57.

Nie sądziłam, że po czterech godzinach w pracy można być tak zmęczonym, że się nie ma siły dojść do domu. I że tego zmęczenia wystarczy na całe popołudnie.
Tak mam.
Cztery godziny dreptania. Drep, drep, drep. Przysiąść na chwilkę, napić się zimnej wody. Drep, drep. Z powrotem. Temperatura w pomieszczeniu pewnie jakieś trzydzieści stopni. Okna- brak. Wentylacji nie czuć. W roli dodatkowej atrakcji napady gorąca tak znane paniom po pięćdziesiątce.
A do tego smród ryby, bo szwedzka tradycja nakazuje jeść rybę, która śmierdzi rybą do potęgi dziesiątej. Ale nie, nie w wyznaczony dzień tygodnia jak na przykład naleśniki w każdy czwartek. Nie ma tak. Każdego dnia ktoś inny je rybną mamałygę.

Nienawidzę tę pracy.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „57.

  1. Krystyna pisze:

    Kochana, wydasz książkę która zostanie bestselerem, zaczniesz pławić się w luksusie i rzucisz tę robotę! A tak na poważnie to na jakim etapie jesteś? Znalazłaś wydawnictwo? Życzę Ci tego bardzo. Ostatnio kupiłam książkę napisaną przez blogerkę Różę Wigeland. Blog jest ciekawy, książka świetna – „Gastronautka”. Oby i Tobie się udało, czekam z niecierpliwością!

Możliwość komentowania jest wyłączona.