105. Psy mojego życia

Pierwszym psem jakiego miałam była Alfa. Biała, ruchliwa, z czarnymi oczami i czarnym nosem. Przyszła do nas jako szczeniak, urodzony w zakładzie, gdzie pracował mój ojciec. Miałam ze trzynaście lat i nie był to wiek, by nawiązywać przyjaźń z psem z różnych powodów. Alfa odeszła szybciutko, złamana jakąś wirusówką. Kto by tam w latach siedemdziesiątych chodził z byle psem do weterynarza…
Następna była Simka.
Mała, ruda parówka na krótkich łapach. Można by rzec, że Simka miała w sobie coś z matki boskiej, bo każdy kto ją pierwszy raz zobaczył mówił „O Matko Boska!”. Simka przyszła do nas kilka miesięcy po śmierci mojego ojca, gdyśmy wszystkie trzy usiłowały posklejać życie na nowo. Znalazła ją nasza koleżanka i przygarnęła, by po kilku dniach odkryć, że jednak nie da rady mieć dwóch psów i tak Simka trafiła do nas. Musiała być około półroczna, bo wiem, że jeszcze urosła będąc u nas. Na początku nie szczekała. Milczała jak zaklęta, aż przyszedł do nas mój kuzyn, myśliwy i sprowokował Simkę do szczekania jakimś gwizdkiem.
Simka była z nami przez osiem lat. Przeżyła drugie małżeństwo naszej mamy, wyprowadzkę Baśki na Suwalszczyznę, wprowadzenie się mojej babci. Towarzyszyła Baśce i mnie 13 grudnia 81, gdy matka i ojczym zabrali nas na wieś, bo wojna, a na wsi bezpieczniej. To z Simką na smyczy zwiewałyśmy następnego dnia na piechotę z tej wsi, leżącej jakieś 5km od naszego domu. To z powodu Simki  szłyśmy znowu do domu w śnieżną, wigilijną noc kilkanaście dni później. To w jej grzbiet wypłakiwałam swoje żale, to ona grzała mi stopy i pocieszała spojrzeniem brązowych oczu.
Simka była psem mądrym i łagodnym, ale niezbyt towarzyskim. Ludzi na ulicy zazwyczaj ignorowała. No, chyba, że była to doktor Piórowa, która zawsze miała dla naszej Simki cukierka w kieszeni. A Simka była łasuchem ogromnym.  Godzinami potrafiła wysiadywać na przeciw barku w segmencie „Kętrzyn”, nieruchoma jak posąg ze wzrokiem wlepionym w ów barek, gdzie Baśka trzymała słodycze, skrupulatnie mi nam je wydzielając. Raz tylko widziałam Simkę nawiązującą kontakt z nieznanymi ludźmi: to wtedy, gdy wparowała pomiędzy bijące się dzieciaki i skacząc na każdego z nich rozpędziła bójkę. I dwa razy tylko widziałam jak Simka robi się groźna i atakuje. Za pierwszym razem Jan, cioteczny szwagier, przyszedł pijany w Dniu Kobiet i chciał złożyć życzenia mojej mamie. Zatoczył się jakoś, zamachał rękami,  Simka nasrożyła swą krótką, rudą sierść i rzuciła się na Jana z warkotem pokazując wszystkie zęby. Drugim razem zaatakowała sanitariuszy, którzy zabierali moją babcię do szpitala.
Rozumiała wszystko, ale absolutnie wszystko, co się do niej mówiło. Na hasło „kąpiel” chowała się za plecy mojej mamy. Kąpana i wykąpana obrażała się na mnie strasznie i nawet „krówka” nie sprawiała, by zechciała obdarzyć mnie najkrótszym choćby spojrzeniem. Po każdej kąpieli zaszywała się pod stołem i długo kazała się przepraszać.
Codziennie rano piła słodką herbatę. A pijała wyłącznie z metalowego kubeczka. Któregoś ranka moja mama zdenerwowana moją maturą zapomniała dać Simce herbaty i chwilę trwało nim mama pojęła dlaczego pies tak okropnie wali swoim kubkiem o ścianę.
Simka nauczyła mnie co to znaczy kochać psa i być przez niego kochanym.
Odeszła chyba trochę przez moją głupotę i brak umiejętności proszenia o pomoc. Zawiodłam ją strasznie w ostatnich godzinach i jej błagające, cierpiące oczy do dziś, choć upłynęło ponad ćwierć wieku, sprawiają, że kurczy mi się serce a na usta pcha się błaganie o przebaczenie.
Następna była Sara, znana jako Psunia, opisywana dużo i często na blogach. Mała, drobna, pokrzywiona kundelka, z jedwabistą, miękką sierścią czarną i brązową, z jednym uszkiem zawsze oklapniętym. Trafiła do nas jako kilkunastotygodniowy szczeniak, zabrany od mamy, która niby nie była bezpańska, ale o jedzenie i bezpieczne spanie musiała zadbać sama. Sara była niejadkiem. Na widok stawianej miski uciekała z kuchni z podkulonym ogonem i błagalnym spojrzeniem „proszę, proszę, będę grzeczna tylko nie każ mi jeść”. Boki miała wiecznie zapadnięte, ale ponieważ sierść na niej lśniła, widać było, że to nie jest bezdomny czy zaniedbany pies. Sara miała wielkie, waleczne serce i była bardzo niezależna. Długi czas zajęło mi zrozumienie dlaczego, gdy idziemy ulicą (Sara też chodziła bez smyczy) czasem nie zwraca uwagi na ludzi, a czasem rzuca się z zębami na niemal każdego.  Wszystko zależało od tego kto z nią idzie. Jeśli szłam ja i mąż – pies nie zwracał uwagi na nikogo. Jeśli ja sama – pies rzucał się ze szczekaniem na mężczyzn przechodzących zbyt blisko, ze szczególnym uwzględnieniem pijanych. Jeśli szłam z córką – tak samo. Jeśli szłam z synem pies rzucał się na każdego mężczyznę. Kobiet nie atakowała nigdy. Wreszcie musiałam zacząć ją brać na smycz na ulicy, bo bałam się, że ktoś ją kiedyś skopie. Puszczona luzem pod sklepem czekała pod warunkiem, że powiedziałam „czekaj”. Jak nie powiedziałam – szwendała się gdzieś i dopiero głośne wołanie zwabiało ją z powrotem.
Sara towarzyszyła mi w moich włóczęgach po lesie w czasie, gdy musiałam zrobić porządek w głowie.
Miała 12 lat, gdy przyjechała do Szwecji razem z Kociem.  Nie wyglądała na tyle. Wzbudzała zainteresowanie szwedzkich emerytów, którzy zaczepiali mnie z pytaniem co to za niezwykła rasa, bo Sara była naprawdę przepięknym psiakiem. Zawsze miałam ochotę odpowiedzieć „kundelbury”.
Zabrał ją nowotwór dwa lata później. Odeszła tak, jak pies odchodzić powinien: nie cierpiąc, na naszych rękach, oblana naszymi łzami, pożegnana i otoczona miłością i naszą wdzięcznością do samego końca. Poprzez miłość do Sary starałam się odkupić winę jaką mam w sobie po Simce.
A teraz jest Tosia. Bo chciałam raz w życiu mieć psa, którego sama sobie wybiorę i który nie będzie znał głodu, zimna i strachu.
Staram się kochać mądrze i dać jej wszystko to, czego nie umiałam dać Simce, a potem Sarze. Tosia też będzie u mnie do końca życia. Mam nadzieję, że do końca jej życia, bo nie chciałabym jej tego zrobić i ją opuścić. Bo Tosia jest MOIM psem. Tak samo jak Kocio był MOIM kotem.
Gdzieś w duszy mam przekonanie, że Tosia jest moim ostatnim psem, bo gdy jej czas się skończy ja będę już dość wiekowa (mam nadzieję) i mogę nie mieć siły na kolejnego psa. A na pewno nie na tak wielkiego. Tosia bywa samotna, widzę to, i nawet nasza ludzka miłość nie zaspokoi jej potrzeby obcowania z własnym gatunkiem. Chciałam mieć znowu psa i kota, bo to jak jin i jang. Ale myślę sobie, że byłby to egoizm z mojej strony. Bo kot dla psa to wciąż obcy gatunek.
A na facebooku wciąż wyświetlają mi się takie psie biedy…Nie uratuję wszystkich, ale może mogłabym dać dom jakiejś takiej psiej biedzie? I znowu choć trochę odkupić winę wobec Simki?
Myślę sobie, że jestem nieodpowiedzialna, bo kto trzyma dwa psy, w tym jednego wielkiego w mieszkaniu w bloku, w mieście? Ale z drugiej strony mieszkanie w bloku, w mieście jest o sto razy lepsze od kojca w schronisku, tak? Jest?
Pewnie jeszcze ze sto razy się rozmyślę i namyślę na nowo, ale mam takie marzenie, że gdy wiosną pojadę do Polski to wrócę stamtąd z psiakiem ze schroniska. Piesek ma być łagodny, żeby dogadał się z Tosią, PannąS i kotem mojej córki. Jeden z takich, które nie mają szans na adopcję. Starszy, niekoniecznie piękny (zresztą, każdy pies jest piękny gdy jest kochany), być może nieco chory.
Ale może to szaleństwo, dwa psy. Kto będzie z nimi na spacery chadzał, i kto go utrzyma i wyleczy jak zajdzie potrzeba?
Choć mam wciąż wiele wątpliwości to jedno wiem na pewno: jeśli już przejdę z jakimś psem przez bramę schroniska – to ten pies będzie u mnie do końca życia któregoś z nas. Bo nie opuszcza się członka rodziny.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „105. Psy mojego życia

  1. Krystyna pisze:

    Piękny wpis, ja myślę tak samo. Mam w życiu głównie koty ale raz miałam suczkę Azę. Ktoś wystawił do śmietnika pudełko z ledwo urodzonymi szczeniakami. W grudniu. Wszystkie znalazły domy. SAzę

    • Kat pisze:

      Aza! U mojej mamy w domu rodzinnym zawsze była jakaś suczka i zawsze miała na imię Aza. U mnie w domu jakoś się to nie przyjęło, ale brat mojej mamy, gdy już wreszcie sprawił sobie psa to ten pies, suczka, dostała imię Aza.

  2. Nie_ty pisze:

    Nigdy nie miałam psa i chyba nie będę miała, ale fajnie coś takiego przeczytać:)

    • Kat pisze:

      Kto to wie? Jak Morinka podrośnie i zacznie żądać może się ugniesz? ja wiem, że dobrze jest jak dzieci mają w domu zwierzę – wszystko jedno jakie, choć nie jestem entuzjastką gryzoni.

  3. Ewa pisze:

    Zrób tak. Jak tak czujesz, tak zrób.

    • Kat pisze:

      Nawet mąż już nie mówi, że może, tylko patrzy na różne takie i mówi: o, taki jakiś, nieduży…:D

  4. batumi pisze:

    Ajajajaj! To w takim razie można połączyć przyjemne z pożytecznym – przyjedź do Polski, a moja siostrzenica (weterynarz) znajdzie Ci pieska i będzie okazja się spotkać :-)))
    I jak ten ekspres, spełnił oczekiwania?
    Co do książek – nic nie powiem, ale ponoć jest taka jedna fajna…

    • Kat pisze:

      Psiaka mam zamiar wziąć ze schroniska, które należy do mojej starej gminy. Rozumiesz: „Rower poniemiecki, a kot czysto polski z miasta Łodzi” Bo wszystko co najlepsze jest na Warmii.
      Spotkać się można i tak. Daleko masz do Gdańska?
      O ekspresie muszę napisać szerzej.
      O książkach już nie rozmawiam póki nie przeczytam tego, co mam na Kindlu i w naturze

  5. 4_dina pisze:

    Pieknie to opisalas 🙂 zreszta jak zwykle. Ja rowniez mialam kilka psow w swoim zyciu i tego mojego najukochanszego – Sendiego, niestety on byl ze mna bardzo krotko, a to za sprawa choroby, mial niezyt jelit… A wczesniej i potem, w moim zyciu krolowaly koty. mialam tez inne zwierzaki, byly swinki morskie, chomiki, krolik, a nawet myszki, wiecej grzechow nie pamietam, chyba wymienilam wszystkie, no oprocz rybek, ale one byly slubnego.

    • Kat pisze:

      Ja nie lubię gryzoni w domu. Ani żadnych świnek. Ani ptaków. Z rybkami bym się pogodziła, ale musiałby mi ktoś zrobić ładne, duże akwarium a potem o nie dbać, to tak mogłabym popatrzeć 😀

Możliwość komentowania jest wyłączona.