134.

I zrobiło się lato.
Nie wiem na jak długo, ale póki co: trwaj, chwilo, trwaj.
Oczywiście, istnieje uzasadniona obawa, że jak teraz mamy lato to w czerwcu i lipcu będzie jesień. Ale jesień latem może być i bez tej ciepłości teraz, więc bierzemy co dają.
Zatem jest gorąco, gorąco, gorąco.
Pierwszego dnia gdy temperatura się podniosła powyżej 20stopni patrzyłam z bólem na mojego ziejącego psa i sercem mym targnął wyrzut sumienia. Bo już kilka miesięcy temu myślałam o zakupie maty chłodzącej. Ale wiadomo: jak lód trzyma, wiatr napieprza z północy, na chodnikach lód to człekowi pomysły na temat schładzania się mijają szybciej niż powstają.
No a teraz sprawa stała się nagląca.
Zamówiłam, zapłaciłam. Ludzie ze sklepu wykazali się dużym zrozumieniem i wyczuciem sytuacji albowiem transakcji dokonałam w poniedziałek po południu a wczoraj rano już miałam smsa, że mata czeka na poczcie. PIO-RU-NEM!
Upał miał przyjemność nie mijać a nawet wykazywał pewną tendencję wzrostową więc już cieszyłam na myśl o tym ile to szczęście psu swojemu sprawię.
A potem wsiedliśmy ze Współlokatorem w auto i pojechaliśmy na pocztę i po zakupy.
Ale.
Zanim co, zadzwoniła córka czy moglibyśmy PannęS zawieźć na balet bo ona się bardzo źle czuje. Moglibyśmy, bo potrzeby PannyS są w tym domu zawsze na pierwszym miejscu, a balet dla PannyS jest świętością! Córka wsiadła do samochodu, spojrzałam na nią, na jej opalone ciało, wystające spod bluzki kolorowe ramiączko…i wiedziałam.
– Opalałaś się?
– No, skąd wiesz?
– To masz udar słoneczny. Idź do domu, weź chłodny prysznic, wypij zimnej wody, schłodź się jak najbardziej, weź tabletkę przeciwbólową, bo samo nie minie.
Matko boska! Stara baba,  28 lat a taka  głupia, że ręce opadają. Po tym odkleszczowym zapaleniu mózgu też jej głowa jest wrażliwsza na różne przypadłości.
Na szczęście PannaS była już gotowa czyli ubrana, a co najważniejsze: uczesana w solidny koczek. Zostawiliśmy ją na godzinę pod opieką Walentiny i biegusiem po zakupy, żeby w godzinę się ze wszystkim wyrobić.
A jak się człowiek śpieszy to wiadomo: ten w aucie przed tobą ma inne pojęcie płynnej, kulturalnej jazdy, szlabany zamyka się właśnie wtedy gdy do niego dojeżdżasz, w kolejce do kasy przed tobą stoi babcia lat na oko 102 i właśnie tę chwilę wybiera sobie by porozmawiać o korzyściach jakie jej da karta stałego klienta gdy już przed tą babcią stała jeszcze inna babcia, która z namaszczeniem wyjmowała z portfela monety i banknoty wygładzając i układając pieczołowicie każdą sztukę.
Ale jednak zdążyliśmy na czas by PannęS nie tylko odebrać, ale nawet i zobaczyć w trakcie zajęć.
Mała chodzi do grupy zaawansowanej. Wraz z nią są jeszcze trzy inne dziewczynki. Jedna w tym samym wieku, dwie starsze o jakieś 3-4 lata. Te zajęcia to były jej trzecie zajęcia  w pointach czyli baletkach do tańca na czubkach palców.
Mnie się nie podoba, że Mała tych point używa już teraz bo wedle Sonji, mojej koleżanki ze szwedzkiego, która też jest nauczycielem baletu, na pointach zaczyna się tańczyć mniej więcej w wieku lat 12-14 w zależności od wyćwiczenia tancerza. To samo pisze taka jedna blogerka-baletnica. Ale Walentina jest Rosjanką, a u nich jest zasada: albo trenujesz być mistrzem albo daj sobie spokój. Oczywiście jej podejście MUSIAŁO zostać złagodzone ze względu na Szwecję, więc nie krzyczy, nie ustawia dzieci na siłę, stara się być łagodna, ale te pointy…
Chciałam protestować, ale ponieważ poza mną ani ojciec, ani matka tematu nie podejmują to co ja mogę? Prócz mnie to jeszcze tylko Macocha PannyS jest pełna dezaprobaty, bo też ma takie wiadomości.
Pisałam do Szwedzkiej Szkoły Baletowej z pytanie ale mnie olali.
No więc wczoraj mogliśmy popatrzeć na taniec PannyS. I jej koleżanek.
Oczywiście, że jestem bardzo subiektywna, że PannaS jest dla mnie ósmym cudem świata, doskonałością absolutną, i żadne inne dziecko na świecie, łącznie z moją córką i synem, nigdy nie było tak absolutnie wyjątkowe.
Więc może to wcale tak nie wygląda..? Może nie zawsze?
PannaS NIGDY nie jest zmęczona na balecie. Jakikolwiek miała wcześniej dzień – wykonuje każde polecenie nauczycielki najlepiej jak się da.  Jeśli jest wyciągnięcie nogi to na całego.
Walentina pokazuje jakiś ruch – dziewczynki próbują ją naśladować. Walczą z nogami, które nie chcą się zaplatać, z plecami, które okrągleją, z brodą zbyt opuszczoną…
PannaS po prostu powtarza ruch i jedyne z czym walczy to „wykończenie” na przykład: wyprostowanie palców dłoni, złączenie ich w odpowiedniej konfiguracji.
COŚ NIESAMOWITEGO. W dodatku, widać to wyraźnie jak zerka w lustro i porównuje czy jej poza jest taka jak nauczycielki i sama z siebie tę pozę koryguje, wyłapując właśnie te niuanse w postaci tych paluszków.
Staje na tych pointach tak jakby to był najbardziej naturalny ruch. Dziewczynki się chwieją, opadają, stają znowu…PannaS macha nóżką i robi piruety, ot tak sobie.
Jednocześnie jest niesamowicie skupiona. Ćwiczy bez uśmiechu, nie zerka w okno na nas i nie macha nam co chwila, patrzy w lustro i na nauczycielkę.
Na zakończenie panienki wykonywały układ jakiego się nauczyły. I każda wykonała swoją część lepiej lub gorzej. A PannaS zatańczyła swoje, a potem jeszcze dodała piruet, podskok i machnięcie nóżką.
Wcześniej sądziłam, że ten balet to taka zabawa. Teraz zaczynam myśleć, ze to małe dziecko, to kocha z całej siły, a w dodatku chyba naprawdę…ma talent jak mówi Walentina. I że może naprawdę trzeba dołożyć sił i posłać ją do tej Państwowej, Szwedzkiej Szkoły Baletowej w Goeteborgu. Tylko to wymaga przeprowadzki, bo przy szkole internatu nie ma, zresztą – nie wyobrażam sobie oddania dziesięciolatki do internatu.
Tylko: czy to dobre dla PannyS? Kariera artystki? Niepewny chleb, pokusy, wieczna dieta,choć to niekoniecznie sądząc po genach.
Mamy jeszcze prawie dwa lata…
Ale, ale wracajmy do naszych baranów.
O czym to ja..? A, mata chłodząca.
Odwieźliśmy PannęS do mamy i wróciliśmy do domu.
Rozpakowałam matę i położyłam ją tam, gdzie Tosia najchętniej leży. Potem przełożyłam to tu, to tam. Potem położyłam na swoim łóżu, potem schowałam pod prześcieradło. Potem jeszcze udekorowałam to prześcieradło kawałeczkami sera…
Pies matę omija wielkim łukiem. Na ser naszczekała, bo leżał poza zasięgiem paszczy i nie chciał do Tosi przyjść. No nie chciał, podły ser. A Tosia po niego nie mogła pójść po przecież Pańcia położyła to coś, co Tosię na pewno zje.
No. Tak to wyglądało.
I teraz pytanie: jak zachęcić durnego burka żeby jednak choć jedną łapą na te matę stanęła?
Z kotem nie byłoby takich ceregieli, kot by na tek macie leżał nim zdążyłabym ją rozpakować.
Ale Tośka jak wiadomo jest tchórzem ostrożna.
A Szwecja ma znowu długi weekend.
A ja za dni sześć lecę do Polski.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „134.

  1. batumi pisze:

    Jeśli panna S tak to kocha, to trzeba to naprawdę przemyśleć.
    Co do psa – się nie wypowiadam, bo się nie znam. Ale trzeba jej zapewne czasu…

  2. nie_ty pisze:

    Pewno siedzisz sobie w Pl i sie zachwycasz latem:)
    A moze to jest Prawdziwy Talent?
    Kiedys czytalam wywiad z jakims mistrzem szachowym – powiedzial, ze talenty sie wylawia bardzo prosto: to dzieci, ktore chca to cos robic i sie nie nudza. Wiecmoze, jesli/poki to jest jej prawdziwa pasja, to trzeba wszystko robic, zeby wspierac?

Możliwość komentowania jest wyłączona.