137. Tosia i ja. Oraz Wrona

I nadszedł wieczór dnia kolejnego,a upalnego do granic. O godzinie późno- popołudniowej wywlekłam Psa swego na spacer nad rzekę by umęczone upałem zwierzę w wodzie się ochłodziło.
Późne popołudnie w języku mieszkańców środkowej Szwecji oznacza mniej więcej godzinę 20. Psa schłodzić trzeba było pomimo posiadanej maty chłodzącej, której się Pies boi oraz pomimo włączonego wiatraka, którego Pies też się boi.  Ups…nie „boi” tylko „nie darzy zaufaniem”.
Poszłyśmy starannie wybierając trasę według schematu „w cieniu i najlepiej nie po asfaltowej ścieżce”, żeby zwierzak sobie łap nie poparzył. Oraz żeby Pańci słoneczko do cna zwojów mózgowych nie przepaliło. (Wciąż mam jakieś opory by zakładać kapelusz w mieście).
Minęłyśmy park z zieloną dzięki zraszaczom trawą, na której piknikowały dwie dziewczyny.
Minęłyśmy mocno zacieniony wielkimi bukami plac zabaw, na którym hasały dzieciaki.
Jednym niemal susem przebyłyśmy parking. I już byłyśmy nad rzeczką opodal krzaczka. Tośka wystrzeliła nagle do przodu, plażujące kaczory uniosły się dostojnie i z oburzonym kwakaniem odeszły kawałek dalej.
Prawie jak Sangwicz i Skoczwiski*

Sandwicz
Znowu intrygi.
Skoczwiski
Przeklęta Europa. ”

Tośka wlazła do wody po brzuch. Pochłeptała. Popatrzyła w dal, bo Tosia jak wiadomo ma duszę pieską-niebieską z filozoficzno -estetycznym kierunkiem. I czasem się tak zagapia jakby i ją zatrzymywał w miejscu zachwyt nad światem. Teraz zatrzymała ją w miejscu łódź motorowa, z gatunku tych bardziej luksusowych. Łódź powoli i ostrożnie zakręcała, na łodzi siedziało trzech chłopaczków. Chłopcy patrzyli na Tosię, Tosia patrzyła na łódź, albowiem Tosię fascynują sporty motorowodne. Nie, żeby miała sama uprawiać, ale popatrzeć lubi. Zatem patrzyła.
Łódź zawróciła,nabrała prędkości i odpłynęła. Woda się rozkołysała i fala podpłynęła do Tosi stojącej wciąż po brzuch w wodzie. Tosia prychnęła, zmierzyła wodę groźnym spojrzeniem, a potem wyszła na brzeg.
Idziemy dalej- zdecydowała-Ta woda tutaj nie umie się zachować.
Potem przed nami ukazały się dwa pieski prowadzące dwie panie. Pieski były wielkości Yorka, dlatego Tosia strasznie się chciała z nimi przywitać. Bo York z Yorkiem zawsze się dogada, prawda? (Przypominam, że w głębi duszy Tosia jest Yorkiem). Nie wiadomo dlaczego tamte dwa zaniosły się jazgotem. Tosia nie odpyskowała, bo pyskówki są poniżej jej godności.
Doszłyśmy do drzewka i ławeczki pod nim. Tu zdecydowałam, że dość tego dobrego, wracamy. Na co Tosia przybrała pozę „a założysz się?” czyli mówiąc po ludzku rozwaliła się na trawie. Przysiadłam na ławeczce. Tosia uznała, że ławeczka to dobry pomysł i też się tam przeniosła by po chwili stwierdzić, że jednak nie i wrócić na trawę.
Drzewko dawało cień. Od rzeki zawiewał wiaterek. Pachniało wodą i suchą trawą. Z oddali dobiegały stłumione odgłosy miasta, a poza tym cisza…

…cisza byłaby idealna, gdyby nie rozlegający się co chwila, tuż nad głową, głos:
-Kra! Kra! Kra!
Podniosłam oczy do góry.
Ptaszydła nie było widać w gęstym listowiu, ale musiało tam tkwić bo znów sie rozległo:
-Kra! Kra! Kra!
Tosia też podniosła głowę. Wreszcie zlokalizowałam czarno-szary kształt na gałęzi tuż, tuż nad moją głową. Duże ptaszydło.Wrona.
-Kra! Kra! Kra!- nawrzeszczała na mnie gdyśmy nawiązały kontakt wzrokowy.
To nie było przyjacielskie zagadywanie. W tym głosie było coś natarczywego, nieprzyjaznego.
To brzmiało jak:
„IĆ STOND! IĆ! SIO! SIO! ZJEM CIEBIE! I TWOJEGO PSA! IĆ STOND!!!!”
Nie dało się tego zignorować, w głowie natychmiast zaczął się wyświetlać film Hitchcoka…
Podniosłam się.
-Kra! Kra! Kra!
-Nie drzyj się, już sobie idziemy – odpyskowałam Wronie, która z gałęzi przeniosła się na asfaltową ścieżkę.
– Tosia, wejdziesz jeszcze do wody? – zaproponowałam obłudnie, żeby nie było, że przed ptakiem zwiewam.
Zerknęłam na Wronę. Udawała, że na mnie nie patrzy, ale tkwiła na ścieżce jak przymurowana, bokiem do mnie, z łebkiem odwróconym w przeciwną stronę. Ale prawe oczko wydawało się czujne.
Pomyślałam, że musi mieć tu gdzieś gniazdo i próbowałam się oddalić wbrew temu co na ten temat sądziła Tośka.  Bo Tośka, wylazłszy z chlupotem z wody, zwęszyła coś w wysokiej trawie nieopodal i całą stanowczością swych trzydziestu ośmiu kilo pociągnęła w tamtą stronę.
Łypiąc jednym okiem na Psa, drugim skontrolowałam Wronę, bo jej wrzask stał się jeszcze bardziej natarczywy. Dystans między nami jakby się nieco zmniejszył.
Ściągnęłam smycz z całej siły, odciągając psią paszczę od ciemniejszej plamy w trawie.
Gniazdo? Młode?
(Niebieski kwiat i kolce, niebieski kwiat i kolce…Byłoby łatwiej jakbym nie był daltonistą…)
Byłoby łatwiej rozpoznać jakbym miała okulary korekcyjne, a nie przeciwsłoneczne.
Wrona darła się już nieprzerwanie i coraz bardziej groźnie.
Tośka niechętnie dała się odciągnąć, ale kierunek z którego przyszłyśmy wybitnie nie leżał w jej zamiarach. Pociągnęła mnie w drugą stronę: wprost na Wronę.
– Tam nie! – wytłumaczyłam psu – Wrona się nas boi.
Nie dodałam, że co najmniej jedno z nas boi się Wrony.
Tośka pokornie dała się odprowadzić w kierunku, z którego przyszłyśmy.  Zerknęłam na Wronę. Nie krakała. Stała na ziemi,  jakieś trzy metry ode mnie i udawała, że na mnie nie patrzy. Udawała, bo chwilę wcześniej, kątem oka zauważyłam, że kica w moim kierunku z nastawionym wojowniczo dziobem.
Odwróciłam się do niej tyłem. Kolejne dwa kroki z wrzeszczącym ptakiem za plecami. Czy mi się zdawało czy ten głos się nie oddalał? Znowu zerknęłam przez ramię i zobaczyłam jak Ptaszydło znowu kica w moim kierunku wrzeszcząc swoje:
-KRRRA! KRRRA! KRRRA!
Widząc, że się do niej odwracam zacichła, znieruchomiała, zapatrzyła w dal, starnnie omijając mnie wzrokiem. Niewiniątko!
Kolejne kroki i kolejna porcja wyzwisk za plecami. Znowu rzut oka przez ramię. I znowu dystans między nami taki sam. Zatrzymałam się, odwróciłam.
Oczka zapatrzone w dal, cisza i ta niewinna mina.
Ktoś cię wyzywał? Naprrrrrawdę? Ktoś do ciebie pyszczył? Ojejej, jaka przykraaaaaa…
Znowu ruszyłam. I znowu ten natrętny, wciąż nieoddalający się wrzask. Nieoddalający? Mało tego: zbliżający się!
Zatrzymałam się, zamachałam rękami:
-Szszszszoooo! – zasyczałam groźnie.
Odkicała z powrotem pod drzewko nadal starannie omijając mnie wzrokiem.
Ruszyłam przed siebie, za plecami znowu słyszałam wrzask, ale tym razem już się oddalał.
Tośka popatrzyła mi w oczy.
– Aleśmy tej Wronie kota popędziły, co? – powiedziała.
Bohaterka, psia jej sucza mać…

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

136. Po powrocie

Wróciłam wczoraj późnym wieczorem.
Co było bardzo dziwne bo ten późny wieczór  (lądowanie było około 21.) był w biały dzień. I w biały dzień, nieco przed 23. dotarliśmy do domu. Zmierzchało.
Na lotnisku czekała mnie niespodzianka czyli komitet powitalny w postaci męża, córki i PannyS. Wnusia moja najukochańsza wystrzeliła do mnie nim zdążył ktokolwiek zareagować aż jakiś pan patrzył na nas z wyraźnym upodobaniem i stwierdził, żeśmy się chyba za sobą stęskniły…
No pewnie!
Słoneczko moje zasnęło w drodze z głową częściowo na moich kolanach. A ja patrzyłam i jak zawsze, pod długim niewiedzeniu (całe dwa tygodnie!!!) na nowo odkrywałam i dziwiłam się, że może na tym świecie istnieć coś tak…DOSKONAŁEGO w każdym calu.
Co jest głupotą bo racjonalnie powinnam wiedzieć, że każdy ma wady więc i PannaS musi je posiadać. Ale szukam w umyśle i …nie. Moja wnusia nie ma żadnych wad.
Jest IDEALNA.
Zaspaną wniósł ją dziadek na rękach do domu. Podobno nawet się nie obudziła.
A potem podjechaliśmy pod nasz dom…Nie bawiliśmy we wnoszenie tobołków. Najpierw Współlokator po prostu otworzył drzwi. Tośka wyskoczyła na schody i ją zamurowało bo dokładnie na przeciw stałam ja. I Pies wyraźnie zaniemówił i skamieniał z wrażenia. A potem ją zawołałam i prawie czterdziestokilowa kula szczęścia runęła na mnie. Wreszcie po prostu usiadłam na trawniku żeby pies miał blisko do lizania, a ja do głaskania. Biedulka, aż skamlała z nadmiaru radości.
Chodzi dziś za mną krok w krok. Wzdycha, wtula nos w moje nogi i ręce, tarza w mojej pościeli. Szczęśliwa.

Można rzec, że Polska witała mnie i żegnała gorąco, a Szwecja jest powściągliwa. Niby gorąco ale chłodkiem zawiewa. Ależ to prawdziwe.
Ogarniam pranie, kurze, bałagan na biurku.
Spać bym poszła, ale za dużo roboty.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

135. Polska

…i właściwie tyle.
Kilka dni spędziłam w domku na odludziu, pośród wzgórz…choć to już chyba pod góry podpada.
Jednego dnia wstałam wczesnym rankiem i poszłam na zdjęcia. Na łące byłam jeszcze nim słońce się wyłoniło zza góry. Co w sumie było łatwe skoro łąka pod domem niemal.
I było tak:

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 3 komentarze

134.

I zrobiło się lato.
Nie wiem na jak długo, ale póki co: trwaj, chwilo, trwaj.
Oczywiście, istnieje uzasadniona obawa, że jak teraz mamy lato to w czerwcu i lipcu będzie jesień. Ale jesień latem może być i bez tej ciepłości teraz, więc bierzemy co dają.
Zatem jest gorąco, gorąco, gorąco.
Pierwszego dnia gdy temperatura się podniosła powyżej 20stopni patrzyłam z bólem na mojego ziejącego psa i sercem mym targnął wyrzut sumienia. Bo już kilka miesięcy temu myślałam o zakupie maty chłodzącej. Ale wiadomo: jak lód trzyma, wiatr napieprza z północy, na chodnikach lód to człekowi pomysły na temat schładzania się mijają szybciej niż powstają.
No a teraz sprawa stała się nagląca.
Zamówiłam, zapłaciłam. Ludzie ze sklepu wykazali się dużym zrozumieniem i wyczuciem sytuacji albowiem transakcji dokonałam w poniedziałek po południu a wczoraj rano już miałam smsa, że mata czeka na poczcie. PIO-RU-NEM!
Upał miał przyjemność nie mijać a nawet wykazywał pewną tendencję wzrostową więc już cieszyłam na myśl o tym ile to szczęście psu swojemu sprawię.
A potem wsiedliśmy ze Współlokatorem w auto i pojechaliśmy na pocztę i po zakupy.
Ale.
Zanim co, zadzwoniła córka czy moglibyśmy PannęS zawieźć na balet bo ona się bardzo źle czuje. Moglibyśmy, bo potrzeby PannyS są w tym domu zawsze na pierwszym miejscu, a balet dla PannyS jest świętością! Córka wsiadła do samochodu, spojrzałam na nią, na jej opalone ciało, wystające spod bluzki kolorowe ramiączko…i wiedziałam.
– Opalałaś się?
– No, skąd wiesz?
– To masz udar słoneczny. Idź do domu, weź chłodny prysznic, wypij zimnej wody, schłodź się jak najbardziej, weź tabletkę przeciwbólową, bo samo nie minie.
Matko boska! Stara baba,  28 lat a taka  głupia, że ręce opadają. Po tym odkleszczowym zapaleniu mózgu też jej głowa jest wrażliwsza na różne przypadłości.
Na szczęście PannaS była już gotowa czyli ubrana, a co najważniejsze: uczesana w solidny koczek. Zostawiliśmy ją na godzinę pod opieką Walentiny i biegusiem po zakupy, żeby w godzinę się ze wszystkim wyrobić.
A jak się człowiek śpieszy to wiadomo: ten w aucie przed tobą ma inne pojęcie płynnej, kulturalnej jazdy, szlabany zamyka się właśnie wtedy gdy do niego dojeżdżasz, w kolejce do kasy przed tobą stoi babcia lat na oko 102 i właśnie tę chwilę wybiera sobie by porozmawiać o korzyściach jakie jej da karta stałego klienta gdy już przed tą babcią stała jeszcze inna babcia, która z namaszczeniem wyjmowała z portfela monety i banknoty wygładzając i układając pieczołowicie każdą sztukę.
Ale jednak zdążyliśmy na czas by PannęS nie tylko odebrać, ale nawet i zobaczyć w trakcie zajęć.
Mała chodzi do grupy zaawansowanej. Wraz z nią są jeszcze trzy inne dziewczynki. Jedna w tym samym wieku, dwie starsze o jakieś 3-4 lata. Te zajęcia to były jej trzecie zajęcia  w pointach czyli baletkach do tańca na czubkach palców.
Mnie się nie podoba, że Mała tych point używa już teraz bo wedle Sonji, mojej koleżanki ze szwedzkiego, która też jest nauczycielem baletu, na pointach zaczyna się tańczyć mniej więcej w wieku lat 12-14 w zależności od wyćwiczenia tancerza. To samo pisze taka jedna blogerka-baletnica. Ale Walentina jest Rosjanką, a u nich jest zasada: albo trenujesz być mistrzem albo daj sobie spokój. Oczywiście jej podejście MUSIAŁO zostać złagodzone ze względu na Szwecję, więc nie krzyczy, nie ustawia dzieci na siłę, stara się być łagodna, ale te pointy…
Chciałam protestować, ale ponieważ poza mną ani ojciec, ani matka tematu nie podejmują to co ja mogę? Prócz mnie to jeszcze tylko Macocha PannyS jest pełna dezaprobaty, bo też ma takie wiadomości.
Pisałam do Szwedzkiej Szkoły Baletowej z pytanie ale mnie olali.
No więc wczoraj mogliśmy popatrzeć na taniec PannyS. I jej koleżanek.
Oczywiście, że jestem bardzo subiektywna, że PannaS jest dla mnie ósmym cudem świata, doskonałością absolutną, i żadne inne dziecko na świecie, łącznie z moją córką i synem, nigdy nie było tak absolutnie wyjątkowe.
Więc może to wcale tak nie wygląda..? Może nie zawsze?
PannaS NIGDY nie jest zmęczona na balecie. Jakikolwiek miała wcześniej dzień – wykonuje każde polecenie nauczycielki najlepiej jak się da.  Jeśli jest wyciągnięcie nogi to na całego.
Walentina pokazuje jakiś ruch – dziewczynki próbują ją naśladować. Walczą z nogami, które nie chcą się zaplatać, z plecami, które okrągleją, z brodą zbyt opuszczoną…
PannaS po prostu powtarza ruch i jedyne z czym walczy to „wykończenie” na przykład: wyprostowanie palców dłoni, złączenie ich w odpowiedniej konfiguracji.
COŚ NIESAMOWITEGO. W dodatku, widać to wyraźnie jak zerka w lustro i porównuje czy jej poza jest taka jak nauczycielki i sama z siebie tę pozę koryguje, wyłapując właśnie te niuanse w postaci tych paluszków.
Staje na tych pointach tak jakby to był najbardziej naturalny ruch. Dziewczynki się chwieją, opadają, stają znowu…PannaS macha nóżką i robi piruety, ot tak sobie.
Jednocześnie jest niesamowicie skupiona. Ćwiczy bez uśmiechu, nie zerka w okno na nas i nie macha nam co chwila, patrzy w lustro i na nauczycielkę.
Na zakończenie panienki wykonywały układ jakiego się nauczyły. I każda wykonała swoją część lepiej lub gorzej. A PannaS zatańczyła swoje, a potem jeszcze dodała piruet, podskok i machnięcie nóżką.
Wcześniej sądziłam, że ten balet to taka zabawa. Teraz zaczynam myśleć, ze to małe dziecko, to kocha z całej siły, a w dodatku chyba naprawdę…ma talent jak mówi Walentina. I że może naprawdę trzeba dołożyć sił i posłać ją do tej Państwowej, Szwedzkiej Szkoły Baletowej w Goeteborgu. Tylko to wymaga przeprowadzki, bo przy szkole internatu nie ma, zresztą – nie wyobrażam sobie oddania dziesięciolatki do internatu.
Tylko: czy to dobre dla PannyS? Kariera artystki? Niepewny chleb, pokusy, wieczna dieta,choć to niekoniecznie sądząc po genach.
Mamy jeszcze prawie dwa lata…
Ale, ale wracajmy do naszych baranów.
O czym to ja..? A, mata chłodząca.
Odwieźliśmy PannęS do mamy i wróciliśmy do domu.
Rozpakowałam matę i położyłam ją tam, gdzie Tosia najchętniej leży. Potem przełożyłam to tu, to tam. Potem położyłam na swoim łóżu, potem schowałam pod prześcieradło. Potem jeszcze udekorowałam to prześcieradło kawałeczkami sera…
Pies matę omija wielkim łukiem. Na ser naszczekała, bo leżał poza zasięgiem paszczy i nie chciał do Tosi przyjść. No nie chciał, podły ser. A Tosia po niego nie mogła pójść po przecież Pańcia położyła to coś, co Tosię na pewno zje.
No. Tak to wyglądało.
I teraz pytanie: jak zachęcić durnego burka żeby jednak choć jedną łapą na te matę stanęła?
Z kotem nie byłoby takich ceregieli, kot by na tek macie leżał nim zdążyłabym ją rozpakować.
Ale Tośka jak wiadomo jest tchórzem ostrożna.
A Szwecja ma znowu długi weekend.
A ja za dni sześć lecę do Polski.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

133

Zabraliśmy wczoraj Tośkę na Kinnekulle.
Jeszcze zimą odkryliśmy takie miejsce, gdzie nic nie ma: parking, dwie rozwidlające się dróżki, z czego jedna zagrodzona szlabanem bo tylko dla pieszych co idą na górę. Wybraliśmy tę drugą.
Droga leśna. Po jednej stronie las, po drugiej zrąb. Po trzeciej inny las po czwartej chaszcze… Tośka buszuje tam w chaszczach tropiąc dzikiego zwierza. A my idziemy spokojnie. Bowiem nie ma na tej drużce rowerzystów, dziadków z kijkami, rodzin z dziećmi, innych psiarzy. Ot taka sobie zwykła, niezbyt piękna dróżka z znikąd donikąd przy której nic nie ma.
Wczoraj mama pannyS zaszczyciła nas swoim towarzystwem.
Dla mnie moja córka i mój mąż jednocześnie to zbyt wiele na raz. Nie pytajcie, nie wiem o co chodzi, ale pięć minut przebywania z tą dwójką skutkuje ogromnym zmęczeniem i irytacją. Możliwe, że nadmiar ludzi myślących i zachowujących się w podobny sposób…W każdym razie unikam jak ognia lub staram się wciągnąć jeszcze kogoś, żeby mi był wsparciem lub odskocznią od tych dwojga.
Ale to tak na marginesie.
Poszliśmy sobie niespiesznie, a potem wrócili. Zdjęć nawet nie było czemu robić, bo jeszcze na dodatek słońce się schowało za jakąś chmurę. Doszliśmy do parkingu i Tośka za widok samochodu skręciła w bok ku ławeczkom. Dobra, i tak ją chciałam na tej ławeczce uwiecznić oraz wyczesać.
No ale ile można?
Na hasło „Tosia, do samochodu” pies się przykleił do podłoża. Podeszłam – odwróciła się na grzbiet. Prośby, groźby, próba przekupstwa i łagodnej siłowej perswazji…Na nic. Psisko kłapnęło paszczą! Tyle, że to było takie kłapnięcie „zabierz tą rękę”. No aleeeee…kto tu rządzi? Huknęłam na psa, który wyraźnie zawstydzony zerwał się na równe nogi…Zatriumfowałam…na pół sekundy bowiem ta małpa wskoczyła na stół i się na nim rozwaliła. Patrzyła teraz na mnie z pozycji niby równej mi i miała cholera minę „i co teraz mądralo”. Sięgnęłam ręką do szelek…A tu warkot i już całkiem poważne kłapnięcie paszczą.
Uuuuu…kochana…tak to ty se Pańcia straszyć będziesz, nie mnie. Szarpnęłam szelkami w dół i huknęłam na nią jak najniższym głosem.
Przypięłam smycz, zwlekłam wierzgającego bachora psa ze stoliczka (ostrożnie, żeby małpie krzywdy nie zrobić). Już wiedziała, że nie wygra, ale jeszcze kombinowała, ale smycz ją zatrzymała. Zastanawiałam się co zrobię jak nie zechce wskoczyć do auta…Nie udźwignę 36kilo przecież. Na szczęście na to nie wpadła.
No i teraz muszę psa nauczyć, że jak Pańcia mówi do domu to nie dyskutujemy. Rozpuściłam bydlaka jak dziadowski bicz.
A pitolenie, co myślałam, że skończyłam odezwało się jeszcze raz w postaci nieogarniętego człowieka, który w piątek wieczorek był bardzo niemile zaskoczony gdy mu odmówiłam spotkania i zrobienia od ręki. No bo jakże to…on przecież by do mnie przyjechał…i jak to ja mogę mieć plany na przedłużony weekend? Jak mogę nie chcieć ich zmienić dla człowieka w potrzebie…
Byłam twarda. Zrobiłam co trzeba, wysłałam mailem, dalej niech se radzi sam.
W sobotę bowiem byłam u mojej koleżanki-klientki-fryzjerki. Wraz z Litwinką i jeszcze jedną Litwinką.
Mam teraz krótkie włosy. Bardzo króki, poprzetykane jasnymi pasmami. Podoba mi się…na razie.
Podsumowanie całego dnia u fryzjera? Stalowych magnolii to z tego nie będzie.
Oraz: cudze dzieci na dłużej niż 30 minut są niezwykle męczące i ich miejsce jest na podwórku a nie wśród dorosłych.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

132. Wiosna, ach to ty

Przedwczoraj zakończyłam „pitolenie” czyli założyłam ostatnią deklarację roczną mojemu klientowi.
Tu się nasuwają rozmaite wnioski i przemyślenia natury kulturoznawczej.
….tu wylałam różne brzydkie słowa na temat starych pryków zajmujących się księgowością przy pomocy liczydła i ludzi nie czytających ze zrozumieniem…
Wiadomo: roczne rozliczenia to dramat zazwyczaj.
No, ale skończone.
W tym roku się połasiłam na zarobek i zrobiłam kilka deklaracji dla osób prywatnych. I cały zarobek przepuściłam potem na PannęS,  heh.
Bo Babciu a ja się przewróciłam, bo mi się sznurowadło rozwiązało. I ja nie chcę mieć wiązanych butów, ale mama powiedziała, że nie trzeba mi kupować innych i jak mówisz, ze chcesz mi coś kupić do ubrania to możesz mi kupić buty, najlepiej takie, żeby się świeciły jak się w nich idzie, ale żeby nie były wiązane, ale na rzepy też nie babciu, bo to dzieci takie mają, takie, żeby gumka była tylko, ale ja sobie wybiorę sama, dobrze, i o te babciu te, tylko te jedne jedyne…
400kr…
Jedziemy do Małpiego Gaju?
Jedziemy, ale, ale…
Panienko, nie możesz jechać w tej koszulce bo krótka jest i luźna i jak będziesz zjeżdżała na zjeżdżalni to sobie plecy poobcierasz…Tak, kupimy po prostu dłuższą…ale nie tą? I tą też nie? I nie tamtą? Ale te co pokazujesz są krótkie i luźne i niczym się nie różnią od tej, którą masz na sobie…Nie płacz, no co ja zrobię, że … Łzy jak groch…Dobrze, a ta? To nic, że droga tak, że sobie bym w życiu nie kupiła choćby mi się nie wiem jak podobała…Ta jest z koronki, pod spodem ma jakby podkoszulkę, którą włożysz w spodnie, a właściwa koszulka jest krótka jak lubisz…tak, może być? Już achaaaa 3 w cenie dwóch? Dobrze, to już weź i tę co miałam ci kupić po wypłacie, i jeszcze coś sobie wybierz…
Ale babciu bo ja bym chciała jakąś koleżankę do małpiego gaju…
Ta nie może, ta nie może, ta nie może. W ostatniej chwili okazuje się, że mogą dwie inne zapytane niezależnie przeze mnie i kogoś innego. Co robić: trzeba wziąć dwie w takim razie.
Wejście 3x. 3x lody, slashe, cukierki…
Ale Panny zgrzane, a ta najważniejsza przeszczęśliwa…
Pies trącał kasę, miało jej nie być, a ten śmiech, to radosne świergolenie na tylnym siedzeniu w aucie nie ma ceny. (Nie mówiąc o świętym spokoju).
I poszszszłooo!
Wiosna poszalała w weekend z temperaturą i znowu pochłodniało. Wieje. Jak zawsze. Wolno, bo wolno, ale rośnie wszystko. Magnolie kwitną. Ptaki drą się tak, że w centrum miasta zagłuszają samochody.
Mam się dość dobrze. Pewnie za sprawą odkrycia Swojego Człowieka.  Fajnie jest po 10latach mieć znowu do kogo pysk otworzyć ot tak, żeby tylko popieprzyć głupotki…
I o.
Za trzy tygodnie Polska. Ach.
Aż mnie mrowi w podeszwach stóp i podkurczam palce.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

131. Ale czemu się złościsz?

„Nie złość się”
„Nie denerwuj się”
„Po co ta złość?”
„Czego się złościsz”
„Znowu jesteś zła?”
„Ty to wiecznie zła!”
„Uspokój się”

i tak co chwila…
Jak ja marzę o chwili, by móc się złościć, wkurwiać, wściekać, denerwować i co tylko jeszcze i nie słyszeć jak ktoś mówi, że mam się uspokoić, bo nie ma powodu się złościć.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 5 komentarzy

130.

Prognoza na dziś wygląda wręcz jak marzenie: 16 stopni i deszcz…
No nie wiem, na wszelki wypadek nie wierzę, zwłaszcza w te 16 stopni.
Narcyzy na skarpie przy rzece wylazły. Jeszcze nie kwitną, ale już są wysokie. A krokusów na drugiej stronie jak nie było tak nie ma. Ani cebulicy.
Mewy wróciły, wrzeszczą jeszcze nad wodą, ale już niedługo, jak tylko pojawią się ogródki mewy wlecą do miasta. I będą drzeć dzioby. Póki co w drzewach przy ulicy, w parku piszczy, kwili, brzęczy, dzwoni, krzyczy…krótko mówiąc: ptasie radio.
Wiosna.
Zjeżenie mi się układa, wygładza, znów staję się łaskawsza dla bliźnich ze wszczególnym uwzględnieniem Współlokatora.
No ja wiem, wiem, że w sumie to on nie jest winny temu, że jestem kolczasta, nieprzystępna, zamknięta i otoczona zasiekami z każdej strony. I że za chiny ludowe nie umiem inaczej. Taka karma, nie?
Póki co cieszę się tą wiosną, co dzień obiecując sobie, że jutro to już na pewno zamiast jeść nadmiernie pójdę pokijkować, jutro, albo nawet już dziś po południu. Potem przychodzi owa chwila i… Wieje, piździ, książka ciekawa, film, rozmowa, sto powodów…Jutro…
Swoją drogą najbardziej wkurzające jest to, że nie mogę tak normalnie funkcjonować. Jestem senna przez cały czas, właściwie nawet w tej chwili najchetniej położyłabym się spać. Żyję czekając na wieczór by wreszcie z czystym sumieniem iść spać. I śpię, aczkolwiek budzę się kilka razy w nocy. No chyba, że przyjdzie pełnia…Wtedy sypiam jak zając pod miedzą…A dzień nadal snuję się senna.
Noż…
Co mam zrobić, żeby do licha mieć więcej energii?
Wiem. Więcej się ruszać, mniej jeść, ograniczyć węglowodany. Ale wtedy robię się nieszczęśliwa. I zła. I wredna.
I tak w koło macieju.
Jak ja bym chciała tak nie mieć.

Poza tym przyjaciółka mnie ignoruje i jest mi przykro. Przestaję stukać.
Kiedyś stukałabym w zamknięte, ignorowała sygnały…I cierpiała z upokorzenia i odrzucenia.
Więc dziś się po prostu wycofuję. „Mam już na koncie większe straty” -myślę. I robię kolejny krok do tyłu.
Też chyba niedobrze, ale strach przed kolejnym odrzuceniem jest silniejszy.
W sumie, może o to chodzi. Zostać samemu, nie potrzebować nikogo, a przynajmniej trwać w przekonaniu, że skoro i tak zostanie mi odebrane, to lepiej się otorbić, przygotować zawczasu.
I tak se trwam. Coraz bardziej pojedynczo.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 3 komentarze

129

Mam podejrzenia, że to moje umieranie na katar było na tle alergicznym.
Bo nie wierzę w katar, który atakuje tylko jedną stronę,  do którego zbiera się przez tydzień (kręcenie w nosie, napadowe łzawienie oka, zasychanie w gardle) a potem znika całkowicie po dwóch dniach.
Ni chybi moja alergia rośnie w siłę i czas gdy w związku z tym przyjdzie mi odwiedzić lekarza zbliża się nieuchronnie. Mam też niezachwianą pewność, że praca sprzątaczki, ze szczególnym uwzględnieniem sprzątania w biurowcu gdzie jest więcej kurzu niż człek by się spodziewał, też mi się przysłużyła.
Dlatego nie, do diabła. Nie będę szukać innej pracy, bo jedyna na jaką mogę liczyć w Szwecji to tylko sprzątanie a i to z wielką łaską. Nie.
Współlokator zaczyna wysuwać delikatne sugestie. Znaczy w jego mniemaniu chyba delikatne. A ja mam jasne stanowisko: prędzej zmienię adres i współlokatora.
Wiem, że są tacy, co uważają, ze tylko pot i brudne ręce to praca.
Wiem, że są tacy, co sądzą, że taka praca uszlachetnia.
Ba! Wiem, że są nawet tacy co to lubią.
Jak lubią – wolna droga.
Ja nie znoszę. I kurde, w wieku 53 lat to już raczej nie polubię.

Za oknem wiatr i słońce. Chłodno, ale na plusie. Może wreszcie coś zacznie wyłazić z ziemi. Póki co – Tośce wyłażą kłaki w ilościach przemysłowych.
Ach, to przypomina mi, by zadzwonić do kolegi, który jest w Polsce by mi kupił tabletki od kleszczy dla Psa.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

128. O katarze i pryncypiach

Wiosna przyszła. A wraz z nią tradycyjna wiosenna infekcja w wyniku której umieram. Nie wiem na ile te strugi z nosa to wirus, a na ile alergia. Tak czy siak przespałam wczoraj cały dzień.
A poza tym mam dylematy egzystencjalne.
Na przykład,
Zrobiłam ciasto na święta. Jak zawsze wszyscy się o coś tam upominają, jęczą, że tak mało po świętach leży to i czeka w lodówce aż ktoś zje lub wywali.  Współlokator zwany inaczej eM deklaruje, że on to ciasto zje.
– To jedz, na zdrowie nawet wszystko – mówię – Mnie jakoś nie smakuje.
(Mnie ostatnio nic nie smakuje.)
– Taak? To znaczy zjedz bo nie dobre? – pyta Współlokator lekko jakby urażony.
Naprawdę? Popełniłam nietakt mówiąc szczerze?
Naprawdę, nigdy się nie nauczę kiedy należy mówić prawdę a kiedy kłamać.

Albo.

Dać drugą szansę  pewnej znajomości czy jednak nie?

I jeszcze w kwestii serialu This is us.
Dlaczego ten drugi sezon mi nie podchodzi. A już Święty Jack Pearson w ogóle nie.
Ostrzegam, będę zdradzała szczegóły więc jak ktoś nie chce wiedzieć, niech nie czyta.
Jest taka scena, gdy Jack i Rebecca kupują auto.
Cała rodzina się napala, no ale samochód jest drogi.
Jack zostaje sam na sam ze sprzedawcą i go przekonuje by mu to auto jednak sprzedał dużo taniej.
Mnie ta scena wręcz zirytowała.
Po pierwsze: rodzina ma niezbyt wielki budżet, a wielkie auto to duże koszty paliwa i ubezpieczeń. W filmie nie jest powiedziane czy płacą gotówką czy biorą na kredyt, co nie zmienia faktu, że przekraczają budżet. I Jack decyduje o tym całkowicie sam. Do tego sprzedawca samochodów ulega perswazji jakiegoś obcego faceta, który peroruje, że jego rodzina jest wyjątkowa.  Really?
Miało być „och, jaki ten Jack zaradny i jak dba o rodzinę”. Wyszło jak wyszło.
Poza tym scena gdy Jack wbiega do pożaru po psa. I to jeszcze rozumiem, ze poleciał tego psa ratować. Ale scenarzyści poszli dalej i Jack uratowawszy psa, poleciał do płonącego salonu po jakieś tam pamiątki. Naprawdę? Wali się płonąca chałupa, a facet lata po chałupie i zbiera albumy i jakieś tam bibeloty? Już pomijam nierealność tej sceny, ale wiecie co? Ja chyba nie byłabym zachwycona…
Ale oczywiście, ja funkcjonuję inaczej niż większość ludzi. I możliwe całkiem, że nie mam racji.
Znowu mnie powala osłabienie więc tymczasem, borem lasem…

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 128. O katarze i pryncypiach została wyłączona