107. Ada wróciła do domu nieco wcześniej niż zwykle:

Kiedy stanęłam w drzwiach domu moja matka przestraszyła się teatralnie
– Wyrzucili cię z pracy!
– Nie, zmęczona jestem, wyszłam wcześniej – wyjaśniłam. To była prawda. Od początku roku pracowałam dużo, niemal dzień w dzień zostając w pracy do późna.
Majka przylgnęła do mnie wyraźnie ucieszona tym, że mnie widzi.
– To dobrze, że jesteś. Może ja bym do kościoła poszła- powiedziała moja matka niepewnie.
– A może i ty byś poszła?
– Po co?
– Popielec dzisiaj.
Westchnęłam i pokręciłam głową
– Mamo, raz wróciłam wcześniej, naprawdę nie po to by marznąć w kościele. Lepiej z Majką pobędę.
Matka się naburmuszyła.
– Bez Boga żyjecie, tak nie można. Jaki ty dziecku przykład dajesz?
– Oj przestań – zniecierpliwiłam się – Od kiedy ty taka pobożna jesteś? Jakoś mnie do kościoła nie prowadzałaś jak byłam mała…A gdzie Andrzej?
– Wrócił i zasnął. On się nałazi w tej pracy, musi odpocząć. Nie obudź go
Zacisnęłam usta, żeby nie powiedzieć nic więcej.
Tak, wysypia się w dzień, potem do późna ogląda telewizję bo nie może spać, nie dając też spać mnie i Majce.
Nie dbając o zachowanie ciszy weszłam do naszego pokoju, gdzie na wersalce spał mój mąż. Przed nim na stole stały dwie czarne puszki po piwie. Puste oczywiście. Rozkleił powieki gdy ze złością pchnęłam puszki, które spadając narobiły hałasu. Oczy miał mętne.
– Piłeś – powiedziałam
– Tylko dwa piwka – uśmiechnął się przymilnie.
Rozejrzałam się w około.
Byłam w domu od niecałego kwadransa i już miałam ochotę z niego wyjść.
– Mamo, mogę Króla Lwa? – zapytała moja córka.
Pokiwałam głową, uruchomiłam odtwarzacz.
– A obiad jadłaś? – zapytałam córkę. Pokiwała głową zajęta śledzeniem przygód ulubionego bohatera.
– Dobre było? – usiłowałam nawiązać z nią rozmowę.
– Ohydne. Ale sycące! – odpowiedziała mi cytatem z bajki śmiejąc się. Ja też się roześmiałam. Przytuliłam ją i zaczęłam oglądać film razem z nią, ale moje myśli szybko uciekły od przygód małego Simby.
Myślałam o tym, że nie powinnam była zakładać rodziny. Nigdy. Kochałam Majkę najbardziej na świecie, ale nie umiałam się szczerze interesować tym, co przeżywa moja córeczka.  Rysowałam z nią gdy prosiła, bawiłam się, chodziłam na spacery, ale zawsze nudziło mnie to śmiertelnie i niecierpliwie czekałam chwili, gdy dziecko zajmie się samo sobą bym ja mogła robić coś innego.
To samo z mężem. To prawda, że przed ślubem niewiele nas łączyło poza moim wielkim, jak wtedy sądziłam, uczuciem, a które znikło szybciej niż wybrzmiała przysięga w kościele. A gdy ta moja rzekoma wielka miłość zniknęła nie mogłam znaleźć niczego więcej w tym związku. Nie miałam o czym rozmawiać z człowiekiem, który teraz drzemał obok mnie na wersalce, zamroczony kilkoma wpitymi po pracy piwami. Czy gdybym była lepszą żoną to on byłby lepszym mężem? Czy piłby mniej? Czy miałby więcej zapału by cokolwiek poprawić w naszym życiu?
Te smętne rozmyślania przerwał powrót matki z kościoła. Wydawało mi się czy wróciła wcześniej niż się spodziewałam?
Kiedy wyszłam do przedpokoju zobaczyłam, że jest szara na twarzy.
– Co się stało? – zaniepokoiłam się.
– A jakoś mi tak się zrobiło…Zaraz położę się na chwilę i mi przejdzie – i nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć znikła w swoim pokoju.
Popatrzyłam w ślad za nią, a potem uchyliłam drzwi
– Potrzebujesz czegoś? Może herbatę ci zrobić? – nadal nie wyglądała dobrze- Może pogotowie?
Słabo machnęła ręką.
– Nic mi nie będzie, daj spokój. Poleżę chwilę i zaraz mi przejdzie. Jakbyś mogła to zrób mi herbatę- poprosiła.
Wycofałam się, a gdy chwilę potem przyniosłam jej herbatę zobaczyłam, że drzemie.
Nie budziłam jej. Popatrzyłam chwilę na jej twarz bez śladu makijażu, spierzchnięte wargi, których nigdy nie pociągnęła nawet zwykłą ochronną pomadką. Na wysuszoną skórę rąk, których nigdy nie smarowała żadnym kremem i nie chroniła rękawiczkami jakkolwiek bym ją prosiła. I jak zawsze ogarnęły mnie ambiwalentne uczucia: z jednej strony było mi jej żal, z drugiej czułam złość.
Rozkleiła powieki:
– O, dziękuję córeczko – powiedziała z niezwykłą dla niej czułością. -Ja zaraz…
– Leż – nakryłam ją kocem.
Zajęłam się bałaganem w kuchni. Grzechotanie naczyń obudziło wreszcie Andrzeja.
– Co robisz? – zainteresował się.
– Sprzątam, nie widzisz? – burknęłam.
– Co ty znowu taka zła? – odburknął.
Odwróciłam się do niego.
– Matka znowu zasłabła. A ty zamiast zająć się Majką po pracy, idziesz sobie na piwo – powiedziałam.
– A ty co robisz? – odciął się – Ciebie za to nigdy nie ma w domu!
– Mnie jak nie ma w domu to jestem w pracy – usiłowałam mówić spokojnie.- I nie chodzę codziennie na piwo. Już nie pamiętam kiedy cię widziałam trzeźwego.
– Nie przesadzaj, to tylko piwo. Raz od wielkiego dzwonu wróciłaś wcześniej do domu i zaczepki szukasz. Trzeba było lepiej siedzieć sobie w pracy! – i nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć złapał kurtkę i wyszedł z domu trzasnąwszy drzwiami.
Wszystkie wyrzuty sumienia natychmiast ze mnie wyparowały. Została tylko złość.
– Znowu się pokłóciliście – powiedziała z rezygnacją moja matka stając w progu.
– Gdzie tata poszedł? – dorzuciła swoje Majka.
– Powiedziałam, że za dużo pije – wyjaśniłam cicho matce. I dodałam głośniej – Poszedł do swoich rodziców, wróci wieczorem.
Maja patrzyła na mnie uważnie.
Cały wieczór myślałam, że naprawdę lepiej byłoby gdybym znowu została dłużej w pracy. A następnego dnia z ulgą do niej pojechałam.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „107. Ada wróciła do domu nieco wcześniej niż zwykle:

  1. Krystyna pisze:

    Bardzo ciekawie piszesz, chciałoby się wiedzieć co było wcześniej i co będzie dalej. Chyba masz talent! A co z tą pierwszą książką? Coś się dzieje? Mam kilka książek blogerek, chętnie kupiłabym i Twoją. Pozdrawiam!

    • Kat pisze:

      To co teraz piszę to właśnie ta książka. Napisałam opowieść z punktu widzenia jednego bohatera, a potem okazało się, że warto napisać z punktu widzenia Ady. To piszę. Dlatego na razie nie szukam wydawcy

  2. Diana pisze:

    Zaczytałam się …

Możliwość komentowania jest wyłączona.