150. Jesienne rano

Rano odprowadzałam PannęS do szkoły. Wzięłam Tośkę, bo to i tak pora jej spaceru. Odprowadziłyśmy PannęS do bramy szkolnego podwórka, dalej poszła sama, poważna drugoklasistka. Odeszłyśmy z Tośką kawałek, ja zagapiona na poranny, jesienny świat: na plamy słońca i cienia, na orgię kolorów pod intensywnie błękitnym niebem, dodatkowo podkreślone kroplami wczorajszego deszczu (jakby samo jesienne szaleństwo kolorów to było za mało). Świat naprawdę wychodził sam z siebie, żeby tylko wzbudzić zachwyt.
Zatem szłam sobie, kontemplując. I nagle…STOP! Coś zatrzymało mnie na środku chodnika. Szarpnęłam się w zamyśleniu i dopiero wtedy dotarło do mnie, że jestem na smyczy. Tośka zatrzymała mnie w miejscu. Spojrzałam. Leżała na chodniku, z nosem w stronę przeciwną, czyli w kierunku szkoły. Całym swym jestestwem demonstrowała wolę pozostania w tym miejscu.
Ki grzyb?
Zmotywowałam psa do ruchu, udało mi się nawet przejść przez ulicę, ale na moście znowu zamarła, padła jak długa, znów odwrócona tyłem do „kierunku jazdy”.
Po trzecim takim incydencie ocknęłam się z zamyślenia i wreszcie dotarł do mnie psi alarm:
– ŁOWIECKA JEDNA TAMUJ ZOSTAŁA! ZAWRACAJ! Ty niemoto, dziecko zgubiłaś!
Com się psu musiała natłumaczyć, że nie zgubiłam, że to normalne i żadnej paniki nie potrzeba.
Całą drogę demonstrowała niezadowolenie oraz niewiarę w moje zdolności do upilnowania stada.
Wiadomo, że ludzie to głupie są…
Dlatego jak już wyszłam z aparatem to się załapałam na końcówkę Świata wychodzącego z siebie.
Ale i tak warto było.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „150. Jesienne rano

  1. Krystyna pisze:

    Ależ piękne te zdjęcia robisz!

Możliwość komentowania jest wyłączona.