162

Nierówna walka z grudniem w toku.
Grudzień to naprawdę nie jest dobry miesiąc. Mimo światełek, perspektywy świąt i Sylwestra…a może właśnie dlatego? Nie, no, nie tylko dlatego. Głównie z powodu ciemności. Cała reszta jest „a na dodatek”. Ciemno a na dodatek idą święta. Ciemno a na dodatek rok się kończy. Ciemno a na dodatek trzeba światełka…
W tym roku, ponieważ pierwszy raz od dawna nie zrywam się jak mleczarz, gazeciarz czy cieć, miałam siłę na dekoracje świąteczne. I powstały.
W gabinecie jest miasto czyli domki z papieru, ale nie wygląda to tak ładnie jak sądziłam więc nie mam zdjęcia.
W sypialni zrobiłam firankę z bombek. Bombki kupiłam na ten cel najtańsze, chciałam żeby każda wisiała na białej lub srebrnej tasiemce, ale koszt tasiemki sugeruje, że zrobiono ją ze złotogłowia i chińskiego jedwabiu, więc część na wstążce, część na błyszczącej nici.
Najpierw miały być tylko srebrne i białe, ale potem zobaczyłam takie w kolorze pudrowego różku, który jak wiadomo jest kolorem ostatnich miesięcy. ( Niestety jest to kolor nie dla mnie o czym przekonałam się wielokrotnie w przymierzalniach – wyglądam jakbym goła chodziła, w dodatku bez twarzy) A le sam róż? I srebro? Mdło jakoś…W HMie na wystawie zobaczyłam bordowo-brązową bombkę…I TAK!!! Czas nie sprzyjał by pobiec i kupić – na szczęście bo w innym sklepie kupiłam wypasiony pakiet bombek w trzech kolorach i trzech rozmiarach. Kolory to: różowy pudrowy, bordowy i TADAM! OLIWKOWY. Każdy kolor w 3 wersjach: matowa, błyszcząca, brokatowa oraz w odcieniach jaśniejszym i ciemniejszym. Szał ciał i uprzęży! Zakochałam się i mam te wszystkie, no prawie wszystkie, bez tych największych, opcje na oknie. Co wygląda cudnie, zwłaszcza przy zamkniętych żaluzjach.

Oglądam sobie to cudo każdego dnia od ponad tygodnia i z zachwytu wyjść nie mogę, bo cudne.
A kilka dni później zrobiłam ekochoinkę.

Dobra, nie jest do końca tak eko jak bym chciała bo powinna być z recyklingowych materiałów,  z filcu i papieru ale jak się nie ma co się lubi …itd. Inna rzecz, że jedyne co do tego drzewka dokupiłam to światełka, bo w domu wolnych nie było.
Choinka wisi w kuchni, na jednej z tych obrzydliwych białych kiedyś, brudnych teraz ścian. Na innej ścianie powiesiłam kolaż moich zdjęć z minionej jesieni ze szczególnym naciskiem na te zrobione w Danii i jakoś się ta kuchnia mniej obrzydliwa zrobiła.
Gdyby to o mnie chodziło nie stawiałabym już żądnej choinki, ale mąż jest konserwatywny i choćby miał spać z głową pomiędzy gałęziami wstawi sobie do pokoju największe drzewka jakie uda mu się tam wcisnąć.
Ja tylko wzruszam ramionami, bo co innego mogę zrobić wobec argumentu „ale ja lubię”. Ekologia, srogia, ekonomia, praktyka, przekonania, wszystko bierze w łeb wobec odwiecznego „ale ja lubię” oraz „żałujesz mi?”.
Nie wyciskaj połowy ketchupu na talerz, przecież nie zjesz tyle…
Ale ja lubię, żałujesz mi?

Nie żałuję, ale trzepie mnie coś, gdy marnuje się jedzenie.
Nie kupuj tak wielkiej tej szynki, nie zjesz i się popsuje!
Ale ja lubię, to mam wcale nie jest bo są tylko takie duże?

W grudniu mój ruch na świeżym powietrzu ograniczony jest do obejścia rynku i znajdujących się wokół niego sklepów. Coraz częściej mierzę, oglądam, przyglądam się…Odwieszam i rezygnuję. Coraz częściej, żeby coś kupić muszę mieć konkretne zapotrzebowanie lub wywołać efekt WOW! Tak jak z bluzką w kolorze fuksji.
Jak zwykle miałam na głowie jakiś kołtun, jak zwykle bez makijażu, jak zwykle z sińcami pod oczami oraz jak zwykle jakiś stary tshirt i spodnie dresowe.
Wlazłam do przymierzalni, założyłam tę bluzkę.
E, dziwna jakaś: stójka pod szyją, marszczenie, powiększy mi cycki, krótki rękaw odsłoni plamy i tłuszcz, gruby ściągacz na brzuchu, pewnie też go uwydatni, i ten wściekły kolor…z daleka będzie mnie widać…
Wcześniej przymierzałam czarne, lekko elastyczne spodnie na kant, z szerszą nogawką, i w tych spodniach postanowiłam zmierzyć bluzkę, bardziej by sprawdzić czy spodnie się obronią z porządniejszą górą.
Założyłam, spojrzałam na siebie… WOW! To było to, to był ten efekt. Znalazłam swój wizerunek, swój kolor, krój, styl. Taka bluzka z takimi spodniami.
Niestety jedno z drugim kosztowało dużo, więc wyszłam ze sklepu z bluzką, choć potrzebowałam spodni. Uznałam, ze spodnie kupię za miesiąc. Tylko, że za miesiąc tego fasonu już nie było w moim rozmiarze. Kupiłam inne, ale wizji żałuję do dziś.
Od tamtej pory dotarło do mnie, że zamiast kupować kolejną szmatę „o, niezła, kolor fajny, tania w dodatku, biorę” to powinnam sobie odkładać równowartość by za jakiś czas kupić coś takiego co właśnie będzie WOW!.
Dojrzewam do minimalizmu. Żebym jeszcze tak mogła minimalistycznie podchodzić do kwestii żołądka.
Grudzień znowu miesza swoje palce. Te długaśne ciemne wieczory, które z braku innych opcji spędzam przy komputerze i kolejnych filmach. A przy filmie wiadomo: a to czipsika a to kanapkę…
Mózg naświetlony sztucznym migotaniem, nie umie się wyłączyć. Brak naturalnego światła też w tym nie pomaga. Albo zasypiam o 20:30 i do 9 rano nie mogę oczu rozkleić, albo zasypiam o 2 – 3 nad ranem by o 7 już być trzeźwa. Głowa boli każdej nocy.
Walczę z grudniem, ze sobą, z niemocą, z perspektywą nowego roku, co oznacza, że znowu jeden rok życia mniej mi został i pocieszam się, że jeszcze maksymalnie do połowy, no do końca stycznia, a potem dni będą jaśniejsze i odczuwalnie dłuższe.
W głębi duszy marzę o cieple, słońcu, piasku i szumie morza.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „162

  1. nie_ty pisze:

    Ale cudna eko-choinka! Po prostu przepiekna!

Możliwość komentowania jest wyłączona.