86. Epopeja o portkach

Jakiś czas temu odkryłam, że nie lubię jeansów. A teraz odkryłam dlaczego. Nie lubię tego, że wszystkie jeansy damskie są gumowe. Przynajmniej w Szwecji nie kupisz innych. Tylko gumowe, oklejające ciało, rurki. Fuj. O ile takie spodnie całkiem nieźle wyglądają na proporcjonalnej i zgrabnej sylwetce, o tyle z normalnej kobiecej figury robią dziwne rzeczy.
Powiększają tyłek przede wszystkim. Doskonale uwydatniają każdą niedoskonałość figury ze szczególnym uwzględnieniem nóg.
Dlaczego w sklepach są więc tylko takie naprawdę nie rozumiem. Patrzyłam w sieciówkach, patrzyłam w sklepach firmowych z legendarnymi markami typu Lee, Levis  czy Wrangler. Dupatam. Wszędzie to samo.
Jest możliwe, że tylko w Szwecji, bo Szwedzi jak wiadomo wszyscy chodzą ubrani  jednakowo a strój odświętny od codziennego różni się tylko tym, że mężczyzna zamiast polo wkłada koszulę a kobieta pod dżinsową spódnicę wkłada legginsy z koronką, bo na co dzień nosi bez koronki.
Ostatnio jak eM kupował dżinsy to pomacałam kilka par męskich i o dziwo: nie ma w nich gumy! Zaczęłam rozważać pomysł kupowania spodni męskich. I krój normalniejszy i ten materiał jakiś taki lepszy. Póki co zarzuciłam pomysł, oblekłam tyłek w spodnie dresowe, czarne, szerokie i dobrze się w tym czułam.
Jako osoba biuściasta, żeby nie powiedzieć: cycata, muszę mieć dół, który optycznie przynajmniej trochę poszerza.  W rurkach, legginsach wyglądam jak odwrócona baba: wielka, monstrualna wręcz góra przy mikrej podstawie czyli inaczej mówiąc kolos na cienkich nogach.
Zachciało mi się jednak posiadać wariant bardziej wyjściowy, bo dres na spotkaniu z klientem jakoś mi nie pasuje.
Ileż ja się naszukałam! Co ja mówię! Szukam nadal.
Nie chcę czarnych dżinsów, bo co z tego, że te częściej mają nogawkę nieco szerszą to wciąż jak dla mnie za wąską. Nie chcę elastycznych spodni w kratkę. Nie chcę cieniutkich, lejących się , nomen-omen, szwedów. Nie chcę spodni a la szarawary, bo to jest to samo co dres, nawet jeśli z błyszczącego materiału.  Chcę normalne, damskie, garniturowe spodnie. Z klasyczną nogawką. Czarne, szare, brązowe, najlepiej gładkie, ale nie będę się czepiać jak będą to delikatne prążki czy jodełka.
Zapomnij.
Gdzieś w kącie, na wieszaku z ubraniami mierzonymi, zobaczyłam dżinsy. Ze dwa rozmiary większe niż mój standartowy. Żachnęłam się nico na strzępy i przetarcia, ale jak obejrzałam to zobaczyłam, że przetarcie jest jedno, małe, na udzie. Dół wprawdzie obstrzępiony, ale to akurat jestem w stanie zaakceptować, biorąc pod uwagę fakt, że portki NIE MAJĄ gumy, albo mają jej znikomą ilość a nogawkę mają normlaną, prostą. Rozmiar w pasie taki, że mogę je w sumie zdejmować bez rozpinania, ale od czego mam pasek?  Portki boyfriend mogą być za szerokie i nieco marszczone, nie?
Kupiłam.
Lubię. Są miękkie, nie kleją się do ciała, nie ciągną, nie uwierają, a gdy zginam nogę nie walczę z bandażem elastycznym.
Dobra. Ale jednak eleganckie spodnie też bym chciała.
Wychodzi na to, że ja! Ja – pierwsza abnegatka w Rzeczypospolitej jak mawiała moja mać w Szwecji będę robiła za wyelegantowaną damę.
Hły, hły, hły, hły…
Mam napisać epopoję o butach zimowych?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „86. Epopeja o portkach

  1. Nie_ty pisze:

    Z dżinsami mam dokładnie to samo! Nie nawidze obcisłych, bo robią mi z moich zgrabnych nóg dwie kolumny. U mnie hitem eleganckich są takie do kostki z zary, wkleila bym link ale nie umiem na komórce. Ale zarejestruj polecam jeśli chodzi o spodnie, natomiast nie jeśli chodzi o koszule – za małe w cyckach!

    • Kat pisze:

      Zarę lubi moja córka, mówi, że mają lepszą jakość i zupełnie inny styl niż inne sieciówki. Popatrzę

Możliwość komentowania jest wyłączona.