118. Upps ..I did it again…

To miała być tylko taka wymówka! I nie teraz, cholera, za miesiąc dopiero!
Znowu zamieniłam pomysły w fakty dokonane. Szłam sobie z Tośką i napotkaną znajomą. Tośka szła grzecznie, nieco węszyła, ale nie ciągnęła ani nic…
I naraz. No po prostu szkoda, że państwo tego nie widzą, 100/100 czy jak tam teraz oceniają jazdę figurową na lodzie. Piękny szpagat, piękny!
Ingvor zamiast bić brawo patrzyła z przerażeniem na moje wyczyny,  Tośka przyleciała z końca smyczy w podskokach, cała radosna, pani w samochodziku oznaczonym „opieka i służba zdrowia” (czy jakoś tak) zatrzymała się przy krawężniku w celu udzielenia pierwszej pomocy.
– Ojej, ojej, a może zadzwonić po pomoc? – denerwowała się Ingvor.
Jaka pomoc? Jakie pogotowie, potrzymaj mi psa i patrz!
Posiedziałam chwilkę na lodzie, który udawał  chodnik. Potem podałam znajomej smycz i czepiając się siatki stanęłam na dwóch nogach. No i co z tego, że bólu było mi słodko w ustach w oczach latała czerwona ćma, nie będę z taką pierdołą dzwonić do nikogo!
Taaaa…nawet telefonu nie wzięłam bo po co mi telefon jak idę oblodzonym chodnikiem z postrzelonym psem? Przecież i tak nie będę dzwonić.
Doszłam do domu jakieś dwa dni później. To znaczy tak mi się wydawało, że idę i idę  i idę, we wtorek chyba stanęłam pod klatką.
Po drodze pokłóciłam się z psem, bo z kimś musiałam. O to, że lód na chodnikach, i że nienawidzę zimy właśnie dlatego, i dlaczego ci debile co dzień nie sypią tych kamyczków skoro w dzień rozmarza i kamyczki topią się w kałużach a w nocy zamarza, a ty Tośka mnie nie wkurzaj, nie ma węszenia, w nosie mam twoje plotki i nie ciągnij mnie pod ten płot bo mnie w końcu zabijesz ty głupku, tak teraz to chcesz ciasteczko…!
Kolanko podwoiło swą objętość, na propozycję zimnego okładu zaprotestowało gwałtownie. A ja miałam perspektywie trzygodzinną wyprawę do sklepu polskiego bo się tam z klientka umówiłam…Nie no, z mężem i samochodem, ale jednak.
Pojechałam, wróciłam…Nie pytajcie jak.
Teraz okopałam się na łóżku. Woda, komputer, telefon, książki, robótka…Chrzanię, nie wstaję do wiosny!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „118. Upps ..I did it again…

  1. Ewa pisze:

    Postanowienie z ostatniego zdania popieram!
    Ale… kolanko, to nie żarty, zwłaszcza podwojone…

    • Kat pisze:

      no wiem, ale znając szwedzką służbę zdrowia uznają, że złamania nie ma, bo ruszam, jak się będę upierać to zrobią mi rtg. A potem jak będę narzekać to wyślą speca od gimnastyki korekcyjnej…
      Więc tkwiłam w łóżku, przeczytałam pół książki, poszłam spać. A teraz wstałam i bardziej niż kolano boli mnie kostka w drugiej nodze.
      I tak zdziwiona jestem, że nic innego, bo zwykle po upadku bolą jeszcze wszystkie okoliczne mięśnie, ale albo już ich nie mam, albo przywykam 😛

  2. Krystyna pisze:

    Współczuję.

  3. malwa51 pisze:

    Zdrowia. A Toska sie poczuwa? 🙂

    • Kat pisze:

      A niby dlaczego miałaby? Pańcia jest kierepła, to ma problem. Tosia jest grzeczna, bo nie zwiała, jak pańcia w szoku popuściła smycz

      • malwa51 pisze:

        A czekaj. Bo w sumie sie zgubilam 🙂 Zrobilas popis baletniczy bo Toska nie ciagnela, nie ciagnela, az pociagnela? Czy byl to Spontan Zupelny a Tosia nic tu nie zrobila?
        Tak czy siak, wspolczuje. Po podobnym wyczynie na lodowisku (taki … szpagat z mocnym uklekiem) z jakies 10 lat temu rwie mnie do tej pory… mam nadzieje ze u Ciebie reperkusji nie bedzie.

        • Kat pisze:

          Szpagat z mocnym przyklękiem zrobiłam sama z siebie, bez pomocy psa. Proszę psu moich osobistych zasług nie przypisywać. Pies i bez tego ma swoje za uszami 😀
          Nie łudzę się, że minie bez śladu, o nie. Stopa, którą jakieś 5 lat temu przywaliłam w asfalt nadal mnie boli. CAŁY CZAS, tylko czasem mniej. Teraz boli jak głupia bo ona też w tym szpagacie udział brała, jako ta, która zostaje z tyłu.
          Generalnie lipa i dupa zbita

Możliwość komentowania jest wyłączona.