103. Nieudany start Nowego Roku

Jak niemal każdego roku byłam na Torget czyli głównym placu miejskim. W tym, a raczej w minionym już roku, rajcowie zapowiedzieli odstępstwo od utartej tradycji i zamiast fajerwerków zafundowali gawiedzi pokaz świateł laserowych.
Całe popołudnie padał śnieg i natychmiast się topił  więc miasto tonęło w mokrej brei. Wyjątkowo nie było nieustającego łomotu petard, który zwykle zaczynał się już we wczesnych godzinach porannych by w miarę jak płynie czas, przybierać na sile.
Dla mnie było to ważne bowiem pod opieką mam kotusię córki. Maja, bo tak się owe szare cudo nazywa, ma jakieś cztery miesiące. Jest małym wesołym rozrabiakiem, ale jest w swoim domu od miesiąca mniej więcej więc nie jest jeszcze pewnym siebie, zasiedziałym kotem. A Tosia choć jest jest przyjacielskim psem, jest wielka. I stresuje Maję ogromnie. Maja Tosię też stresuje. Bo Tosia…cóż…przyznajmy to uczciwie. Tosia w życiu prezentuje postawę: „ale ty idź pierwsza, ja będę osłaniać tyły”.
To był powód dla którego uznaliśmy komisyjnie, że przenoszenie Mai do nas na czas wyjazdu dzieci jest niewskazane. Tylko jak pogodzić dwa miejsca i opiekę nad dwoma różnymi zwierzątkami oraz jedną, dosyć smutną siedmiolatką?
PannaS dzień przed Sylwestrem dowiedziała się, że mama wyjeżdża. I że nie tylko mama, ale i jej partner oraz jego rodzice i rodzeństwo – w tym troje nastolatków, z którymi PannaS jest mocno zżyta.
Cóż, moja córka miała naprawdę poważny powód by jej ze sobą nie zabierać, ale nie pomyślała o tym, by to PannieS powiedzieć i w ogóle z nią porozmawiać i rozmawiać na ten temat.
W efekcie PannaS w dniu wyjazdu mamy była przeraźliwie smutna i nawet najukochańsi babcia z dziadkiem tego smutku nie przepłoszyli. Bardziej zadziałali jak plasterek na ranę, ale rana nie zniknęła, choć w Sylwestra rano dziecko już było pogodne jak zwykle.
Dzień nam płynął pospiesznie od lodowiska do spaceru z Tosią. Od spaceru do obiadu i filmu o misiu Paddingtonie. Od filmu do tańców w wykonaniu naszej domowej baletnicy.
Tu dygresja. (Kogo, nie interesują rewelacje z życia PannyS może opuścić).

PannaS jakoś ze dwa lata temu zaczęła chodzić na zajęcia z baletu w miejscowej szkole tańca. Nauczycielką była Rosjanka, była balerina, z wykształcenia choreograf i nauczyciel baletu. Czyli fachowiec. Walentina miękko, ale konsekwentnie uczyła te małe dziewczynki właściwych postaw i podstaw. A potem odeszła. Po prostu pewnego dnia powiedziała, że kończy pracę, pożegnała się i odeszła. Na jej miejsce na chwilę przyszedł jakiś chłopak, a po nim jakaś dziewczyna.
Jako, że PannaS jak wiadomo jest obecna w naszym życiu stale, zatem nie raz i nie dwa uczestniczyliśmy w lekcjach baletu. No i po zmianie nauczycieli nie dało się nie zauważyć, że zmiana nauczyciela jest na gorsze. Na dużo, dużo gorsze. Chłopak był na tyle krótko, że nie zdążyliśmy go nawet zobaczyć, ale dziewczynę już tak. Wyobraźcie sobie taki obrazek: sala do tańca, z lustrami i drążkami przy nim. Na tej sali, przodem do lustra stoi dość korpulentna osoba, w czarnej paczce (tak się chyba nazywa strój baletowy złożony z gorsetu i sztywnej, tiulowej spódniczce). Przybiera pozy baletnicy patrząc w lustro. Za nią kilka małych dziewczynek, które bądź usiłują zrobić to co Czarny Łabędź bądź robią wszystko inne. Czarny Łabędź nie koryguje tych co usiłują i nie zachęca tych co robią coś innego. Robi swoje, po prostu.
Popatrzyłam, zagotowało się we mnie. Bo owe lekcje nie są za darmo. Ba, one całkiem sporo kosztują, a wychodzi na to, że płaci się za oglądanie wątpliwego wdzięku tłustawej baleriny. Naśladować to PannaS może sobie z youtube i to nic nie kosztuje. A moja wnuczka kocha tańczyć! Kocha..! Powiedzieć, że kocha, to nic nie powiedzieć. PannaS nie żyje po to by tańczyć. Ona żyje tańcząc i tańczy niemal bez przerwy!
Tak też powiedziałam córce, czym utwierdziłam ją w decyzji, że taka szkoła to do niczego.
W międzyczasie plotka doniosła, że Walentina nie zniknęła a po prostu: otworzyła własną szkołę. Chwila grzebania w internecie i…tadam!
PannaS za chwilę zaczyna zajęcia u Walntiny. Cieszy się ogromnie bo przez ostatni rok wciąż ją wspominała i mówiła, że tęskni za nią. Choć jednocześnie jest pełna obaw czy sobie da radę, bo balet jest trudny a Walentina wymagająca. I w związku z tym ćwiczy. I tak na przykład wczoraj odkryłam, że moja wnuczka robi szpagat. Pełny szpagat!
Koniec dygresji.

Od tańca podryfowaliśmy do gofrów, a od gofrów do gry w monopol. To małe ogrywało nas sromotnie! Bez żadnej ściemy i udawania!  Grę przerwaliśmy dwadzieścia minut przed godziną ZERO.
Ubraliśmy się i w tłumie poszli na rynek.
Znaleźliśmy dobry punkt, ustawili PannęS na obmurowaniu fontanny, żeby zapewnić jej lepsze widoki. Była 23:45 na starym, ratuszowym zegarze.
Na balkon pod zegarem wyszła kobieta i zapowiedziała piosenkarkę. Piosenkarka wykonała dwie piosenki a capella. Obie smętnie a la marsz żałobny, obie wyciągnięte z wyraźnym wysiłkiem, który pewnie normalnie tuszuje podkład muzyczny. Przy czym tą drugą piosenką było Auld Lang Syne. Gdy Piosenkarka zrobiła pauzę na wzięcie oddechu, rozległy się oszczędne brawa, a mnie złośliwie przyszło do głowy, że widać nie tylko ja czekam aż skończy. Skończyła wreszcie. Znowu wyszła jakaś pani na balkon i zaczęła…czytać jakieś statystyki. Czytała monotonnie i bez emocji, tak, że dopiero po chwili dotarło do mnie, że skończyła statystyki a zaczęła czytać zwyczajowy, noworoczny wiersz, w którym co kilka wersów powtarza się tekst „dzwoń zegarze” czy też „dzwoń dzwonie”.
Było to tak zajmujące, że czytająca przegapiła iż wskazówka już minęła godzinę dwunastą, bo…zegar nie wybił. Tłum zebrany na placu niecierpliwił się coraz bardziej, tu i ówdzie rozległy się gwizdy.
Uff. Skończyła. Poszła sobie. Tylko, że…czas minął! Gdzieś w międzyczasie ludzie pootwierali swoje szampany, po cichutku i bez wystrzałów.
Zaczął się pokaz świateł. Kawałek jakiegoś marsza, migoczące smugi świateł. Marsz urwany ni w pięć ni w dziewięć i zastąpiony kawałkiem jakiegoś klasyka, który znowu urwany…Tak, jakby operator dopiero przygotowywał się do właściwego pokazu. Wreszcie zabrzmiały pierwsze takty piosenki Abby Happy New Year. Owszem: to piękna piosenka, owszem grupa szwedzka, więc jest jakby uzasadnienie, ale…Umówmy się: radosna to ta piosenka nie jest. Tłum na placu stał jak zamurowany. Nikt nawet nie śpiewał z Abbą, nikt nie próbował zatańczyć, a ta piosenka jest wszak melodyjna, że aż się prosi!  Klimat panował mniej więcej taki, jak przy Czerwonych makach na Monte Cassino.
Światła migotały, coś buczało i huczało, na skraju placu i w innych częściach miasta ktoś detonował fajerwerki.
Spojrzałam na PannęS…I zobaczyłam, że dziecko dalekie jest od radości. I w tym momencie zadzwoniła moja córka. Mała na hasło, że mama dzwoni tylko potrząsnęła głową, że nie. A chwilę potem po prostu się rozszlochała na moim ramieniu.
Bo Maja jest sama i pewnie się boi…
Bo tęsknię za mamą…
Bo…bo…
Moja teoria jest taka, że grzmiąca muzyka i kolorowe, migające światła rozstroiły nerwy mojej wnuczki i uwolniły emocje, które od kilku dni spychała głęboko. A nie były to dobre emocje, tak sądzę.
Poszłyśmy sprawdzić jak się ma kotek z nastawieniem, że być może tam zostaniemy na spanie jeżeli zajdzie taka potrzeba. Z Tosią miał zostać eM.
Kotek miał się dość dobrze, na nasz widok zaczął szaleć z ogonem jak szczotka. Na szczęście mieszkanie jest dobrze wygłuszone i huku nie było słychać w ogóle. Tak uspokojona PannaS zgodziła się wrócić do naszego domu (tylko dwie, wąskie, małomiasteczkowe uliczki dalej) i wreszcie się zaczęła uśmiechać.
Zasnęła.
A ja tłukłam się do trzeciej trzydzieści by obudzić o siódmej dwadzieścia…Dzień dobry bólu głowy!
Pomyślałam, żeby cały ten „nowy rok” tegoroczny opisać ku pamięci.
Z jednej strony drętwota szwedzkich imprez.
Z drugiej wnuczka, która chyba poczuła się odrzucona.
Córka wnioski wyciągnęła. A ja…ja i tak się martwię o wnuczkę. Co zrobić by nigdy więcej nie poczuła się odrzucona i porzucona?
Mówię wam: dzieci nie mają łatwo.
I oto jesteśmy w 2018.

…O matko, jak dobrze, że już po światach i znowu będzie normalnie. I dzień się wydłuża!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „103. Nieudany start Nowego Roku

  1. batumi pisze:

    Oj, wesoły Sylwester to to nie był… Nigdy więcej takich!

    • Kat pisze:

      wiesz…północ była kiepska ale to, co przed i po nie było takie złe. Ja nieimprezowa jestem, tłumy ludzi mnie męczą, świętowanie zmiany roku na wyższy jest dla mnie co najmniej głupotą, przeskok roku jest dla mnie tak samo ważny jak zmiana poniedziałku na wtorek. Ale fajnie było spędzić czas z wnuczką.

Możliwość komentowania jest wyłączona.