148. Desperacja jesienna

Coroczna desperacja jesienna chyba nadeszła.  Adam twierdzi, że zawsze jesienią „desperuję” ale zwykle zaczynało się to koło listopada. W tym roku wcześniej. Może to przez to lato…
Było cudnie, naprawdę. Upał mi nie przeszkadzał, całe dnie kryłam się w półmroku mojego piwnicznego pokoju, chłodziłam wiatrakiem, zimnymi napojami różnej maści, produkowanymi na własną rękę wynalezione przepisy traktując jako inspirację.
I głowa była jakby spokojniejsza.
Przyszedł 1 sierpnia i lato się skończyło jak nożem uciął.
Odeszło. Zimne noce, temperatury dzienne też umiarkowane, ale jeszcze jakoś było.
Przyszedł wrzesień… A tu już październik za pasem.
„Minął sierpień, minął wrzesień
znów październik i ta jesień
rozpostarła melancholii smętny woal…”
Jesienne zawirowania pogodowe źle wpływają na mój stan. Pobolewa żołądek. Ale najbardziej znowu dokucza głowa. Boli i boli…
Tabletki przeciwmigrenowe wzięłam dwa razy. I nie wiem czy zdecyduję się na trzeci. Owszem – ból głowy zniknął. Ale w zamian miałam takie objawy, że nie wiem czy jednak nie wolę bólu głowy. Tak siak – wyłączona z życia jestem. Ani pracować,  ani cokolwiek innego. Leżeć, drzemać, w ciemnym, zamkniętym pomieszczeniu, odizolowana od dźwięków, światła i zapachów.
Tak było w piątek. Do dziś łeb boli …Jak żyć?
Jednak jakoś próbuję, choć z coraz mniejszym zapałem. Chodzę rozdrażniona i współczuję każdemu, kto jest zmuszony się ze mną zadawać. Nawet Tośce się obrywa. Znaczy nie fizycznie, burczę na nią gdy znowu pcha się pod nogi lub żebrze przy talerzu.
Tylko PannaS nie obrywa. Ale to PannaS. Zadziwiające jak mało kłopotliwe, mało absorbujące potrafi być dziecko, niedostrzegalne niemal.
Wygodne to bardzo gdy się cierpi, ale w głębi serca mam obawy, że nie buntujące się, zbyt grzeczne dziecko nadrobi wszystko z nawiązką w późniejszym czasie. I o ile bunt dziecka jest w sumie łagodny w konsekwencjach, o tyle bunt nastolatki może być bardzo niszczący dla niej samej. Znowu patrzę za daleko w przyszłość?
Tak mam…Uświadomiłam sobie ostatnio, że zawsze miałam taką cechę…
Wiecie jak to jest: oglądasz sobie film typu Speed. Bohaterowie pokonują kolejne pułapki, rozwiązują problemy, ratują siebie z opresji, nieuchronnie prędzej czy później padają sobie w ramiona, zwyciężają zło i wreszcie odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca.  Ckliwy kawałek muzyczny, The End, kurtyna, oklaski. A ja po zapaleniu światła w sali kinowej nie umiem przyjąć zakończenia.
Ale co dalej z bohaterami? Żyli długo, szczęśliwie i razem ? WĄTPIĘ. Poznali się w ekstremalnej sytuacji, jak żyć po czymś takim, jak żyć gdy opadnie adrenalina, wrócić do trywialnego wynoszenia śmieci?
Wkurzające to, bo film to film, nie chodzi o część dalszą tylko o to tu i teraz pokazane w filmie. A ja nie potrafię, i muszę widzieć dalej.
To samo w życiu.
Moja córka na nowo układa sobie życie. Jest pełna zapału, wiary, czy ja wiem czego jeszcze? Przenosi swoje życie do człowieka, którego zna trzy miesiące. A ja ją pytam: a co będzie jak się pokłócicie, rozstaniecie, jak on okaże się wcale nie taki jak sądzisz? Dokąd wrócisz, gdzie się podziejesz jak zrezygnujesz z własnego mieszkania? Ona trzaska drzwiami mówiąc, że jak zawsze żałuje, że ze mną rozmawia o swoich sprawach.
Ja się obrażam, bo dlaczego ona taka głupia i mnie nie słucha?
Znowu film.
Bohater jest dostawcą alkoholu. Któregoś razu bierze butlę drogiego alkoholu, żeby się napić. A ja myślę: jak może być taki głupi i nie myśleć o konsekwencjach? A potem się zdziwi, że znowu stracił pracę.
Zawsze patrzę dalej. Zawsze nim cokolwiek zrobię usiłuję przewidzieć konsekwencje i obliczyć czy najgorsze z nich są warte tej chwili. Czasem tak, czasem nie.
OKROPNE! Nie umiem być beztroska, żyć chwilą, tu i teraz.
A z drugiej strony strasznie mnie wkurza kompletny brak zastanawiania się nad tym co będzie później. Czasem mam wrażenie, że w całej mojej rodzinie nikt o tym nie myśli. Ot dziś fajnie, a jutro się pomyśli. Jutro się zazwyczaj płacze, zgrzyta zębami i idzie do mnie, bo może coś wymyślę.
I czasem sobie myślę, że może gdybym wiedziała, że ktoś inny popatrzy dalej i się zastanowi to ja bym może już mogła odpuścić.
Tymczasem wstaje nowy dzień. Wraz z wychodzącym słońcem czuje coraz mocniejszy ucisk w skroniach.
Znowu będzie boleć.
Szlag.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „148. Desperacja jesienna

  1. 4_dina pisze:

    Tak „bunt nastolatki może być bardzo niszczący dla niej samej” mysle, ze najgorsze juz za nami z tym, ze on jest niszczacy nie tylko dla niej, dla jej rodziny rowniez, nawet dla tej ktora jest daleko. O swoim ojcu mowi: „moj ojciec to kretyn”. Koncem wrzesnia konczy 18 lat. Tego co prechodzila z nia corka, w najgorszym czasie, nikomu nie zycze.

  2. ewa pisze:

    Mam podobnie z tym wróżeniem przyszłości. Ale się staram i już umiem odpuszczać. Nie przeżyjesz życia za kogoś, sam się musi sparzyć i wyciągnąć wnioski. To trudne, zwłaszcza w stosunku do własnych dzieci, ale takie jest życie. Postaw się w ich sytuacji i wyobraź sobie, co byś zrobiła, jak Ci matka tak marudzi…

    A głowa mnie też boli, co, oczywiście, Tobie w niczym nie pomaga. Już zaczęłam podejrzewać, że może miewam migreny. Ból atakuje nagle i tak też ustępuje. Wczoraj ledwo żyłam, dziś już dobrze. A pogoda też nie pomaga…

    • Kat pisze:

      och Ewa, jak ja bym chciała umieć odpuścić. Albo przynajmniej zachować swoje czarnowidztwo dla siebie.

      Migreny ci nie życzę z całego serca.
      U mnie to raczej nie migrena…Głowa mnie właściwie boli cały czas. Kręgosłup? Niedotlenienie? Stres? A może po prostu jestem lekomanką?

      • 4_dina pisze:

        Na temat bolu glowy mogla bym ksiazke napisac. Kiedy bylam mala czesto mnie glowa bolala, a nawet bardzo czesto. Potem jak bylam nastolatka zaczelam chorowac na zatoki, co tez wiazalo sie z okropnymi bolami glowy. A potem przez kilka lat glowa bolala kazdego dnia, dzien w dzien, noc w noc, nawet poszlam z tym do lekarza, potraktowal mnie jak idiotke, wyszlam ze lazami w oczach … nigdy wiecej nie poszlam do zadnego innnego konowala z tym problemmem, a potem nagle wszystko sie skonczylo. Przez jakis czas mialam spokoj, a potem kiedy zamieszkalam w Londynie jednego dnia dostalam ataku migreny, trzymalo mnie tydzien i juz nie odpuscilo, teraz mam ataki srednio raz w tygodniu, to i tak niezle, bo wczesniej byly 2 -3 razy na tydzien. U mnie wszystko moze wywolac atak, stres, niewielkie zdenerwowanie, zmartwienie sie o cos, upierdliwa droga do pracy … za to jestem pewna, ze nie wywoluja jej u mnie zadne pokarmy, no poza czerwonym winem, ktorego unikam.
        A zamartwianie sie to moja specjalnosc, a moze kurna jakies chore hobby i do tego to chore czanowidztwo … no a potem migrena szaleje … bledne kolo …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *