137. Tosia i ja. Oraz Wrona

I nadszedł wieczór dnia kolejnego,a upalnego do granic. O godzinie późno- popołudniowej wywlekłam Psa swego na spacer nad rzekę by umęczone upałem zwierzę w wodzie się ochłodziło.
Późne popołudnie w języku mieszkańców środkowej Szwecji oznacza mniej więcej godzinę 20. Psa schłodzić trzeba było pomimo posiadanej maty chłodzącej, której się Pies boi oraz pomimo włączonego wiatraka, którego Pies też się boi.  Ups…nie „boi” tylko „nie darzy zaufaniem”.
Poszłyśmy starannie wybierając trasę według schematu „w cieniu i najlepiej nie po asfaltowej ścieżce”, żeby zwierzak sobie łap nie poparzył. Oraz żeby Pańci słoneczko do cna zwojów mózgowych nie przepaliło. (Wciąż mam jakieś opory by zakładać kapelusz w mieście).
Minęłyśmy park z zieloną dzięki zraszaczom trawą, na której piknikowały dwie dziewczyny.
Minęłyśmy mocno zacieniony wielkimi bukami plac zabaw, na którym hasały dzieciaki.
Jednym niemal susem przebyłyśmy parking. I już byłyśmy nad rzeczką opodal krzaczka. Tośka wystrzeliła nagle do przodu, plażujące kaczory uniosły się dostojnie i z oburzonym kwakaniem odeszły kawałek dalej.
Prawie jak Sangwicz i Skoczwiski*

Sandwicz
Znowu intrygi.
Skoczwiski
Przeklęta Europa. ”

Tośka wlazła do wody po brzuch. Pochłeptała. Popatrzyła w dal, bo Tosia jak wiadomo ma duszę pieską-niebieską z filozoficzno -estetycznym kierunkiem. I czasem się tak zagapia jakby i ją zatrzymywał w miejscu zachwyt nad światem. Teraz zatrzymała ją w miejscu łódź motorowa, z gatunku tych bardziej luksusowych. Łódź powoli i ostrożnie zakręcała, na łodzi siedziało trzech chłopaczków. Chłopcy patrzyli na Tosię, Tosia patrzyła na łódź, albowiem Tosię fascynują sporty motorowodne. Nie, żeby miała sama uprawiać, ale popatrzeć lubi. Zatem patrzyła.
Łódź zawróciła,nabrała prędkości i odpłynęła. Woda się rozkołysała i fala podpłynęła do Tosi stojącej wciąż po brzuch w wodzie. Tosia prychnęła, zmierzyła wodę groźnym spojrzeniem, a potem wyszła na brzeg.
Idziemy dalej- zdecydowała-Ta woda tutaj nie umie się zachować.
Potem przed nami ukazały się dwa pieski prowadzące dwie panie. Pieski były wielkości Yorka, dlatego Tosia strasznie się chciała z nimi przywitać. Bo York z Yorkiem zawsze się dogada, prawda? (Przypominam, że w głębi duszy Tosia jest Yorkiem). Nie wiadomo dlaczego tamte dwa zaniosły się jazgotem. Tosia nie odpyskowała, bo pyskówki są poniżej jej godności.
Doszłyśmy do drzewka i ławeczki pod nim. Tu zdecydowałam, że dość tego dobrego, wracamy. Na co Tosia przybrała pozę „a założysz się?” czyli mówiąc po ludzku rozwaliła się na trawie. Przysiadłam na ławeczce. Tosia uznała, że ławeczka to dobry pomysł i też się tam przeniosła by po chwili stwierdzić, że jednak nie i wrócić na trawę.
Drzewko dawało cień. Od rzeki zawiewał wiaterek. Pachniało wodą i suchą trawą. Z oddali dobiegały stłumione odgłosy miasta, a poza tym cisza…

…cisza byłaby idealna, gdyby nie rozlegający się co chwila, tuż nad głową, głos:
-Kra! Kra! Kra!
Podniosłam oczy do góry.
Ptaszydła nie było widać w gęstym listowiu, ale musiało tam tkwić bo znów sie rozległo:
-Kra! Kra! Kra!
Tosia też podniosła głowę. Wreszcie zlokalizowałam czarno-szary kształt na gałęzi tuż, tuż nad moją głową. Duże ptaszydło.Wrona.
-Kra! Kra! Kra!- nawrzeszczała na mnie gdyśmy nawiązały kontakt wzrokowy.
To nie było przyjacielskie zagadywanie. W tym głosie było coś natarczywego, nieprzyjaznego.
To brzmiało jak:
„IĆ STOND! IĆ! SIO! SIO! ZJEM CIEBIE! I TWOJEGO PSA! IĆ STOND!!!!”
Nie dało się tego zignorować, w głowie natychmiast zaczął się wyświetlać film Hitchcoka…
Podniosłam się.
-Kra! Kra! Kra!
-Nie drzyj się, już sobie idziemy – odpyskowałam Wronie, która z gałęzi przeniosła się na asfaltową ścieżkę.
– Tosia, wejdziesz jeszcze do wody? – zaproponowałam obłudnie, żeby nie było, że przed ptakiem zwiewam.
Zerknęłam na Wronę. Udawała, że na mnie nie patrzy, ale tkwiła na ścieżce jak przymurowana, bokiem do mnie, z łebkiem odwróconym w przeciwną stronę. Ale prawe oczko wydawało się czujne.
Pomyślałam, że musi mieć tu gdzieś gniazdo i próbowałam się oddalić wbrew temu co na ten temat sądziła Tośka.  Bo Tośka, wylazłszy z chlupotem z wody, zwęszyła coś w wysokiej trawie nieopodal i całą stanowczością swych trzydziestu ośmiu kilo pociągnęła w tamtą stronę.
Łypiąc jednym okiem na Psa, drugim skontrolowałam Wronę, bo jej wrzask stał się jeszcze bardziej natarczywy. Dystans między nami jakby się nieco zmniejszył.
Ściągnęłam smycz z całej siły, odciągając psią paszczę od ciemniejszej plamy w trawie.
Gniazdo? Młode?
(Niebieski kwiat i kolce, niebieski kwiat i kolce…Byłoby łatwiej jakbym nie był daltonistą…)
Byłoby łatwiej rozpoznać jakbym miała okulary korekcyjne, a nie przeciwsłoneczne.
Wrona darła się już nieprzerwanie i coraz bardziej groźnie.
Tośka niechętnie dała się odciągnąć, ale kierunek z którego przyszłyśmy wybitnie nie leżał w jej zamiarach. Pociągnęła mnie w drugą stronę: wprost na Wronę.
– Tam nie! – wytłumaczyłam psu – Wrona się nas boi.
Nie dodałam, że co najmniej jedno z nas boi się Wrony.
Tośka pokornie dała się odprowadzić w kierunku, z którego przyszłyśmy.  Zerknęłam na Wronę. Nie krakała. Stała na ziemi,  jakieś trzy metry ode mnie i udawała, że na mnie nie patrzy. Udawała, bo chwilę wcześniej, kątem oka zauważyłam, że kica w moim kierunku z nastawionym wojowniczo dziobem.
Odwróciłam się do niej tyłem. Kolejne dwa kroki z wrzeszczącym ptakiem za plecami. Czy mi się zdawało czy ten głos się nie oddalał? Znowu zerknęłam przez ramię i zobaczyłam jak Ptaszydło znowu kica w moim kierunku wrzeszcząc swoje:
-KRRRA! KRRRA! KRRRA!
Widząc, że się do niej odwracam zacichła, znieruchomiała, zapatrzyła w dal, starnnie omijając mnie wzrokiem. Niewiniątko!
Kolejne kroki i kolejna porcja wyzwisk za plecami. Znowu rzut oka przez ramię. I znowu dystans między nami taki sam. Zatrzymałam się, odwróciłam.
Oczka zapatrzone w dal, cisza i ta niewinna mina.
Ktoś cię wyzywał? Naprrrrrawdę? Ktoś do ciebie pyszczył? Ojejej, jaka przykraaaaaa…
Znowu ruszyłam. I znowu ten natrętny, wciąż nieoddalający się wrzask. Nieoddalający? Mało tego: zbliżający się!
Zatrzymałam się, zamachałam rękami:
-Szszszszoooo! – zasyczałam groźnie.
Odkicała z powrotem pod drzewko nadal starannie omijając mnie wzrokiem.
Ruszyłam przed siebie, za plecami znowu słyszałam wrzask, ale tym razem już się oddalał.
Tośka popatrzyła mi w oczy.
– Aleśmy tej Wronie kota popędziły, co? – powiedziała.
Bohaterka, psia jej sucza mać…

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.