172. Mentalność plemnika -czyli list do Przyjaciółki

Zauważyłaś Kasiu, że faceci mają coś takiego, co ja nazywam „mentalnością plemnika”?
Zobacz: jak jedziesz drogą i przed tobą sznurek samochodów, które jadą równym tempem tak jak ty, to masz potrzebę wyprzedzenia każdego z nich?
Ja wprawdzie nie jeżdżę, ale mnie ten sznurek aut z przodu nie przeszkadza. Mój mąż, bez względu na to jak szybko jedzie, stara się wyprzedzić je wszystkie…Po co? Widoki mu zasłaniają czy co?
Tobie przeszkadza?
W niedzielę pojechaliśmy na spacer.
Wiało i śnieżyło. Ale ja chciałam sprawdzić jedno miejsce, gdzie dotąd nigdy nie byliśmy, a i pies potrzebuje pobiegać, to pojechaliśmy.
Parking, przy parkingu tablica z bardzo ogólną mapą, na tej mapie narysowany szlak. Rzuciłam okiem, ale mapa zbyt ogólnikowa, żadnych więcej informacji, więc nie specjalnie się do niej przywiązywałam wychodząc z założenia, że idę tyle czasu ile uznam za stosowne, potem zawracam.
Poszliśmy. EM wyrywał do przodu, Tośka w drugiej fazie cieczki czyli dość pobudzona, a tu tyle zapachów, bo teren ewidentnie pełen zwierząt o czym świadczyły gęsto stojące ambony. Polecieli.
Szliśmy z godzinę, wreszcie dotarliśmy do starego kamieniołomu. Uznałam, że pora wracać, bo się zrobiło w pół do czwartej, a tu zadymka, pochmurno, zaraz się ściemni.
I wtedy w moim mężu obudził się PRZYWÓCA-PLEMNIK.
IDZIEMY! DO PRZODU! NIE, NIE WRACAMY TĄ SAMĄ TRASĄ! DO PRZODU!
On widział szlak na mapie, on wie że zaraz wrócimy na tę drogę, którą szliśmy. DO PRZODU!!! Parł do przodu, naprawdę jak ten zwycięski plemnik. Bez refleksji, bez dania sobie czasu na pomyślenie, nie dając mi szansy na sprzeciw bo nie będę za nim wrzeszczała.
DO PRZODU!!! TU DROGA!!!
Że nie wiemy jaka to droga? Ależ wiemy, to ta, którą przyszliśmy! Na pewno to ta, bo innej nie ma.
Mam w telefonie google map, mam też google erth, to są apki, które świetnie pokazują teren, ale przecież nie dał mi czasu by z tego skorzystać. Bo takie gadżety są dla cieniasów i bab. On, przywódca stada, zwycięski plemnik, WIE. Sam z siebie.
Owszem dotarliśmy w końcu do drogi, ale czułam, że to NIE TA droga.
Mam w sobie takie coś…wewnętrzny GPS, który zawsze mi mówi, w którą stronę do domu. I który najlepiej działa poza miastem. Jest tak, jakbym miała przypiętą do ramienia nitkę, której drugi koniec jest tam, gdzieś daleko, w domu. I ta nitka tak leciutko się napręża, dając mi lekki znak, że to tu, w tę stronę.
Mój mąż tej nitki nie ma.
I zawsze, ale ZAWSZE! kiedy kłócimy się o drogę, to idziemy w końcu tam, gdzie on mówi, że powinniśmy, po czym zawracamy, wracamy do miejsca spornego i idziemy w moim kierunku.
Tak było w Neapolu, tak jest zawsze. Od zawsze.
Ale co ja tam wiem…I kto by tam się uczył na własnych błędach, nawet sto razy powtarzanych? Prawda?
No więc dobrnęliśmy do drogi, on oczywiście przodem, ileś tam metrów przede mną, ja wściekła. Teren dość odludny, jak to w Szwecji. Niby stoją domki w zasięgu wzroku, ale widać, że nie zamieszkałe. A tu się zaczyna zmierzchać. Wreszcie na jakiejś górce mąż się zatrzymał i ze zdumieniem odkrył wieżę kościelną daleko, daleko…Cud, że było ją widać w tej zadymce. Pod tym kościółkiem stał nasz samochód.
Droga sobie wyraźnie leciała w innym kierunku. Kościół był prawej, droga odchylała się lekko w lewo.
Teraz mój mąż postanowił zapytać mnie o zdanie. Drogą, czy przez pole, na przełaj? TERAZ? TERAZ!
Byłam wściekła tak, że miałam ochotę mu przywalić.
Wywarczałam tylko „przez pole” odsuwając od siebie myśl, że takie pola lubią być poprzecinane szerokimi rowami, i co wtedy.
Plemni…tfu! Mój mąż znowu poleciał przodem, a chwilę potem jak na zamówienie ukazał się przede mną rów z wodą. Nie jakoś tam szeroki, on dał rade przeskoczyć bez problemu, leciał dalej, teren się zakrzywiał, i po chwili kompletnie mi znikł z pola widzenia. A ja utknęłam. Przeskoczyć, wpaść do wody i może przy okazji się poobijać? Czy szukać przejścia? Trzy razy wrzasnęłam za mężem, ale byliśmy pod wiatr, więc se mogłam wołać. O telefonie zapomniałam. Znalazłam jakiś przesmyk, pościnane krzaczory, przelazłam, ruszyłam dalej. Po kilku minutach zobaczyłam swojego chłopa jak z głupią miną stoi i się rozgląda. Tośka go zatrzymała! Potem się chyba zreflektował i już nie gnał jak idiota.
Dotarliśmy wreszcie do drogi asfaltowej, potem jeszcze kilka minut marszu i byliśmy w samochodzie.
Potem mi jeszcze udowadniał, że tamtą, drogą, którą porzuciliśmy na rzecz zaoranego pola byłoby szybciej.

Telepie mnie do dziś, i wciąż mam chęć mu przywalić w ten głupi cymbał, bo to nie pierwsza taka sytuacja. W zasadzie można rzec, że to jest obraz naszego małżeństwa.
On realizuje swoje pomysły bez pytania mnie o zdanie i bez oglądania się za mną, a gdy widzi, że kończą mu się opcje…wtedy zostawia mi decyzje. A na koniec jeszcze udowadnia, że jego pomysł był słuszny.

Zawsze.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „172. Mentalność plemnika -czyli list do Przyjaciółki

  1. batumi pisze:

    Nie martw się, oni w końcu wyginą 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *