104. „Gatunek”- na wymarciu

Z Włoch przywiozłam sobie dzbanuszek do kawy. O, taki:
Śliczny był i kawę robił pyszną.  Mówię w czasie przeszłym, ponieważ mój Kawowy najwyraźniej miał jakieś wewnętrzne problemy czy emocje, które pewnego dnia postanowił  uwolnić. I uwolnił. We wtorek. Rano. Gdym po pracy szykowała sobie poranną kawę. Emocje uwolnił gwałtownie i dość wybuchowo efektownie wyrzucając z siebie wszystko to, co mu zalegało. A że Kawowego wnętrze składało się głównie z wody i kawy marki Lawazza mielonej to efekt był porażający.
Po prostu…W jednej chwili stał sobie Kawowy spokojnie na palniku w drugiej leżał zdruzgotany własnym wybuchem w kącie, a ja oraz wszystko dookoła pokryliśmy się piegami.
Co sobie pomyślałam…
No najpierw: o matko, jak to dobrze, że mi w pysk nie dał…Po czym zajęłam się wyszukiwaniem co się jeszcze mogła stać, by całej sytuacji dodać grozy.
No. Latając wściekle mógł wybić szybę. Mógł też wylać swą frustrację na psa, który ma w pobliżu miski. Mógł…Mógł to być na przykład szybkowar, nie?
Tu się zatrzymałam.
Nie, do licha! Nie będę uprawiać typowego dla mej rodziny po kądzieli wstecznego czarnowidztwa. Będę widzieć pozytywy.
O. Proszę. Pecha na ten rok mam z głowy. Zaliczyłam poważną, emocjonalną stratę, groźny wypadek, oraz wydatek materialny. To chyba dość nieszczęść? Teraz już będzie samo dobre. O. I mam wreszcie dobry powód by wydłubać kasę kiszoną na koncie firmowym „na podatki” i kupić porządny ekspres. Ciśnieniowy. Tylko czy mnie aby na pewno stać? One są drogie, jak oglądałam to mi się zakodowało, że jakoś tak nerkę czy coś musiałabym sprzedać.
Poszłam na stronę mojego ulubionego sklepu, bo wiecie…Wyprzedaże poświąteczne czyli tzw „mellandagsrea” może coś..?
Ale te wyprzedaże to ściema jest. Bo owszem coś tam niby obniżają, ale nigdy na to, czego ja bym chciała. Jakoś nie widziałam obniżki cen na aparaty fotograficzne czy właśnie ekspresy…Obejrzałam co mieli w ofercie i jedyne, co się mieściło w moim budżecie to kawiarki …na kapsle. No jeszcze nie zgłupiałam aż tak!
Poszłam do innego sklepu. I jeszcze innego. Wszędzie to samo. Nerka. Albo nerka + kawałek wątroby ze szpikiem kostnym w bonusie. Już zaczęłam rozważać pomysł sprzedania jakiegoś członka rodziny, ale okazało się, że z niewyjaśnionych dla mnie powodów do każdego z nich jestem dość przywiązana i wizja zamiany któregoś na dobro luksusowe jakoś odejmowało jakoś wartości temu dobru. No chyba, że… No wiecie, taki członek rodziny co to nie rodzina. Co to nie przyjeżdża z wizyta a z wizytacją. Co to „mamusia sprząta czy odlatuje?” Taaa… Bądźmy realistami. Tutaj mogłoby mieć miejsce zdarzenie odwrotne do zamierzonego czyli jak mówił poeta
„Chyba, że porwę żonę bogatemu komu
i: dawaj pan pół miliona bo ją puszczę do domu!”
Ale. Ale! Przypomniałam sobie o sklepie, który sprzedaje AGD takie nieco mniej modern. Wiecie. Czasy są teraz takie, że co zmiana pory roku to i zmiana całego wyposażenia domowego. Tak przynajmniej usiłują nas zaprogramować. W związku z tym producenci dóbr wszelakich co kwartał wypuszczają nową serię swoich produktów. Tu zaokrąglą kancik, tam powiększą kropkę nad i, tam wrzucą nową, jak-możecie-bez-niej-żyć-w-ogóle, aplikację. Oraz podkręcą cenę o kilka euro. I biznes się kręci. Ale jest w Szwecji taki sklep, gdzie sprzedają te produkty sprzed kilku epok. No bo coś z nimi zrobić trzeba. Na wyprzedaż się nie daje bo gawiedź się rzuci na taniochę i nie kupi zapałki z łebkiem z drugiej strony za podwójną cenę. I po to są takie sklepy dla bidoków, taka biedronka z AGD.
Poszłam. Mnie jest potrzebny ekspres, który zmieli mi kawę, a potem mi ją dość porządnie zaparzy. Nic więcej. No dobra, ewentualnie może być taki, w którym mogę zdecydować czy chcę kawę małą czy dużą.  Nie potrzebuję jakiś wymysłów, nawet spieniacza do mleka nie, bo mleko migdałowe się raczej pienić nie będzie. Dobra, nich mi pokaże, że trzeba go oczyścić, że kawy ma mało, albo wody. Nie, nie chcę takiego co go do wody trzeba podłączać, bo i tak nie mam jak. Nie, nie musi mi grzać filiżanek, bo kawę robię i od razu piję. Nie, nie musi pamiętać iluś tam wybranych opcji kawy, bo lubię jak kawa zawsze smakuje tak samo. Coś mi tam jeszcze system proponował, ale konsekwentnie odmawiałam. Tak, to ja. Utrapienie wszelkiej maści sprzedawców, która dopominam się zawsze o sprzęt „nic-nie-mający”. Bo ostatnimi czasy takie są tendencje, że sprzęt będzie za nas myślał. Bo po co zawracać sobie głowę jaką to ja kawę lubię? I jaką dzisiaj chcę? Przecież sprzęt może mi zaproponować dziesięć różnych kombinacji kawy, mleka i cukru a wkrótce pewnie zacznie sugerować, że nie kochana, wczoraj na śniadanie piłaś zestaw nr1, na lunch zestaw nr5, a zestawu nr8 nigdy nie bierzesz, więc dziś dam ci zestaw nr9. Nie, nie dam ci tej ósemki, bo ci mówię, że jej nie lubisz, dam ci dziewiątkę, i przestań mnie obrażać, bo zostaniesz ukarana…No….
Tak sobie wyobrażam naszą przyszłość.
A ja starej daty jestem. I lubię rano snuć głębokie rozważania nad kawą. Z mlekiem? A z jakim? Krowim? Migdałowym? Owsianym? Duża? Mała? Cukru ile?…
ANACHRONICZNA jestem. Taki gatunek na wymarciu, co to jeszcze lubi sam decydować o tym co robi. Dinozaur.
Znalazłam wreszcie taki nic nie mający. Postanowiłam, że o podatki w lutym będę się martwić w lutym. I wczoraj kupiłam dopłacając stówę za to, że mi przyślą w ciągu maksymalnie dwóch dni roboczych. Po południu dostałam maila, że wysłali. Trzymajcie kciuki, żeby doszedł dziś to jutro rano będę się mogła raczyć wreszcie dobrą kawą.
Bo jak nie to będę musiała na tę kawę czekać do wtorku. A to jak wiadomo jest strasznie długo.

UPDATE: JEST!! jest na poczcie do odebrania. Hurra!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „104. „Gatunek”- na wymarciu

  1. Ewa pisze:

    No! Szczęściara!
    Ja mam taki na kapsle (prezent) i czasem korzystam. A jak chcę kawę ulubioną, to zaparzam w takiej szklance-zaparzaczce z tłoczkiem. I dolewam dużo mleka. Zwykłego 🙂

    Pada u nas, wieje, ciemno jest, pozapalałam lampki, które udają świeczki. Kawa będzie później. Aha, no i kaszlę, jak… no strasznie kaszlę…

    • Kat pisze:

      O, to będę miała dla Ciebie prezent – tylko jak go nie zapomnieć?- Mam taki zaparzacz do kawy ze stali nierdzewnej, dwuścienny, miedzianego koloru z przykrywką i tłoczkiem. Kupiłam szukając sposobu na picie kawy i „nie manie” zgagi. Próbowałam zaparzanej w owym dzbanku, gotowanej, z ekspresu przelewowego, wreszcie z Kawowego. A kawa z Kawowego to to samo co z ciśnieniowego. I tylko ta ostatnia nie wywołuje zgagi. Więc …
      No bo jak żyć bez kawy? Jak? W tych ciemnościach?
      U mnie też pada, jest obrzydliwie, ale zaraz połowa stycznia to choć dnia będzie więcej

      • Ewa pisze:

        O 😉

        Janusz najczęściej robi sobie kawę z takiego dzbanuszka, jak Twój śp. Kawowy. Bo Janusz jest smakoszem i pije espresso, a ja więcej mleka niż kawy 😉

        • Kat pisze:

          Domyślam się, przy twoim ciśnieniu to kawa niestety głównie bezkofeinowa. A dzbanuszki generalnie fajne są

          • Ewa pisze:

            Nie, piję „normalną”, ale przeważnie tylko jedną dziennie.
            Bezkofeinową pije za to Ula. Mam dla niej zapas w domu. Kiedyś, jak Kuba był mniejszy, to zapytał, co ona pije. Espresso bezkofeinowe – Ula na to. Aha – odpowiedział – kofeinowe besso 😉 I tak teraz się nazywa to, co pija Ula 😉

          • Kat pisze:

            Ula pija besso 😛

Możliwość komentowania jest wyłączona.