133

Zabraliśmy wczoraj Tośkę na Kinnekulle.
Jeszcze zimą odkryliśmy takie miejsce, gdzie nic nie ma: parking, dwie rozwidlające się dróżki, z czego jedna zagrodzona szlabanem bo tylko dla pieszych co idą na górę. Wybraliśmy tę drugą.
Droga leśna. Po jednej stronie las, po drugiej zrąb. Po trzeciej inny las po czwartej chaszcze… Tośka buszuje tam w chaszczach tropiąc dzikiego zwierza. A my idziemy spokojnie. Bowiem nie ma na tej drużce rowerzystów, dziadków z kijkami, rodzin z dziećmi, innych psiarzy. Ot taka sobie zwykła, niezbyt piękna dróżka z znikąd donikąd przy której nic nie ma.
Wczoraj mama pannyS zaszczyciła nas swoim towarzystwem.
Dla mnie moja córka i mój mąż jednocześnie to zbyt wiele na raz. Nie pytajcie, nie wiem o co chodzi, ale pięć minut przebywania z tą dwójką skutkuje ogromnym zmęczeniem i irytacją. Możliwe, że nadmiar ludzi myślących i zachowujących się w podobny sposób…W każdym razie unikam jak ognia lub staram się wciągnąć jeszcze kogoś, żeby mi był wsparciem lub odskocznią od tych dwojga.
Ale to tak na marginesie.
Poszliśmy sobie niespiesznie, a potem wrócili. Zdjęć nawet nie było czemu robić, bo jeszcze na dodatek słońce się schowało za jakąś chmurę. Doszliśmy do parkingu i Tośka za widok samochodu skręciła w bok ku ławeczkom. Dobra, i tak ją chciałam na tej ławeczce uwiecznić oraz wyczesać.
No ale ile można?
Na hasło „Tosia, do samochodu” pies się przykleił do podłoża. Podeszłam – odwróciła się na grzbiet. Prośby, groźby, próba przekupstwa i łagodnej siłowej perswazji…Na nic. Psisko kłapnęło paszczą! Tyle, że to było takie kłapnięcie „zabierz tą rękę”. No aleeeee…kto tu rządzi? Huknęłam na psa, który wyraźnie zawstydzony zerwał się na równe nogi…Zatriumfowałam…na pół sekundy bowiem ta małpa wskoczyła na stół i się na nim rozwaliła. Patrzyła teraz na mnie z pozycji niby równej mi i miała cholera minę „i co teraz mądralo”. Sięgnęłam ręką do szelek…A tu warkot i już całkiem poważne kłapnięcie paszczą.
Uuuuu…kochana…tak to ty se Pańcia straszyć będziesz, nie mnie. Szarpnęłam szelkami w dół i huknęłam na nią jak najniższym głosem.
Przypięłam smycz, zwlekłam wierzgającego bachora psa ze stoliczka (ostrożnie, żeby małpie krzywdy nie zrobić). Już wiedziała, że nie wygra, ale jeszcze kombinowała, ale smycz ją zatrzymała. Zastanawiałam się co zrobię jak nie zechce wskoczyć do auta…Nie udźwignę 36kilo przecież. Na szczęście na to nie wpadła.
No i teraz muszę psa nauczyć, że jak Pańcia mówi do domu to nie dyskutujemy. Rozpuściłam bydlaka jak dziadowski bicz.
A pitolenie, co myślałam, że skończyłam odezwało się jeszcze raz w postaci nieogarniętego człowieka, który w piątek wieczorek był bardzo niemile zaskoczony gdy mu odmówiłam spotkania i zrobienia od ręki. No bo jakże to…on przecież by do mnie przyjechał…i jak to ja mogę mieć plany na przedłużony weekend? Jak mogę nie chcieć ich zmienić dla człowieka w potrzebie…
Byłam twarda. Zrobiłam co trzeba, wysłałam mailem, dalej niech se radzi sam.
W sobotę bowiem byłam u mojej koleżanki-klientki-fryzjerki. Wraz z Litwinką i jeszcze jedną Litwinką.
Mam teraz krótkie włosy. Bardzo króki, poprzetykane jasnymi pasmami. Podoba mi się…na razie.
Podsumowanie całego dnia u fryzjera? Stalowych magnolii to z tego nie będzie.
Oraz: cudze dzieci na dłużej niż 30 minut są niezwykle męczące i ich miejsce jest na podwórku a nie wśród dorosłych.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „133

  1. batumi pisze:

    Coraz bardziej mnie intrygujesz.
    O, jak chciałoby się mieć takie stalowe magnolie pod ręką!

Możliwość komentowania jest wyłączona.