117.

Obejrzałam wczoraj „Wszystkogra” i…rozczarowana jestem dogłębnie. W sumie to tak: piosenki nawet ładnie zaśpiewane, aktorzy grali nieźle, a właściwie aktorki, bo faceci w tym filmie w zasadzie nie grają, tylko są. Ot, takie słupy, okoliczności przyrody takie same jak drzewa. Poza tym fabuła spłaszczona do granic możliwości. Więcej wyrazu można znaleźć w pierwszym lepszym ogłoszeniu prasowym. Ja rozumiem, że piosenki miały opowiadać fabułę, ale jednak jak Kinga-Roma w pogodny wieczór idzie mostem i śpiewa „Autobosy zapłakane deszczem” to przy całym kunszcie wykonania ta piosenka mi w tym miejscu kompletnie nie pasuje.
Właściwie jedyny moment kiedy coś się zadziało w tym filmie to gdy bohaterki śpiewały na trzy głosy „Naprawdę jaka jesteś” i tu nawet ten tekst przypasował.
Generalnie jak dla mnie był to przypadkowy zlepek scen a w roli kleju miały wystąpić piosenki.
Lipa. Nie jestem z tych co uważają, że polskie kino to dno i metr mułu, wręcz przeciwnie, lubię i z przyjemnością oglądam polskie produkcje. No ale ten film mogłam sobie darować. Miałam chęć na Córy dancingu, ale chyba sobie odpuszczę. Na razie przynajmniej.
Przerzucam ostatnio książki, jedna po drugiej bo jakoś w klimat wpaść nie mogę.
Zaczęłam czytać „Zmodyfikowany węgiel” zmęczyłam jakieś 30% i po prostu uznałam, że strata czasu i energii. Zasypiałam nad tym. Matko boska, jak ja nie lubię w powieściach opisów walk, dla mnie równie dobrze mogłoby to brzmieć „to wtedy on tak a tam tak, a potem oni tak, to tamten im tak”. Oraz skrupulatnych opisów pościgów i ucieczek…
W między czasie usiłowałam zainteresować się opowieścią Adama Bieleckiego i Dominika Szczepańskiego „Spod zamkniętych powiek”. Tu znowu chaos opowieści, styl wypracowania szkolnego mnie zniechęcił. Ale będę jakoś pomału wracać, bo to o górach, więc wiadomo. Ale ech…Gdyby tak Wawrzyniec Żuławski zmartwychwstał i zechciał spisać opowieści naszych himalaistów.
Zostawiłam zatem obie pozycje. Tym bardziej, że grzebiąc w szafie znalazłam jakieś czarne, opasłe tomiszcze zatytułowane „Black Out”. I to już mnie nieco bardziej zaciekawiło, być może dlatego, że to, co tam się dzieje jest tak bardzo prawdopodobne i sama nie raz się zastanawiałam: a co jakby w całkowicie zależnej od elektryczności Szwecji nagle zawaliłaby się cała sieć?
Nieco przeraża jednak ilość stron: 780! A na tych stronach pomiędzy niezbyt wartką akcją upchana jest cała masa informacji o tym, jak działa sieć elektryczna w Europie i dlaczego, wbrew pozorom, powszechne zgaszenie świateł o tej samej porze może być niebezpieczne.
Poza tym idzie wielki mróz. Dziś jest -6, ale powiewa z lekka, a w powietrzu wciąż sporo wilgoci, więc jest obrzydliwie.
PannaS utknęła w Polsce. Były ferie w zeszłym tygodniu, K. macocha PannyS zabrała dzieci „swoje, twoje i nasze*” do Polski. Polecieli w niedzielę. W poniedziałek jedna z siostrzyczek PannyS została wysypane ospą. W związku z czym omijały ją wszelkie atrakcje, a trzeba przyznać, że K. zawsze dzieciakom wyszukuje fajne rozrywki, głownie kulturalne. Teatr Lalek, jakieś muzea, kino…
Mieli wracać w minioną niedzielę. Najmniejsza z dziewczynek wylądowała w szpitalu z zapaleniem płuc.
No, wczoraj już było dobrze, ale nie ukrywam, że byłam zaniepokojona. Niby nie jestem z nimi tak blisko, ale jednak poprzez wnuczkę są mi jakoś bliscy. A poza tym ta dziewusia ma niewiele ponad roczek.
Trauma po tym jak maleńka Misia leżała w szpitalu…
I takim to sposobem PannaS załapała się na dodatkowy tydzień wolnego od szkoły.

*K. ma syna z poprzedniego związku tak jak Tata PannyS ma PannęS. A potem urodziły im się jeszcze dwie dziewczynki więc mają, jak w tym dowcipie, dzieci swoje, twoje i nasze.

—-
Coś jeszcze?
A, tak.
Okazuje się, że szefowa szuka miejsca gdzie miałabym przepracować ten czas wymówienia. Ciekawa jestem gdzie wyśle? Oraz zastanawiam się na co „zachorować” tak by starczyło na jakieś 6-8 tygodni, ale by nie uniemozliwiło pracowania u siebie. No chyba, że mi nowy urlop będzie przysługiwał…
Nie ukrywam, że jest to trochę stres, bo jak to: mam jeździć 60km w jedną stronę po to by popracować np. 1,5 godziny? Popracuję 1,5 godziny a stracę na to cały dzień. A nic bliżej nie mają. I tak, to zgodne z prawem: do 100km mogą mnie przenosić jeśli w mojej miejscowości nie ma dla mnie pracy.
A ja kalkuluję tak: dojazdy będą mnie kosztowały + czas, którego nie będę miała na pracę dla np. Pera Erika. To mniej więcej tyle ile mi urwą za zwolnienie lekarskie.
Zatem na co by tu zachorować?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „117.

  1. Ewa pisze:

    Chciałam napisać, żebyś „skręciła” nogę w kostce… ale się przestraszyłam, żeby się nie spełniło. No więc, nie wiem 🙂

  2. batumi pisze:

    Mnie to samo przyszło od razu do głowy, więc uważaj!

    • Kat pisze:

      Nadmieniam, że co najmniej 6 tygodni będę musiała być chora. A bez lekarza mogę być chora tylko 7 dni. Więc skręcenie nogi nie przejdzie.
      Myślę, że moja depresja mnie jednak zaatakuje…Albo problemy ze stawami, na które uskarżam się od zawsze.

  3. malwa51 pisze:

    O kurcze pieczone. Codziennie tak, czy jakas czesc etatu?
    To moze; popracuj kilka dni – i jakas kontuzja. Lod jest, nogi moga uciekac w rozne strony 😉 Potem znow troche popracuj i przeziebienie – w grypowych czasach nikogo to nie powinno dziwic. Niektorzy moi byli koledzy z pracy w dwutygodniowym takcie tak przeziebieni bywali. (Rzecz w oswiacie – szwedzkiej rzecz jasna. Generalnie ludzie sobie daja luzy zima i nie dziwie sie im.)
    Super ze caly czas piszesz 🙂 Zdjecia super. Zimowa Tosia – miodzio 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.