la land jest strasznie smutny.
A This is us jeszcze bardziej.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 8 komentarzy

124. nie śniło się nawet filozofom

Jakieś trzy lata temu kupiłam dwie doniczki z zamiokulkasami.
Doniczki były nieduże, rośliny w nich ogromne, wyłaziły wręcz. Komuś chyba drgnęła ręka przy nawożeniu i roślina rosła jak opętana.
Kupiłam, przyniosłam do mieszkania, które ma więcej światła północnego niż południowego, postawiłam na parapetach. Potem naszła mnie refleksja, że tam w tych doniczkach to już nie ma miejsca nawet na wodę. Postanowiłam rozsadzić. Co zrobiłam. Rozsadę zaniosłam do „szemranej spółki” w której wtedy pracowałam. Główne rośliny pozostawiłam w domu.
Przesadzone rośliny umarły jedna gałązka po drugiej. Najpierw te w szemranej spółce, gdy okazało się, że moje zatrudnienie tam ma charakter schyłkowy. Potem te w domu. Przy czym te w domu zostawiły sobie po jednej – dwie gałązce. I tak trwały. W następnych miesiącach jedna z roślin zaczęła odbijać.  Wypuściła badylka, potem kolejnego i kolejnego. Aż uzyskała rozsądne i dość efektowne gabaryty.
Jej siostra natomiast tkwiła uparcie z jednym pędem. Minął rok, kolejny. Gdzieś po drodze ta uparta roślina powędrowała do kuchni. Bo kuchnia od południa, więcej słońca, może ją to zachęci?
Nic. Roślina uparcie tkwiła w pojedynczości. Znowu minęło kilka miesięcy.
Wreszcie jakoś tak w grudniu, straciłam cierpliwość i rezkłam do niej:
– Dobra, decyduj się: albo umierasz, albo rośniesz. Masz czas do wiosny.
Albowiem kiedyś usłyszałam, że roślin nie wyrzuca się z domu na zimę, bo wiosną mają szansę, zimą -żadnej.
I oto tak ze dwa tygodnie temu, gdym w marcowym słońcu grzała plecy przez okno, ujrzałam rzcz niesłychaną: jasnozielony czubek nieśmiało wychylający się z ziemi tuż obok pojedynczego pędu.
I to jest dowód na to, że my ludzie myślimy, że wszystko wiemy, a tu dzieje się naraz coś takiego co poddaje to nasze przekonanie w wątpliwość. Bo jak wszystko, jak nie wiemy jakim cudem roślina reaguje na to co mówimy?
Albo to, co wczoraj mi się przytrafiło:
eM poszedł na basen, jak co niedzielę, ja się zajęłam sprzątaniem i innymi takimi rozrywkowymi rzeczami…Jak to w niedzielę. Tosia walała się po podłodze albo łaziła za mną, usiłowała ukraść mi kapcia lub skarpetkę, generalnie trzymała się starej jak świat zasady „im większy pies tym bardziej w przejściu”. Wreszcie dałam spokój rozrywce, zasiadłam do komputera. Tosia oczywiście nadal pod nogami.
Zapadła w bezruch, drzemała. I naraz się zaktywizowała. Zerwała na nogi, poleciała pod drzwi, zaczęła merdać ogonem i ewidentnie się cieszyć. Chwilę poniuchała, posapała, poleciała do pokoju, złapła w zęby zabawkę i stanęła pod drzwiami, z całą pewnością przygotowana do witania się. Spojrzałam na zegarek: była 13:05.
Tosia postała chwilę pod drzwiami, wreszcie ogon się zatrzymał, piesa powiedział „umf” i położyła się pod drzwiami.
Jakieś 30 minut potem w drzwiach stanł Pańcio najukochańszy z reklamówką ze sklepu. Acha, po zakupy był.
– A o której wyszedłeś z basenu? – zapytałam.
– Tak jakoś 13:05 –

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 9 komentarzy

123. Dwa lata

Całe życie byłam najmłodsza.
Młodsza córka. Najmłodsza wśród czeredy dzieciaków ciotki Maryśki i najmłodsza na spotkaniach rodziny ze strony ojca.
Potem dorośliśmy. I nadal byłam najmłodsza. Byłam tą, do której się mówi z lekceważeniem „życia nie znasz” na niemal każdy temat.
I zaczęliśmy się starzeć, a ja wciąż byłam najmłodsza. Choć babcią zostałam.
Gdzieś ta „najmłodszość” siedziała mi w duszy i mówiła, że mam czas, młoda jeszcze jestem.
Potem zmarła Baśka. A  ja nadal byłam najmłodsza. Bo była mama.
A teraz ze zdumieniem uświadamiam sobie, że to już dwa lata jak i jej nie ma.
I nagle stałam się najstarsza. I nie mam już do kogo zadzwonić i zapytać:
„a jak to było z tym jak Stary Kocur zabrał Małego Kotka na łajdactwo?”.
Ojciec kiedyś coś takiego opowiadał, chciałam powtórzyć, i nie pamiętam.
I straszne jest to uczucie, gdy ręka sięga po telefon, a mózg mówi „abonent bezczasowo wyłączony”. I dziwne.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 123. Dwa lata została wyłączona

122

Czy ta zima nigdy się nie skończy?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze