54. Deszczowo

Obudziło mnie walenie w parapet. Ja lubię jak pada, lubię odgłos kropel na szybie, no ale żeby od razu walić w metalowy parapet jak w perkusję? I to jeszcze w nocy?
Obudziłam się rześka jak skowronek.
Zegarek pokazywał jakąś 3:40. Byłam, cholera jasna!, wyspana. Po pięciu godzinach snu!
Walałam się chyba godzinę, wreszcie łyknęłam walerianę, która mnie łagodnie ukołysała na powrót.
A teraz piasek w oczach i chętnie wróciłabym do łóżka.
Ale kawę trzeba.
Potem Tośkę na spacer.
Potem coś zjeść, coś co utrzyma sytość na dłużej.
A potem do pracy na cztery godziny.

Wieje z północy.
Wczoraj było jeszcze słonecznie, ale już czuć było lodowate jęzory północy. Po południu nad plażą, gdzie wywozimy psa zaczynały się kłębić granatowe chmury. Jezioro miało białe grzywy a na nich radośnie jeździli kitesurferzy. Ależ malownicze są te latawce!
Pies węszył niespokojnie, oglądał się zaciekawiony, aż musieliśmy pójść na „ludzką” stronę, żeby nie popędziła owym surferom kota. To znaczy ona by poleciała dać buzi i rzucić się na szyję, ale rozumiem, że pędzące czterdzieści kilo może wzbudzać respekt, szczególnie u ludzi mających na sobie dość cenny sprzęt.
Po każdej takiej akcji obiecuję sobie, że zajmę się na poważnie wychowywaniem mojego psa, ale potem, zwłaszcza jak Tosia nie ma chęci na współpracę a mnie się kończą pomysły na zmotywowanie jej to i moja motywacja spada.
Jestem złą”pańcią”.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.