154 Poradnik pierdoły – czyli jak się wyprowadzać część 2

List do przyjaciółki pisałam w nocy z soboty na niedzielę.
W niedzielę od rano znowu jazda, bo jeszcze to i to tamto zabrać a w między czasie dokończyć sprzątanie.
Gdzieś około południa ogarnęła mnie furia „kurwa, nigdy tego nie skończymy!” Po znalazłam jeszcze kolejne graty, jeszcze kolejną paczkę.
Tu mała dygresja: mamy za dużo rzeczy. EM zwłaszcza gromadzi jakieś pierdoły: stare gazety, mapy z różnych miejsc, kasety magnetofonowe, filmy pirackie na płytach…Tony! Nie ruszane od lat, nie oglądane/słuchane/czytane.
Ja mam za to sporo książek. Są wśród nich takie, których nie przeczytałam i raczej nie przeczytam.  Oraz takie co czytałam, ale nie wrócę. Postanowiłam zrobić w nich porządek i oddać zbędne. To samo zrobiłam z 10 t-shirtami ze starej pracy. Won. Nie ma, że na szmaty/dywanik/sukienkę. WON.
Zatem w niedzielę jeszcze kończyliśmy sprzątać.
Chciałam doprowadzić mieszkanie do takiego stanu by nie było po mnie śladu lub jak najmniej czyli tak, jak ja bym chciała dostać. Czy mi się udało? Nie wiem. Dunka to ocenia.
W poniedziałek na 8 rano umówiłam się z facetem od odbioru czyli Odbiorcą.
Szłam napięta, bo wiadomo, że po 7 latach rzeczy się zużywają, ale ponieważ nie jestem pedantką, nie mam zwyczaju pucować podłogi na kolanach, to miałam wrażenie, że tu i tam zużycie jest ponadnormatywne.
Tamto mieszkanie było całkowicie odnowione w czasie naszego tam mieszkania, bo Ester nasza poprzedniczka nie remontowała go od lat. Dodatkowo był pożar w 2012 oraz całkowity remont kuchni i łazienek w 2017. Więc począwszy od sufitów na podłogach kończąc – wszystko jest nowe lub prawie nowe.
Facet był punktualnie.
Wszedł do przedpokoju i od progu się zdziwił:
– Nowe tapety?!
Nie, z 2012!
Facet zrobił wielkie oczy. Wszedł do małej sypialni, do kuchni, do łazienki…
– Jak ładnie! Jak świeżo!
Wyraził uznanie.
To były jedyne uwagi jakie zrobił. Oczywiście wiem, że zanotował np. rysę na tapecie w pokoju Yankiego czy wytarty w jednym miejscu panel w moim pokoju, ale to wszystko w ramach „normalnego zużycia”.
Nastawił się do nas pozytywnie widząc, że jest wszędzie jest czysto i zadbane.
Zapytałam go więc kiedy jest odbiór w tym naszym nowym. I tu niespodzianka: odbiór był we czwartek.
– A masz jakieś komentarze? – zapytałam Odbiorcę.
Przeczytał mi o rysach na tapetach, panelach, takie tam…
Zdziwiłam się jeszcze bardziej.
Zapytałam czy mógłby do nas przyjść bo ja mam dla niego całą listę – listę w której brud nie był na pierwszym miejscu.
Przyszedł kilka godzin później.
Zawstydził się i zaczął tłumaczyć, że „wiesz, no ja nie otwieram wody…” gdy zobaczył zdewastowany kran. I tak na każdym miejscu.
Na koniec pokazałam mu kaloryfer, pralkę, suszarkę, zmywarkę. Wentylator sam widział.
Postanowił przysłać sprzątacza do tego co ja powiedziałam, że nie sprzątnę, wezwać serwis do tego co jest popsute: krany, popuchniete od wody szafki, zepsuty wentylator.
Poszedł.
Zostaliśmy z satysfakcją. Oraz brudem.
We wtorek rano wzięłam się za ogarnianie chałupy. Rozkręciłam dwa okna w kuchni (3-szybowe, skręcone na śrubę!!!). Umyłam. Drzwi na balkon już nie miałam siły ruszyć. Przeszłam do kolejnego okna, tego nad tym najbardziej zaświnionym kaloryferem. To umyłam szybciutko, bo nie trzeba go rozkręcać. Podumałam chwilę…Na blacie piętrzyły się brudne gary bo brzydziłam się wstawiać. Wyczyściłam zmywarkę.
…nie pytajcie…
Po zmywarce już nie było nic strasznego – więc się wzięłam na sławetny kaloryfer oraz ścianę dookoła niego. I nareszcie po kilku godzinach przestałam się brzydzić własnej kuchni.
W sumie najgorszy syf już ogarnęłam. Zostały mi pojedyncze szafki kuchenne. Muszę je umyć, bo gdy otwieram bucha z nich smród arabskiego żarcia. Zażółconą tapetę w łazience umyłam wodą z octem i detergentem.
Pralki wyczyścił Kenneth czyli Cieć czyli Anioł.

Po czterech dniach tutaj widzę jedną, ogromną zaletę tego mieszkania: jest jasne! Nawet w pokojach północnych widać słońce. Mam w duszy takie coś co mi szepcze, że jeśli damy temu miejscu odrobinę serca to ono nam się odpłaci tym samym.
Po drodze były jeszcze kłopoty z psem. Bo Tosia nie umie i nie lubi chodzić po schodach. Za pierwszym razem wbiegła po nich za mną. Potem jak nosiliśmy różne graty kilka razy nam się wymknęła i zbiegła po schodach. I za którymś razem zjechała z nich przy próbie podejścia ( teraz mieszkamy na 1 piętrze a nie na parterze).  Zjechała na brzuchu, ewidentnie się wystraszyła i poobijała. Było śmiesznie, ale bardziej strasznie. Nie chciała potem wejść za nic. Kładła się. EM ją wniósł wreszcie, bo co było robić?  Ale musiałam ją nauczyć wchodzenia i schodzenia.
Udało się, ale wciąż po wejściu do klatki schodowej ciągnie do mieszkania na lewo, na parterze. Pierwsze dni w ogóle miała takie zachowanie „dobra, pogościliśmy się, ale ja bym chciała już do DOMU”.
Teraz po 4 czy 5 dniach chyba już wie, że dom jest tutaj.
Ale chodzi za mną krok w krok i pilnuje.

…A o mieszkaniu to jeszcze będzie.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „154 Poradnik pierdoły – czyli jak się wyprowadzać część 2

  1. ewa pisze:

    Kaśka, współczuję! Ale ta dusza Ci dobrze szepcze – oswoisz i polubisz. Trzymam za to kciuki!
    I wyrzuć wszystko, nad czym się choć na moment zawahasz! Ja nie wiem, po co człowiek tak obrasta w różne graty i duperele. Wciąż sobie obiecuję, że od jesieni, jak będzie słota, wezmę się za porządki i wywalę co najmniej połowę, ale czy mi się uda…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *