30.

Znacie to powiedzenie, że przeziębiony mężczyzna nie walczy o zdrowie, on walczy o życie? Albo, że facet jak ma 36,7 stopni gorączki to umiera?
Albo…co tam jeszcze było? Coś o umieraniu na katar, chyba?
Ratunku! Jestem facetem!
Przeziębienie wyjęło mi tydzień z życiorysu. W poniedziałek umierałam, we wtorek uznałam, że leżenie w łóżku pomogło i skończy się na dreszczach i lekko przytkanym nosie. Oraz suchym kaszlu. We środę wstałam z takim bólem głowy, że byłam pewna, że mam wylew. Nabrałam prochów, ból lekko stłumiłam, ale ani lektura ani tym bardziej komputer nie wchodziły w grę. Nie mogłam też siedzieć, ani leżeć. Z tego wszystkiego poszłam na spacer a było cudnie: słonecznie, bezwietrznie, wiosennie. Słońce pokazało jak brudne mam szyby w kuchni. Więc je przetarłam z dwóch stron, ale nie od środka licząc na to, że nowoczesny płyn do szyb pokona stare przesądy mówiące o tym by nie myć okien w pełnym słońcu. Nie pokonał i gdy słońce schowało się za blok musiałam umyć je jeszcze raz. Od tamtej pory słońce się nie pokazało, więc nie wiem co z tego wyszło. W środę jeszcze wzięłam Tośkę na spacer na zamarznięte jezioro. Cudnie było wciąż, żałowałam, że nie mam aparatu, ale pies+lód+aparat=DRAMAT na 100%. Wróciłam do domu, z rozpędu usmażyłam pączki, pierwszy raz w życiu nie osiągając efektu kamienia. Ta środa była pracowita, roznosiła mnie energia tak, że nie mogłam zasnąć. Dodatkowo zasypianie utrudniał suchy kaszel. A we czwartek deklarowałam powrót do pracy.
No i wróciłam.
Spałam maksymalnie jakieś cztery godziny, po czym rano wstałam umierająca. Gorączka, zatkany nos, hucząca głowa i obolałe gardło. Po pracy usiłowałam spać, ale wyglądało to tak, że godzinę kaszlałam, drzemałam pięć minut w pozycji siedzącej a potem znowu kaszlałam. Przekaszlałam cały czwartek. W piątek do pracy powlokłam się siłą woli. Przyroda sprawiła wszystkim niespodziankę i obdarzyła świat cudną mżawką, która w połączeniu z minusową temperaturą pokryła wszystko równiutką warstwą lodu. Jakim cudem rwąca z kopyta Tośka nie zabiła mnie na chodniku podczas spaceru to nikt nie wie. Oraz nie rozumiem dlaczego ten pies zachowuje się jak szalony najbardziej wtedy gdy nie powinien. Bo tak, oczywiście, że chodziła na poranne spacery z psem. Bo kto niby miałby?
Usiłowałam oczywiście spać, ale nadal sypiałam w rytmie godzina kaszlu-5minut drzemki.
W rozpaczy zaczęłam przekopywać internet w poszukiwaniu domowych sposób na kaszel bo farmaceutycznych w Szwecji nie uświadczysz. W każdym razie: nie bez recepty. Tak jak ze wszystkim tak i z medycyna masz do wyboru syrop Bisolvan (czy jakoś tak) albo tabletki bisolvan. Na kaszel mokry i suchy. A ja czułam, że mi kurcze nie chodzi o zamianę kaszlu suchego na mokry. Tylko na uspokojenie szalejących rzęsek na śluzówce.Nawet usiłowałam to sobie wizualizować i przemawiać do nich. Rzęski wyglądały jak te elektryczne stworki u Muminków, ale ani uspokajające słowa, ani miód, ani cukierki Vick, ani cukierki na gardło nie powstrzymywały ani na chwilę ich szalonego tańca.
W piątek wreszcie się ugięłam i znajomościami wyżebrałam receptę na narkotyk. Dotrwałam dzielnie do wieczora, zapodałam sobie przypisaną dawkę i wreszcie szalona pląsawica moich rzęsek na śluzówce się skończyła. Pani w aptece dając mi pyszny syropek przestrzegła, że można się po nim czuć zmęczonym. Taaaak? No ale to przecież nie ja. Ja na wszelkiej maści uspokajacze reagują albo wcale albo na odwrót. Teraz było na odwrót. O północy byłam świeża jak szczypiorek na wiosnę. Po za tym, że telepały mną dreszcze, huczało mi w głowie, a nosa leciała Niagara. W sobotę też szłam do pracy, na króko jak zawsze, ale jak zawsze…na 5.30.
Jak przeżyłam – nie wiem.
Wróciłam z pracy. Podrzemałam. Poszłam z psem.Pokręciłam się, zjadłam, coś tam do zmywarki wstawiłam. Poszłam spać. I wreszcie zasnęłam. Wstałam po ponad dwóch godzinach. Była piata po południu. Ugotowałam żurek z torebki. Zjadłam na siłę. Posiedziałam chwilę gapiąc się w Gilmorki i poczułam, że oczy mi się same zamykają. To poszłam do łóżka. Zasnęłam. Dwie godziny później zdjęłam dres bo mi było za gorąco, nałożyłam piżamę…i poszłam dalej spać. Budziłam się co dwie godziny i byłam przekonana, że teraz to już nie zasnę…po czym przykładałam głowę do poduszki i odlatywałam.
Na dobre obudziłam się o ósmej rano. Dzisiaj. Podejrzliwie obejrzałam butelkę z narkotykiem, ale zawartość nie zmalała jakoś wyraźnie więc chyba nie raczyłam się syropkiem w lunatycznym śnie.
Spałam ciurkiem 13 godzin!
Teraz powinnam napisać, że wstałam pełna werwy i zapału…Ale nie. Pół dnia snułam się po domu, kwaśna, rozmemłana, nie senna ni przytomna…Jezu, jak ja nie lubię takiego stanu u siebie.
Pocieszam się, że katar powinien zacząć mijać. W zasadzie z nosa już nie cieknie. To, że zasmarkałam kilka chusteczek w ciągu ostatnich kilku godzin to zasługa Lorelai śpiewającej „I will allways love you” oraz Luke’a mówiącego „I just…like to see you happy” oraz słów Rory  „Mom. You’ve given me evething I need”.
Obejrzałam Gilmorki po raz setny. Pierwszy raz z lektorem (kiepskim), dzięki czemu mogłam popatrzeć na szczegóły. Np. na to czy widoki za oknami się zgadzają lub meble.
Od jutra zapowiadają temperatury plusowe. O 17 jest jeszcze jasno. O 7 już jasno…prawie.
No to…chyba idzie ku wiośnie, co?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarzy

29. Pochwała witaminy D3

Przywiozłam sobie z Polski jeszcze przed sezonem kapsułki wypełnione olejem z witaminą D3. Pod koniec października zaczęłam łykać.
Doświadczenia poprzednich zim wskazują, że w propagandzie na temat witamin D3 jest przynajmniej ziarno prawdy. W zimy gdy ją sobie systematycznie uzupełniałam, nie łapałam infekcji a i nastrój bywał lepszy. Gdy zaniedbywałam powtarzała się stara śpiewka: Panna S przychodziła z lekkim katarkiem, a na drugi dzień niżej podpisana umierała. Katar. Z kataru szło na zatoki. Z zatok spływało do gardła, podrażniając je. Gardło zawalone, gluty zatykające je w najmniej właściwej chwili. Z gardła bakterie szły z powrotem do zatok…i tak całą zimę.
W tym roku było jednak dużo, dużo lepiej.
Nic się nie zmieniło, poza tą jedną, skrupulatnie przestrzeganą rzeczą: łykanie witaminyD3.
Jakoś tak w grudniu eM załapał rotawirusa. W Szwecji to świństwo nosi miano magsjuka i w najmężniejszym potomku Wikinga wywołuje natychmiastową chęć ucieczki w chwili gdy tylko ktoś wymówi to słowo. Delikwent, którego dopadnie w pracy nawet najmniejsza niestrawność, jest natychmiast wysyłany do domu, a toaleta, z której korzystał zostaje zamknięta aż do przyjścia sprzątaczki, której obowiązkiem jest zdezynfekowanie pomieszczenia.
Przesada? Też tak sądziłam, w duchu śmiejąc się ze Szwedów, że się pieszczą, mają permanentną hipochondrię albo zwyczajnie migają się od roboty. Do czasu aż dopadło nas.
Kilka lat temu, Panna S była jeszcze maleńka i przywlekła zarazę z przedszkola. Od niej zaraziła się Misia.
Wiedzieliśmy, że cholerstwo jest zaraźliwe. Ale dziewczyny siedziały w domu same, nie mając co jeść, nie mając mleka. Bo z magsjuka do sklepu się nie wyskoczy. Nie ma mowy.
Weszliśmy tylko za próg, do przedpokoju. Postawiliśmy torby z zakupami i natychmiast wyszliśmy. Poza klamką – nie dotykaliśmy niczego. Dziewczyn nawet nie widzieliśmy…
Mimo wszystko wystarczyło.
Następne trzy dni to coś strasznego. Biegunka, wymioty, potworny ból brzucha oraz gorączka. Naprawdę, nie życzę tego prawie nikomu. Od tamtej pory, wystarczy, że ktoś koło mnie wspomni tę banalną niby dolegliwość a ja natychmiast marzę o ucieczce.
Wtedy w grudniu uciec nie było gdzie…Myłam ręce jak najczęściej i właściwie tyle w kwestii zabezpieczenia.
eM się wykurował. Chwilę potem pracowa koleżanka przyszła z wieścią, że jej synek właśnie poległ w walce z zarazą po czym następnego dnia okazało się, że ona także.
No, byłam na 100% pewna, że teraz już po mnie…Ale nie.
Nie zliczę ile razy w ciągu ostatnich czterech miesięcy całowałam i przytulałam zasmarkaną Pannę S. Pochorował się eM, pochorował Yankie…a ja nic. I już myślałam, że tym roku mi się wreszcie udało.
Aż do wczoraj. Cholera.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarzy

28.

Wieje, no wieje i rozwiewa mnie…
(Lech Janerka)
Zamiast porannego polewania wodą Tośka stosuje inne metody szokowe do wyciągnięcia człowieka ze snu. Sus z rozpędu na łóżko, mokry jęzor na twarzy, to początek. Doprowadzony w ten sposób do pozycji półpionowej człowiek (siad) zbiera swoje członki do gromady, by opuścić ciepły i przytulny kokon kołdry i zderzyć się z zimną podłoga. Albowiem dywanik przy łóżku jest już misternie zrolowany za sprawą psiej aktywności, a kapcie…cóż. Kapcie są, tylko zazwyczaj daleko. O ile uda się je znaleźć. Jak człek jest oporny na terapie szokowe to tu czeka go jeszcze jeden bodziec: wkładasz stopę, jeszcze ciepłą ciepłem spod kołdry w kapeć a tam mokro gdyż kapeć przed chwilą zaledwie znajdował się w obślinionej paszczy. Teraz to już, człowieku, na pewno nie śpisz. Ale może jednak? No to terapii szokowej ciąg dalszy. Sprint do przedpokoju. Tam leży, ukradziona wczoraj wieczorem plastikowa butelka po napoju. Łapie się butlę w paszczę, butla skrzypi i strzela niemiłosiernie, wypada z paszczy waląc o panelową podłogę  (bo kto by to robił w kuchni na podłodze plastikowej? albo na macie wyłożonej na środku przedpokoju, żeby się rozpędzony pies nie zabijał o drzwi łazienki). Hałas jest przy tym taki, że umarłego by podniosło. Człowiek, już spionizowany, zabiera butelkę, odkłada poza zasięg psiej mordy, ale pies w tym czasie leży i kwiczy ze śmiechu, bo butelka to tylko taka zmyłka była, żeby odwrócić uwagę od wycmoktanej kości wołowej. Ta kość, podrzucona do góry, spadając na panele czyni dość hałasu byś już teraz człowieku był na pewno całkowicie rozbudzony.  I nie ma znaczenia, że pies stoi na środku maty. Kość, butelka, cokolwiek twardego się znajdzie, zawsze spadnie tam, gdzie maty nie ma. W ostateczności można podrzucić kapciem drugiego człowieka tak, by ten kapeć walnął w drzwi, za którymi śpi drugi człowiek. Drzwi oszklone, dodam. Nie żeby je zaraz rozbijać bo i po co? Hałas działa równie dobrze, a konsekwencje mniejsze.
Kiedy więc spionizowany nareszcie człowiek pokona tor przeszkód i dotrze do kuchni w poszukiwaniu energiodajnej kawy Pies z westchnieniem pełnym satysfakcji z powodu dobrze wykonanego zadania układa się wygodnie i zapada w sen.
A ty, durny człowieku, jakżeś znowu z wieczora zaniedbał środków ostrożności to teraz sącz tę swoją pierwszą kawę, sącz. Ale nie myśl sobie, że dany ci będzie spokojny poranek. Bo już za chwilkę, za godzinkę, za pół, za dwadzieścia, za piętnaście minut Psu włączy tryb spacerowy. I terapii szokowej nastąpi ciąg dalszy.
I to było na tyle na tę chwilę.
Oddalam się do resztki wystygłej kawy, bo mam tylko 10minut…

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarzy

27. I co dalej Europo?

Nie masz czasami wrażenia, że zalewa nas bylejakość? Wszystko jest na teraz, na już, na chwilkę, żeby za chwilę móc zająć się czymś innym. Nie tylko książki są wydawane byle jak. Popatrz na ubrania, na sprzęty, na wszystko …Społeczeństwo zachowuje się jakby w ciągu ostatnich lat dostało ADHD. Ciągle potrzebuje nowych bodźców, nowych zabawek, nowych wrażeń. Ma się dziać i ma się dziać szybko. Poziom konsumpcji osiąga wg mnie zastraszające rozmiary. A najgorzej, że taki zwykły człowiek nie bardzo może się temu opierać. Bo jak mu się po roku popsuje telefon, a naprawa przekracza jego wartość, to kupi nowy bo idea ideą a ekonomia swoje. Kupujemy i kupujemy, a garstka takich Trumpów ma coraz więcej kasy.
Pamiętam czasy, kiedy moda trwała kilka lat. Dziś to, co noszone było latem jest niemodne. I nawet wiem skąd się to bierze. Najpierw najwięksi przenieśli produkcję do Azji, a potem zrobiła to cała reszta, żeby dotrzymać kroku konkurencji. A ponieważ zalała nas tania produkcja i można było obniżyć ceny sprzedaży, to żeby osiągnąć swoje, trzeba sprzedać więcej. Zastanawiam się do czego to nas doprowadzi. Przeraża mnie jak bardzo skurczył się rynek pracy w Europie.

Naiwni wierzą, że Europa wysławszy przemysł do Azji zachowa dla siebie stanowiska w zarządzie. To znaczy, że Azjaci będą pracować jak mrówki, a my Panowie z Europy będziemy tylko wskazującego palca używać do pokazania co jeszcze trzeba zrobić lub do przeliczenia coraz grubszego pliku banknotów. Co za bzdura!
Wyobraźmy sobie, że te wszystkie fabryki, które przenieśliśmy do Azji produkują nie ubrania, porcelanę czy auta, a broń. I teraz powiedzcie mi, że Azjaci mając u siebie całą technologię oraz linie produkcyjne do wytworzenia każdej broni jaką człowiek wymyślił, nadal będą ją wytwarzać w niewolniczych warunkach i oddawać sprzedawać ją Panom. Akurat! W najlepszym razie – zażądają tylko wyższej ceny. W najgorszym…I co im kto zrobi? Paluszkiem pogrozi?
Europa siedzi na wulkanie i tylko kwestią czasu jest kiedy ten wulkan wybuchnie.
Błędem było wysyłanie przemysłu do Azji. Błędem było przyjmowanie uchodźców. Do Europy napłynęła ogromna fala ludzi całkiem odmiennych kulturowo. Nie byłoby źle, gdyby tę masę można było zagospodarować ku obopólnemu pożytkowi. Czyli gdyby dać tym ludziom pracę. Ale pracy nie ma. Nie ma dla tubylców a tym bardziej nie ma jej dla przybyszów. Nic dziwnego, że nacjonalizm rośnie w silę. I będzie rósł, bo nacjonalizm idzie w parze z biedą. Czy to dziwne, że ktoś, kto ciężko pracuje by móc opłacić rachunki, kupić jedzenie i wykształcić dzieci oburza się, gdy jego sąsiad ma to samo nie kiwnąwszy palcem? Tylko dlatego, że przybył skądś tam, z daleka, z wojny, którą jego rodacy rozpętali?
Problem w tym, że Europa zjada własny ogon. Brak pracy czyli brak dochodów, a gąb do wykarmienia przybywa. I co teraz?
Najbardziej irytuje mnie jednak to, że ci, co nas w ten układ wpakowali, nie ponoszą konsekwencji.
Kto pierwszy zaczął wysyłać produkcję do do Azji, dawno, dawno temu?
A kto mieszał na Bliskim Wschodzie organizując, pokojowe oczywiście, interwencje w sprawie broni, której nie było?
Kto teraz siedzi sobie spokojnie i oddalony oceanami patrzy jak Europę zalewają uchodźcy?
I co dalej, Europo?

A jako komentarz trzy grosze od mojej przyjaciółki:
Europa dodatkowo sama produkuje uchodźców. Niszcząc ich lokalną działalność, aneksując tereny pod fabryki, gospodarstwa wielkoprzemysłowe i odbierając bogactwa naturalne. Przyczynia się też do wypalania lasów Indonezyjskich i dewastacji łowisk na innych kontynentach.
A co do Azji… Coraz więcej chińskich korporacji wzbogaca się na tyle, zeby przejmować zachodnie.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarzy

26. O mowo ludzka! dylematy językowe

Właśnie przeczytałam kolejnego Wallandera. Świetny, oczywiście, jak wszystko co wyszło spod pióra pana Mankella. Aż żałuję, że nie czytam po szwedzku i przekonuję samą siebie, że może warto się przemóc, zmusić choćby do kilku stron dziennie.
Ale ja nie o tym…
To co raziło mnie niezmiernie jest spolszczanie szwedzkich nazw miejscowości. Niektóre nawet dałoby się przełknąć, ale nie Ystad. Kurt jak wiadomo mieszka w Ystadzie…Grrrr…Brzmi to okropnie. Tak samo jak w Simrishamnie czy w Kopingu.
Tak mnie to irytowało, że zapytałam znajomą tłumaczkę (z francuskiego wprawdzie, ale zasady są pewnie takie same) czy to poprawnie i dlaczego.
Odpowiedziała mi:
Kasiek, mnie też skręca czasem, jak coś takiego przeczytam!
Jest tak: te nazwy, które się dadzą odmieniać „po polsku” – trzeba odmieniać (w tym oczywiście spolszczone: Tuluza, Liberec itp..). Nie odmienia się nazwa, do których nie da się dopasować polskiej odmiany (Capri, Hanoi, Turku), tych gdzie akcent jest na ostatniej sylabie (Grenoble – wym. „grenobl” – ale z wyjątkiem Cherbourg (Cherbourga) i tych, które mają „um” na końcu (Bizancjum, Monachium).
Czyli do Limoges pojechał (wym.[limoż}, akcent na ostatniej, i w zasadzie do Ystadu (choć to mi się nie podoba), do Karlskrony i oczywiście do Ardali!
Tylko że to łatwa teoria, a z praktyką (zwłaszcza redakcyjną ) jest gorzej… Niektóre książki w ogóle lecą bez redakcji, bo i tak się sprzedadzą – a wiadomo, że im więcej ócz na tekst spojrzy, tym więcej błędów wyłapie.

Teoretycznie mi wyjaśniła, w praktyce nadal mi to „w Ystadzie” zgrzyta. I chyba już  wiem dlaczego. Bo Ystad to nic innego jak Miasto Y. Simrishamn to Port Simris. A już Koping (Köping) to po prostu Miasteczko. Chyba dlatego mi zgrzyta bo to jest tak, jakbym mówiła, że mieszkam w Centrumie, bo dzielnica nazywa się Centrum.  W związku z tym nie, nie przyjdę na poprawny wg językoznawców system i nie będę odmieniała niektórych nazw. Nie. Zaufam mojej intuicji językowej.

Heh…Nawet internetowi się nie podoba owo „w Ystadzie” bo mi uporczywie podkreśla i proponuje zmienić na Stadzie, Ystad-zie, Ystad zie, Y stadzie oraz (tu robię oczy jak pięciokoronówki) Zadzierzyste.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarzy

25. Tośka myśląca

Wyszłyśmy na nasz poranny spacer. Tuż za domem, Tośka złapała coś w pysk. Coś, czego nie zauważyłam, w związku z czym nie zdążyłam warknąć „fuj!”. A skoro nie było „fuj” znaczy jest „mniam”. Złapała. Zacisnęła szczęki. Ciasteczko odsunęła nosem. Nie była to chusteczka higieniczna, którą mogłaby zeżreć, więc machnęłam ręką. Wiem, że im bardziej jej coś z paszczy wydzieram tym bardziej ona to w tej paszczy trzyma. A tak, po kilku krokach wypluje, bo będzie jej to przeszkadzało węszyć. Tak, jak robi to z dziecinnymi smoczkami.
Poszłyśmy. Tośka rwała przodem w jakimś przyspieszonym tempie, nie zatrzymując się na poniuchanie. Paszcza była konsekwentnie zamknięta, co oznaczało, że zdobycz nadal tam jest. Trasę, która zwykle zajmuje nam jakieś 10-15 minut pokonałyśmy w pięć. Dla mnie fajnie, bo ja lubię chodzić dość szybko . Dreptanie nóżka za nóżką męczy mnie okrutnie.
Minęłyśmy most, skręciły w stronę drugiego. Parę metrów dalej był placek rozkopanej jesienią ziemi i tam pociągnęła mnie Tośka. Wykopała dołek, wrzuciła to, co trzymała w pysku, a co okazało się małym kłębkiem sznurka. Zakopała dołek nosem. Odeszła kawałek, powęszyła, wróciła, dosypała ziemi, ruszyła do przodu. Obejrzała się na mnie. Obejrzała się znowu. Noż kurde! To bydlę mnie poganiało!
Wieczorem, w zasadzie po południu, ale o 17 jest u nas jeszcze czarna noc, więc wieczorem, Janki wziął psa na spacer. Kiedy wrócili i pies wpadł do mnie się przywitać natychmiast zauważyłam, że coś „upolowała” bo paszcza była mocno zamknięta.
Dałam wody, dałam kulek, Janki dwoma palcami podniósł z podłogi…kłębek sznurka.
– Byłeś za mostem? – domyśliłam się. Potwierdził.
– Kopała tam, gdzie ta ziemie świeża, tak prawie na przeciw kościoła? – Znowu potwierdził. I dodał, że sama go tam pociągnęła jakby się paliło.
Sznurek wylądował w koszu.
Nazajutrz rano poszłyśmy na spacer w innym kierunku. Bo ja nie znoszę chodzić ciągle tą samą drogą.
Ale Janki uwielbia rutynę, te same szlaki, takie same kolejności zdarzeń. Dlatego wieczorem poszedł znów „dookoła rzeki”. Z psem naturalnie.
Wrócili. I opowiedział mi.
Tośka ciągnęła jak wariatka w stronę rozkopanego placka ziemi. Gdy tam dotarła zaczęła kopać tam, gdzie był dołek. Nie znalazłszy nic zaczęła węszyć dookoła, coraz bardziej zdegustowana, coraz bardziej niespokojna i zawiedziona. Na koniec uwaliła się na tym placku całą swoją postawą demonstrując zniechęcenia i ogólną naganę: „co za złodzieje! podiwanili mi skarb!bandyci!”.
Nie, proszę mnie nie pytać dlaczego jednego dnia pamiętała,że go tam zakopała, a drugiego już nie pamiętała, że go stamtąd zabrała.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 5 komentarzy

24. Durnowaty sen

Ten sen był taki wyraźny i sugestywny…I tak cholera przystaje do aktualnej rzeczywistości …
—-

Jechaliśmy do jego domu. Płynęliśmy łodzią. Fala zalała mnie całą i mokre ubrania lepiły mi się do ciała. Wstałam, żeby wziąć coś, co mnie ochroni przed wodą, a wtedy jakiś facet poklepał mnie po tyłku. Odwróciłam się do niego ze złością na co on mi powiedział, że przecież w tej mokrej kiecce aż się proszę o takie klepanie i, że on jest tylko facetem i nie mógł się po prostu oprzeć.
Strzeliłam faceta w pysk, ale nie zrobiło to na nim wrażenia, miałam uczucie, że robię to za słabo, że powinnam walnąć go mocniej. Ale nie miałam tyle siły.
Kapitan łodzi kazał mi się uspokoić.
Facet z którym byłam nie zareagował.
  Znaleźliśmy się w jego domu. Wielki wieżowiec, mieliśmy wjechać windą widokową na 9 piętro, żeby przy okazji móc podziwiać panoramę miasta. Te specjalne windy były zajęte, więc szliśmy po schodach.
W mieszkaniu mojego chłopaka natychmiast wpadłam w krąg kobiet. Trzy starsze kobiety z radością rzuciły się na mnie, jedna z nich zaczęła nacierać mnie obręczą zrobioną z jakiejś szmaty.
Wszystkie się cieszyły, radością pełną złośliwości:
– Będziesz w ciąży, teraz zajdziesz w ciążę
Zrozumiałam, że ta szmaciana obręcz to jakiś talizman płodności.
– To mamy z Rzymu, to działa, to działa -cieszyły się.
Patrzyłam na nie nie kryjąc nienawiści. Wreszcie powiedziałam spokojnie
– Mam nadzieję, że wkrótce umrzecie a umierać będziecie długo i boleśnie.
Odsunęły się ode mnie, przestraszone moimi słowami.
A mnie się w duszy kłębiła satysfakcja ( jestem za stara na ciążę) z przerażeniem ( a co jeśli ..?) i protestem (mam już dzieci, mam dwoje, dorosłych dzieci, już nie muszę!).
Wtedy zza zasłony wyszła matka mojego chłopaka i powiedziała z jakąś chorą satysfakcją:
– Dziś jesteś płodna, dziś w nocy zajdziesz w ciążę.
Wtedy ze złością poderwałam głowę i rzuciłam wyzywająco:
– Jak zajdę to usunę!
Stare trzy kobiety podeszły do mnie, zajrzały w twarz.
– Gdzie to zrobisz? Znasz takie miejsce? Wiesz w którym to domu? – pytały, a ja nie wiedziałam gdzie, i cieszyłam się z tego, bo dzięki temu one też nie mogły wiedzieć.
Przez myśl przebiegło mi, że przecież jestem obywatelką szwedzką i mogę wyjechać i TAM to zrobić. Ale wiedziałam, że nie mogę im tego zdradzić bo wtedy mnie nie wypuszczą.
Pomyślałam, że przecież mogę nie uprawiać tej nocy seksu.
Usiedliśmy przy stole. One, ja i mój chłopak.
Matka powiedziała mu, że życzyłam śmierci jego ciotkom. I że powiedziałam, że usunę ciążę. czekałam na to co ON powie.
Otarł usta. Popatrzył na nie. I na mnie. Pełnym łagodności głosem rzekł:
– Ona jest z innego kraju, tam są inne zwyczaje i musimy ją zrozumieć.
– Mogłabym cię pokochać Wojcieszku  za te słowa – powiedziałam. I obudziłam się.

Bardzo jestem ciekawa co ten sen oznacza.
Śniłam przyszłość? Moje kolejne wcielenie? A może podświadomość mi coś mówi? Tylko co?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 1 komentarz

23. Szwecjo

jak ja cię coraz częściej nie lubię.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 8 komentarzy

22. Ale ja się czepiam

Obejrzałam niedawno „Kogel-mogel”. Znowu. Podobno jest to komedia kultowa…No nie wiem.
Głupia jak but z lewej nogi Kasia jakaś mnie nie powala, choć imienniczka. No bo według mnie jest po prostu głupia i to w dodatku głupotą wynikającą z głupoty.Śmieje się nie tam, gdzie powinna, buntuje nie tam, gdzie powinna, pakuje w sytuacje, gdzie osoba mająca choćby odrobinę oleju w głowie by się nie wpakowała. No, gra Błęckiej-Kolskiej też w przekonaniu mnie do tego filmu nie pomaga, choć nie powiem, film ma swoje momenty. (Najbardziej lubiany przeze mnie dialog „Ale przecież mówiłaś, że chcesz się rozwieść” „Ale ja z nim a nie on ze mną”).
Ale ja nie o tym…
Chodzi mi o końcową scenę, gdzie Kasia i jej luby proszą o rodziców o błogosławieństwo. Kasia mamrocze „ale ja na studia chciałam” a oblubieniec  odpowiada stanowczo „pójdziesz na zaoczne”. I Kasia pokornie zgina kark.
I to jest chyba to, co najbardziej mi się w tym filmie nie podoba. I może dlatego, Kasia wydaje mi się głupia, a gra aktorska drewniana. Może się czepiam.
Jest jeszcze jeden film, też z gatunku kultowych, którego zakończenie kompletnie mi się nie podoba. To Grease. W końcowej scenie Sandy przemienia się z grzecznej, ułożonej dziewczyny w rozpuszczoną dziewuchę w lateksie, z tapierem i papierosem. I wtedy Danny ma odwagę się przyznać, że się w niej zakochał.
Oba zakończenia filmu są dla mnie smutne. Po prostu. Bo w obu tych filmach dziewczyna musi wyrzec się swoich marzeń, swego ja żeby dostać miłość. Mnie się to nie podoba. I nie ma znaczenia w którą stronę idzie przemiana. Czy Kasia ze zbuntowanej staje się potulna czy na odwrót. Czy grzeczna Sandy zmienia się w wampa czy na odwrót. Nie zgadzam się, nie podoba mi się taki obrót spraw i takie lansowanie tego w kinie. Jasne, czepiam się, bo to tylko komedie ku uciesze gawiedzi.
A jednak…jakoś mi przykro. Może dlatego, że zawsze, ilekroć oglądam jakieś perypetie miłosne po napisach końcowych myślę o tym, co dalej… Może dlatego, że życie mnie nauczyło, że po sakramentalnym TAK problemy się nie kończą, a zaczynają? Chociaż Kogel-mogel pierwszy raz oglądałam jako panna, nie myśląca nawet zamążpójściu, a i tak uległość Kasi mi się nie spodobała.
O. Właśnie. Jako dziecko oglądałam w telewizji „Poskromienie złośnicy” i pamiętam, że w końcówce czułam też tylko smutek. Że jednak tę Kasię-złośnicę złamali. Czyli to nie doświadczenie życiowe.
Ale może się czepiam?
Ostatnio na fejsbuku siostrzenica udostępniła jakiś post o przypalonych tostach. Że mama podała je tatusiowi na kolację, a ten zjadł bez słowa skargi. Potem tłumaczył synkowi, że tak właśnie okazuje się wdzięczność za starania mamy, która tego wieczoru była bardzo zmęczona, ale jednak tę kolację przygotowała.
Pod postem wzdechy, achy i ochy, że to takie piękne. A mną zatrzęsło.
Jakie piękne?! Co piękne?! Że zmęczona kobieta podaje kolację? A mąż, łaskawie, o te przypalone tosty awantury nie zrobi? Ona zmęczona, on to widzi i pozwala się obsługiwać? To jest piękne? Nie, to jest obrzydliwe. I temu mężowi powinno być wstyd. Zamiast pogadanki do synka o tym jaki to on jest szlachetny bo docenił starania zmęczonej mamusi, powinien powiedzieć synowi „synek, zjadłem, bo dopiero jak mi je podała zrozumiałem, że ona jest zmęczona i to ja powinienem tę kolację zrobić. I zrobiło mi się wstyd, że nie pomyślałem o tym”. Bo wyobraźcie sobie, że wy padacie na twarz w robocie, a szef mówi, że docenia wasze starania, zamiast dać wam pomoc. Albo, że mocujecie się z jakimś ciężkim tobołem, a przyjaciółka zamiast pomóc mówi „ojej, naprawdę podziwiam cię, że dajesz radę”. Ja bym na takie słowa zareagowała agresją…
No, ale ja się czepiam, widzę szklankę do połowy pustą i w ogóle przesadzam.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 13 komentarzy

21. Normalnie

Jednak przeżycie grudnia i stycznia pochłania ogromną ilość energii. A tę wysysają te ciemności, powracające wichury, permanentna szarość.
Zafundowałam sobie dwa dni wolnego, bo nie wyrabiam. Świąteczne dwa tygodnie zabrały mi energię…Każdego ranka, wstając mam ochotę płakać. Znowu będę wykonywała te same czynności, w tej samej kolejności, w tym samym porządku pozdrawiając napotykanych ludzi. Robię od czterech lat i jeszcze chyba żadnego roku nie miałam tak przemożnej chęci by pizgnąć to i uciec.
To chyba stąd rośnie we mnie coraz bardziej natarczywa chęć wyjazdu. Choć na trochę zmienić klimat, widok, język i ludzi. Choć przez chwilę uwierzyć, że TAM na pewno jest lepiej.
Dobra, wiem, że wszędzie jest tak samo, że piekło to każdy ma swoje własne, które nosi w sobie. Więc umówmy się, że chcę wakacji, myślenia o czymś innym niż o obiedzie, sprzątaniu, spacerze z psem.
Wiedziałam, zawsze wiedziałam, że jestem niespokojnym duchem, nie wiedziałam, że jestem nomadem. Ciekawe czy kiedykolwiek znudziłoby mnie przenoszenie się z miejsca na miejsce?  Tak myśli kobieta, która do czterdziestego roku życia mieszkała w tym samym miejscu od urodzenia, która nigdy nie przekroczyła granicy Polski, nie płynęła statkiem ani nie leciała samolotem. Dziś marzy mi się wędrówka po całym świecie, bez stałego domu, bez adresu, bez kotwicy. A najbardziej mnie ciągnie na południe.
Moim marzeniem od zawsze był Paryż bo język francuski jest muzyką dla moich uszu. Mój pomysł na zwiedzanie to usiąść na ławce z ładnym widokiem (może być ogródek przy kafejce) siedzieć, patrzeć na ludzi, słuchać melodii ulicy, strzępków rozmów w języku, którego nie znam, przyglądać się wszystkiemu bez pośpiechu i skrępowania, czasem gołym okiem czasem przez wizjer aparatu.
Paryż od jakiegoś czasu już nie nęci.
A od niedawna woła mnie Lizbona. Woła. I woła. Od przyszłego miesiąca zaczynam zbierać pieniądze. Pojadę sama czy z kimś…nie ma znaczenia. Byle tylko ten ktoś nie narzucał mi stylu zwiedzania.  Pojadę w tym roku. Chciałam wczesną wiosną, ale może być wczesna jesień.
Co ja chcę tam znaleźć?
Oto jest pytanie…

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarzy