109. No i wreszcie zima

Jak w tytule.
Nie jest to zima taka, jaką ludzie sobie wyobrażają gdy mowa o Szwecji. Żadnych zasp, śnieżyc, zamarzniętych jezior i skutych lodem rzek. Żadnych tam mrozów, sprawiających, że Szwedzi założą dłuższe niż do kostek skarpety. Żadnych tam sportów zimowych na świeżym powietrzu w naturalnej i dzikiej scenerii. Nie w środkowej Szwecji w każdym razie.
U nas jest śniegu jakieś pół centymetra, mrozu też mniej więcej tyle czyli tak około -3 w porywach do -5. No, ale wyszło słońce. I to sprawia, że mniej niż zwykle jestem zła to białe, co leży na chodnikach. Słońca to u nas nie było co najmniej miesiąc. Mówię o takim prawdziwym słońcu, takim na błękitnym niebie a nie tym bladym powidokiem, który się kilka razy pokazał.
Ale generalnie rzecz biorąc szwedzka zima jest taka jak cała natura szwedzka. Lagom. Taka: bez przesady, taka: udajemy, że robimy, żeby nikt się nie czepiał, ale nie za bardzo bo to też nie ładnie, bo powiedzą, że zawyżamy normy.
Przedwczoraj i wczoraj była u nas PannaS. W piątek ograła nas sromotnie w Monopol. Och jak się cieszyła, ale zanim to najpierw straciła prawie wszystko bo musiała Dziadkowi czynsz zapłacić za hotel. Oj, łzy poleciały, choć strasznie nie chciała ich pokazać. A potem się odegrała i wygrała. Kiedy Dziadek musiał jej zapłacić czynsz za hotel cieszyła się radością lekko zakrawającą na triumf czyli nie ważne, że ja wygram ale ważne, że ty przegrywasz.
– Eeeee – upomniałam ją z niesmakiem – A chwilę temu sama byłaś w takiej sytuacji. Miło by ci było jakby dziadek tak się cieszył z twojego pecha?
Ucichła i lekko się speszyła. Potem już tak nie triumfowała. Wygrywać też trzeba umieć, prawda? Może nawet jeszcze bardziej niż przegrywać.
Wygrała i nareszcie się gra skończyła.
Nie lubię gier planszowych, nudzą mnie okropnie, tak samo jak karty zresztą. Jeszcze warcaby albo chińczyk gdzie gra jest dynamiczna i co najważniejsze: KRÓTKA to pół biedy.
Ale coś trzeba robić jak dzieciak przychodzi bo inaczej kończy z nosem w komputerze, a to nie jest dobre.
Muszę sprawdzić czy spodoba jej się gra w okręty. Ja tę grę akurat do dziś lubię.
A wczoraj odprowadziliśmy Pannę S na balet do nowej szkoły do starej nauczycielki.
Jakieś dwa lata temu PannaS zaczęła chodzić na balet gdzie nauczycielką była pewna Rosjanka w średnim wieku. A potem Rosjanka zniknęła i zastąpił ją ktoś inny. A potem ktoś inny.
A potem okazało się, ze Valentina ma własną szkołę. I PannaS, która wciąż powtarzała, że tęskni za starą nauczycielką, poleciała tam jak na skrzydłach.
Wczoraj miała drugie zajęcia już w nowej szkole. Valentina obrysowała jej stopę bo sprowadzi dla niej baletki do stania na palcach czyli tzw pointy. A jak nasza Balerina się nauczy tańczyć na tych pointach natychmiast pójdzie o dwie grupy wyżej, bo doskonale sobie radzi.
A potem Valentina pokazała PannieS do jakiego ustawienia ma stopę wyćwiczyć. I wiecie co? Od patrzenia mnie zabolało jak jej te maleńkie stópki prawie w rulonik zwinęła. A nasza panienka tylko głową kiwnęła. Twardzielka, mówię wam. I co najważniejsze: nikt jej nie zmusza, traktujemy to sportowo, jako formę ruchu. Chce tańczyć, lubi to, bardzo proszę, lepsze to niż siedzenie z nosem w ekranie. Mama ją posłała jeszcze na zajęcia z innego tańca, ale PannaS chce tylko balet.
A tym balecie to robi o takie rzeczy (jakość zdjęć fatalna bo z telefonu z daleka, przez szybę i bez błysku).
Tu jedna z podstawowych póz:


Tu szpagat, którego nauczyła się nie wiadomo kiedy i który robi sobie ot, tak…

Nad nią Valentina, którą ucięłam celowo i specjalnie.
A poniżej ćwiczenia przy drążkach

Jak się wam kiedykolwiek zdarzy oglądać balet to nie dajcie się zwieść wrażeniu, że baletnice to takie eteryczne, delikatne panienki. Jak widzę na tych lekcjach co Valentina robi z tymi małymi to myślę sobie, że baletnice to są twardzielki i wojowniczki śmiało mogące konkurować z takim Rockym.
Za tydzień lub dwa obiecałam przyjść ze swoim Nikonem i porobić porządne zdjęcia by Valentina mogła je wrzucić na stronę. Wtedy może i wam pokażę coś porządniejszego.
Ale póki co dumna jestem z mojej wnuczki niesłychanie.
Acha… A przy okazji grania w Monopol okazało się, że mała po szwedzku czyta już prawie płynnie. A zaraz potem odkryłam, że równie dobrze czyta po polsku. Wiecie: zna te wszystkie ż, dź, ó…
No i czy te dzieciaki nie są genialne?
Teraz tylko pilnować by nic nie popsuć.

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „109. No i wreszcie zima

  1. eva pisze:

    Naukę tańca en pointes wg światowych norm zaczyna się około 11 roku życia. Często zapominamy, że taniec to sport, a niewłaściwie prowadzony trening może prowadzić do kontuzji.

  2. Nie_ty pisze:

    Piękne! Ballet potwornie ciężki… Hmmm… sport, ale za to do końca życia daje wdzięk i prawidłowa postawę dziewczynce. Sama chodzilam hobbistycznie cztery lata, ale umiejętności miałam dużo marniejsze niż twoja wnuczka:)

    • Kat pisze:

      wiesz, PannaS to po prostu uwielbia, jest to jej pasja, na chwilę obecna tak wielka, że zaczynamy myśleć o posłaniu jej do profesjonalnej, całodziennej szkoły. Ale to nie wcześniej niż za 2 lata i pod warunkiem, że sama będzie chciała.

  3. Krystyna pisze:

    Ja pamiętam, że w Polsce do szkoły baletowej przyjmowano dzieci dziewięcioletnie. Nie wiem jak teraz ale podejrzewam, że tak samo. Fantastyczna jest Twoja wnuczka i nawet na tych nieostrych zdjęciach widać jaka jest śliczna.

    • Kat pisze:

      do szwedzkiej szkoły baletowej też przyjmują od 9 roku życia, ale to szkoła całodzienna, gdzie tańczy się i trenuje co dzień po kilka godzin. PannaS chodzi hobbystycznie, 1godz w tygodniu.
      I..Oczywiście, że jest śliczna!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *