55. Deszcz

Zrobiło się mocno jesiennie. Lipy na parkingu koło mojego domu nie tylko są żółte, niektóre mają już łyse korony. W parku pod nogami plączą się kolczaste kulki. Jeszcze nie pękają, ale już wiatr je strąca. Jeszcze tydzień – dwa i brązowe złoto kasztanów posypie się na trawniki. Aż szkoda takiego dobra, tutaj nikt ich nie zbiera. A ja zawsze, póki zimno się nie zrobi mam w kieszeniach kurtek choćby po jednym takim.
Fajne są wieczory w domu, gdy za oknem deszcz. Upiekłam ciasto z nektarynami, choć jeszcze nie to, do którego się przymierzam. To wczorajsze to takie szybkie ciasto na oleju. Pięć minut pracy mikserem, potem niecała godzinka w piecu i już. Ale mam taką recepturę, na bazie której robię różne ciasta. Najczęściej jest to szarlotka, bo jabłka są zimą najtańsze, wczesnym latem rabarbar, jesienią śliwki. Teraz zobaczę jak będzie wyglądało z nektarynami, które teraz obłędnie tanie, a które uwielbiam.
Kolega A. wczoraj wieczorem zadzwonił z podziękowaniami, bom mu niechcący pomogła. Duperelka taka, przypadkiem spotkałam człowieka, który miał potrzebę. A wiedziałam, że A może tę potrzebę  zaspokoić.
Panowie interes ubili.I dobrze. Zadowoleni obaj.
Pogadaliśmy chwilkę, ustalili mniej więcej termin następnego spotkania, tym razem już u nas. Pożegnali.
Aż tu piszczy mi telefon, że mi ktoś pieniądze przelał. Patrzę a tu kolega.
Miałam chęć nakrzyczeć, obrazić się, robić cyrki z odsyłaniem.
Po czym syn mi wytłumaczył, że to jest okej, że skoro ktoś uznał, że chce się podzielić ze mną tym, co przy mojej maleńkiej pomocy zyskał, to powinnam ładnie podziękować.
Mój syn ma zadziwiająco zdrowo-rozsądkowe podejście do wielu spraw i często służy mi za odnośnik.
Przyjęłam, podziękowałam wyraziwszy uznanie dla hojności.
Ale niewygodnie mi z tym. Obiecałam najeść się za tę kwotę włoskiej pizzy oraz napić włoskiego wina.
Do Neapolu 30 dni.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.