140. Lato w pełni

W sumie to tylko tyle.
Lato nas rozpieszcza w tym roku. Jest ciepło, bardzo ciepło, upalnie. Niestety -susza więc wszystko dookoła ma kolor sierpniowy. Chowamy się w cieniu, pijemy zieloną, zimną herbatę, nocą śpimy przy wiatraku, chętnie na macie chłodzącej. My to znaczy Tosia i ja. Z tym, że na macie sypiam ja. Tosia pogodziła się z wiatrakiem, mam nawet wrażenie, że układa się tak, by na nią dmuchało. A to nie było takie oczywiste na początku. Te nieoczekiwane podmuchy wzbudzały jej nieufność i jak to Tosia wycofywała się na z góry upatrzone pozycje.
Czemu ja się wcale nie dziwię gdyż, mimo iż jestem osobnikiem nieco bardziej zaawansowanym technologicznie, sama ów wiatrak traktowałam nieufnie. No co? A jak się ta obracająca głowica ześliźnie ze stojaka i wiatrak odfrunie, gubiąc po drodze osłonę zamieni się w …no…to takie …azjatycką gwiazdkę do mordowania? Przecież to jest całkiem możliwe.
Na fali upału popełniłam szaleństwo i zakupiłam sobie tankini, bo może pójdę na plażę. Firma Flirtelle zrobiła mi miłą niespodziankę i była uprzejma wykonać taką rozmiarówkę, w której nawet ja nie osiągam wymiarów najwyższych. Miłe jak zamiast miski rzędu JJ czy KK  możesz sobie sprawić HH. Nawet jeśli to HH ma rozmiar misy na grogg. Ale na psychikę dobrze robi jak widzisz, że do końca rozmiarówki masz jeszcze trochę.
Tankini przyszło. Założyłam.  Powalczyłam z drutami. Zdjęłam. Za jakiś czas znowu założyłam. Powalczyłam z drutami…Noż kurde! Fiszbiny i ja to jednak historia wojen wszelakich gdzie stroną przegraną jestem ja. Zawsze ja. Niby rozmiar dobry, niby wszystko leży jak trzeba, ale uciska mostek, kłuje w pachę, piłuje po żebrach. Tu odginam, tam odciągam, ówdzie podciągam. Dupatam…Godzinę, dwie na plaży w pozycji leżącej lub stojącej wytrzymam. Cały dzień, siedząc przy biurku- NIE.
Kurde. Jakby faceci mieli cycki to już dawno byłyby wymyślone jakieś naprawdę wygodne systemy podtrzymujące. Albo wszelkiej maści zabiegi podnoszenia, zmniejszania-powiększania byłyby dostępne za symboliczną opłatą jak manikiur.
Ech.
W międzyczasie Tosia odbyła swą rytualną ruję. Co w Szwecji nie jest specjalnie uciążliwe dzięki brakowi psów latających luzem. Jednego dnia w parku, już pod koniec, Tosia spotkała inną panienkę. Obie bardzo były siebie ciekawe więc dostały zezwolenie na zadzierzgnięcie więzów przyjaźni. Ta druga niestety okazała się wredną suką i rzuciła się z paszczą do Tosi, na co Tosia nie została jej dłużna i rzuciła się do niedoszłej koleżanki. I tu siurpryza, bo Tośka szarpnęła smyczą z całej siły a na jej drugim końcu byłam ja i moja prawa ręka.
Na drugi dzień schyliłam się by schować blaszkę pod piekarnik…i tak zostałam. No dobra, potem się jakoś wyprostowałam, ale bolało.
Tydzień później nadal bolało. Choć może nie tak ostro, ale ból sobie szarpał a to pod łopatką, a to w barku…
Wreszcie odszukałam moją Ulrikę, co mi życie dwa lata temu uratowała, kiropraktorkę. Pamiętała mnie. Pamiętała jak wszedł do niej umordowany bólem wrak człowieka, który nawet mówić nie miał siły. Musiało to być jednak spektakularne. Powiedziałam, że też dobrze to pamiętam i dlatego przychodzę bo nie chcę czekać aż będzie gorzej. Nie powiedziałam, że mam nadzieję, także i na to, że szybsze reagowanie oszczędzi nieco mój portfel. Pogniotła mnie, postrzelała z kości, poszarpała tu i ówdzie. Pewnie będzie lepiej…od jutra bo dziś mnie bolą wszystkie te miejsca gdzie umiejętnie wsadzała swoje paluchy.
Podpowiedziała mi sposób na odciążenie ramion od stanika. KLAMERKA! zbierająca ramiączka na plecach. Powiedziała, że w sklepie bieliźnianym na pewno jest.
Poszłam. Kupiłam, ale nie plastikową klamerkę lecz zapinany paseczek. Kurde. Taka prosta rzecz. I nagle: ramiona odciążone i cycki uniesione. Na co komu druty?!
Poza tym byliśmy znowu u kolegi Adama a potem wraz z nim na wycieczce na Vetter.
Efektem wizyty u Adama jest nowe wyzwanie: 7 dni bez cukru.
Odstawiłam cukier całkowicie. Kawę piję wyłącznie z mlekiem. I ZERO cukru w jakiejkolwiek postaci. Bez oszustw. Nie miód, syrop z agawy, cukier brązowy czy stevia. Nie dżem na chlebie. Nie słodka buła.
Dwa dni było licho, ale może z powodu zmęczenia w ogóle? Dziś jakby lepiej. No ale pewnie, że by się chciało chleba z dżemem. Ale nie- jak odtrucie to odtrucie. Ciekawa jestem efektu, bo podobno po tygodniu wszystko słodkie smakuje zupełnie inaczej. A ja mam nadzieję utrzymać jak najniższe spożycie cukru. (Adam popatrzył w moje wyniki z Polski i powiedział, że wprawdzie jeszcze nie jest najgorzej, ale jak niczego nie zmienię to jakieś takie wieńcówki, cukrzyce i różne inne takie przyjemności mam jak w banku za lat kilka). Mobilizuję się do kijkowania na powrót.
No i muszę zacząć lepiej zarządzać czasem, bo klientów mam już tylu, że jak nie zacznę się lepiej organizować to będę zostawać w czarnej dupie. Czyli kończy się rumakowanie.

A teraz w nagrodę za doczytanie do końca zdjęcia z wycieczki.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „140. Lato w pełni

  1. nie_ty pisze:

    Ale super z tymi klientami! Mam nadzieję, że da się z nich wyżyć i już nie będziesz sprzątać 🙂 cukier… Hmm też się nad tym zastanawiałam, ale przekonało mnie ze nasz mozg pracuje na glukozie – ja bym nie dała rady. No i trochę mi się nie chce wierzyć, że naprawdę jest taki zły. A owoce? Można jeść owoce? Może wystarczy się więcej ruszać? A wiesz ze ostatnie badania pokazują, że cukrzyca jest skoreliwana z zanieczyszczeniem powietrza?

    • Kat pisze:

      z Tym wyżyciem to póki co różnie, bo firmy są początkujące, ale ja się to lekko rozwinie, to mam nadzieję, że da się wyżyć. Sprzątać już nie sprzątam i chciałabym już nie musieć do tego wracać.
      Owoce jak najbardziej.
      Sądzę, że najgorszy jest ten prosty cukier jakiego używamy do kawy czy herbaty oraz to co jest w słodyczach kupnych- cukry i podłe tłuszcze. Ja jestem uzależniona od cukru i jest to fakt. Działa to u mnie dokładnie tak samo jak u alkoholika alkohol. Jak się przetrzyma kilka dni – to się funkcjonuje, ale wystarczy zjeść cukierka, dwa…I idzie lawinowo, każdego dnia coraz więcej i więcej. Ciągi cukrowe. Wyzwalaczem jest np. stres lub chęć nagrodzenia siebie. Poważnie.
      Ruch na pewno pozwala na spalanie kalorii oraz dodaje endorfin. Kolega mówi, że przynajmniej 40min szybkiego marszu bez odpoczynku każdego dnia…Przymierzam się do wyciągnięcia kijów, ale gorąco straszecznie
      Toteż postanowiłam odstawić słodzenie kawy,

  2. malwa51 pisze:

    Faktycznie, susza tu okropna, szczeka mi lekko opadla kiedy przyjechalam. Na Slasku lepiej – mimo ze dlugo bylo goraco, trawa bardziej zielona 😉
    A tu – plaze w Halland wygladaja jak srodziemnomorskie, laki nie jak laka tylko step.

    Zdjecia piekne, nie moge sie nazachywycac….
    (tylko Toski troche brak ;))

  3. Krystyna pisze:

    Też się ucieszyłam, że klientów Ci przybywa! Zawsze to fajniej coś mądrzejszego robić niż sprzątanie. Co do psa to moja przyjaciółka miała kiedyś rotwailerkę i choć to przecież duży pies to też bała się wielu rzeczy. A zdjęcia zrobiłaś piękne! I te kolory!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *