156. Czas zimowy

No zmienili. Znowu.
Znowu ranek, gdy się budzisz ogłupiała i nie wiesz którą godzinę wskazują zegarki. Pies lata jak ogłupiały, więc możliwe, że nową, bo normalnie o 6:42 to pies powieką nie drga ale o 7:42 to tak właśnie ma prawo latać. Ale ciemno! Strasznie ciemno. To może pies znowu się wczoraj nażarł tłustego ze swoim Pańciem. Pańcio po tłustym wie, że żyje, pies dostaje sraczki (excuse moi).
Zwlokłam się z łóżka.
Kuchenny zegar pokazywał 7:45, znaczy moje się poprzestawiały same. Wszystkie, poza psim. A ciemno, bo chmury, wichrzysko i pobielony trawnik. Szfak. Zima przyszła.
Posiedzi ze trzy dni, powygłupia się, nastrąca gałęzi i se pójdzie. Wróci w kwietniu, zdziwiona, że ale jak to nic nie zrobione, a tu tyle roboty i się wtedy weźmie za śnieżenie i mrożenie…Nic się ta zima nie uczy na błędach, nic, tępota jedna.
A my się urządzamy. I urządzamy.
I nadal odkrywam różne dziwne rzeczy po poprzedniczce. Np. wgniecioną klamkę w łazience. To pierdoły, pojedynczo nie zwróciłabym szczególnej uwagi, ale w hurcie wygląda to co najmniej zastanawiająco. Granatem się bawiła czy co?
Poza tym chciałam powiedzieć, że wszelkiej maści haczyki czy to przyklejane czy to wbijane na takich trzech cieniutkich sztyftach to burżujski wymysł jest. Po co haczyk jak można wbić gwóźdź? Gwóźdź wszędzie wejdzie. Doprawdy, dziwię się pani, że w kuchni akurat se te haczyki przykleiła. Też mogła gwoździa, nie? Albo i trzy. Jak w drzwiach szafy ściennej. Ale nie, tu se nakleiła te haczyki (haki?) a potem oderwała.
W dodatku w kuchni jest podłoga taka, że wrogowi nie życzę. Jasna, szara, cieniowana.  Tośka raz przejdzie, jeden kudeł z niej spadnie i widać! Trzesz mopem i nie wiesz czy to jeszcze brud czy może naturalna zmiana koloru.
Wciąż mi śmierdzi ze zlewu. Użyłam: płynu do naczyń, mleczka cif, drugiego płynu do naczyń, wrzątku, wrzątku z kretem, Kenneta i jego specjalnej pompki do rur, chloru.
Wchodzę rano kuchni i wali. No chyba, że coś w zlewie stoi, to nie. Rozważam pomysł kładzenia korka, ale jak go potem zdjąć i nie mieć odruchu wymiotnego? No i jak w takim zlewozmywaku myć produkty spożywcze? No dobra: na rozum wiem, że czysty, tak? Skoro kilka razy dziennie polewam go wrzątkiem, chlorem, sprejem bakteriobójczym, to powinien być czysty. Ale woń mówi coś innego.
Oraz schody na klatce schodowej. Są gładkie jak lustro! Tośce przypominam za każdym razem: powoli! Bo jak tylko się zapomni to się jej łapy rozjeżdżają. To, że schody są spiralne, czyli owijają się wokół filara też nie pomaga. Bo przy ścianie są szerokie, ale przy filarku to już tylko bardziej symboliczne. EM już kilka razy zjechał.
Yanki też.
A w piwnicy i rowerowni śmierdzi śmieciami. Nie mam pojęcia czemu. Śmierdzi i już więc piwnica jawi mi się obskurnie, choć Kennet-Anioł dba.
Nie lubię się z tym mieszkaniem. EM też nie. Usiłujemy przywyknąć, ale…
Uruchomiłam kolejkę na kolejną zmianę. Na wszelki wypadek. Może przywykniemy, polubimy sąsiadów i zostaniemy. A może nie. Niech się punkty nabijają. Za trzy -cztery lata będziemy szukać czegoś innego.
Szczerze mówiąc, wreszcie dojrzałam do kupna czegoś własnego. Domu za miastem najchętniej, ale mieszkanie w mieście też by mogło być. Z praktycznego punktu widzenia chyba byłoby nawet lepsze. Taaaak…tylko skąd wziąć te 100tys koron na wkład własny?
A jak widzę wysokość czynszu to mnie skręca, bo za tyle mielibyśmy i ratę kredytu i opłaty miesięczne w mieszkaniu.
Nie, no jasne, że byłam świadoma wysokości czynszu. Ale ja ten czynsz przykładałam do wypieszczonego, nowo wyremontowanego mieszkania. A tu po tym remoncie śladu nie ma. Administracja rozkłada ręce: no ale masz wszystko nowe. Niby mam, tylko, że to nie wygląda na takie…
Dobra, skończę nim znów się nakręcę i popsuję humor na cały dzień.
——-
A Tośka jest małpa zielona!
Ukradła mi wczoraj CAŁĄ PACZKĘ draży mlecznych. Byłam w polskim sklepie, kupiłam sobie dwie paczki przysmaku. Otworzyłam jedną, wzięłam kilka kulek i zostawiłam na stoliczku koło łóżka. Poszłam po coś tam, gdzieś tam… Patrzę: wychodzi ode mnie z pokoju, paszcza zamknięta: znaczy już coś zwędziła, chusteczkę pewnie…
Poszła do Pańcia swego ukochanego, ja za nią żeby jej radochę sprawić, że niby będę jej zabierać. Odwróciła się, a tu z drugiej strony paszczy wystaje kawałek opakowania.
Wydarłam, ale obślinione wszystko…Bleeee…Daję jej teraz po kilka w nagrodę, bo małpa zielona wie co dobre.
——————
Najładniejsze pomieszczenie w tym mieszkaniu to moje biuro…ekhem…gabinet(?). Słoneczne, udało mi się umyć porządnie okno któregoś ranka, zawiesiłam tiulowe firanki, postawiłam ukochane kwiatki. Stoi moja szafa, biurko, regał.
A w piątek dokupiłam kanapę. Kanapę chciałam niedużą, ale rozkładaną. Żeby PannaS miała gdzie spać. Albo żebym gości miała gdzie położyć jak.
To co proponują sklepy jest w takich cenach, że doprawdy można by pomyśleć, że obite złotogłowiem. Przy bliższych oględzinach okazuje się, że urodą to nie grzeszy a i jakość też pozostawia wiele do życzenia. Pogodziłam się z faktem, że trudno, uzbieram i wtedy kupię. Ale tknęło mnie. Zajrzałam na portal podobny do polskiego Allegro.
Znalazłam kanapę za jedyne 2,5tys koron. W okolicy. Pojechałam. Na żywo okazała się jeszcze ładniejsza niż na zdjęciu. Stan – IDEALNY! mimo że ma lat co najmniej 5. Wykonanie – perfekcyjne. Tak, wtedy jeszcze robiono rzeczy porządnie, żeby służyły latami.
Kupiłam, choć stan moich finansów jest opłakany. Ale będę się tym później martwić.
Teraz cieszę oczy.

Tak, wiem, czarny stolik nie-e.
Tak wiem – Tośka się nie może po niej walać. Nakryłam, bo nie będę z psem wojny prowadziła. Usiadłam wczoraj na chwile przy biurku, a ta HYC i się uwaliła. A jaka była zadowolona. Dobrze, że wcześniej położyłam narzutę. No więc oko cieszę pięknością kanapy, ale tylko na zdjęciach.

Słońce wyszło.
Pojedziemy z psem na Kinnekulle.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „156. Czas zimowy

  1. krystyna pisze:

    Bardzo ładny pokój, a kanapa prześliczna! Szkoda, że musi być zakryta, ale pies swoje prawa ma, wiadomo. Mojemu kotu też wszystko wolno…

  2. Nie_ty pisze:

    Ale śliczna!!! Też bym chciała. A dom trzeba oswoić – wiem, pisałam. Własny trochę łatwiej.

  3. Małgorzata pisze:

    Kanapa przepiękna! W zlewie może być grzyb i dlatego tak wali. Pozdrowienia z gdańska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *