151.

Ta przeprowadzka mnie do grobu wpędzi.
Teraz się będę handryczyć o zniszczoną podłogę, bo mi powiedzą, że pies zniszczył. Sorry, ale jeśli pies zniszczył podłogę po prostu po niej chodząc to albo napiszcie w regulaminie, że pies ma chodzić w skarpetach, lub że w ogóle psa mieć nie wolno albo przyznajcie, że najtańsze panele podłogowe z Barlinka nie nadają się do przedpokoju.
Noż…!
Najbardziej bym chciała kupić sobie własne mieszkanie, albo jeszcze lepiej mały domek, żebym to ja decydowała kiedy remont, jaki remont, jakie okna a jakie drzwi.
Jest tylko jeden problem: kasa. I to nawet nie kasa na ratę, bo rata kredytu i opłaty za mieszkanie pewnie zamknęłyby się w sumie jaką teraz płacimy za mieszkanie. Ale trzeba mieć 25% wkładu własnego. Ciekawe skąd wziąć? Musiałabym przez rok nie jeść ani nic innego.  Albo i dwa. EM grywa w różne takie lotta…jak ja bym chciała, żeby wygrał jakieś 250 000tys koron.

Zrobiłam sobie owsiankę na śniadanie…i nie-e. Jakbym jej nie doprawiała, jakbym jej nie przyrządzała nie-e. No lubię papkowatego jedzenia. Rośnie w ustach, zatyka gardło, łaskocze w przełyk. Poddaję się.
Najgorzej, że na nic nie mam ochoty. Permanentnie nie smakuje mi nic, co jem. I jak usiłuję wymyślić co bym zjadła, ale tak z apetytem, naprawdę z przyjemnością…to nic.
Co gorsza przestały mi smakować takie pewniaki jak: schabowy, babka ziemniaczana, makaron, frytki, sałatka typu greckiego. Ze wszystkiego zostały jedynie naleśniki na które nie mam bleeeeee, ale trudno powiedzieć, żebym je jadła z chęcią. Raczej z rozumu, bo coś trzeba.
No dobra, to może schudnę? I na to mieszkanie uzbieram?
Oraz pies mi kuleje.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *