87. Epopeja o butach, choć może nie koniecznie

Zrobiło się mało przyjemnie.
Dni są słoneczne wprawdzie, ale bardzo krótkie. Najlepiej ujęła to moja córka mówiąc, że teraz to właściwie cały dzień to złota godzina. Słońce nie staje w zenicie, ślizga się niewiele ponad horyzontem. Fajne światło do zdjęć, zwłaszcza, że na niektórych drzewach jeszcze wiszą liście. Gorzej z życiem skoro dzień trwa niewiele więcej niż złota godzina.
Rok temu spadł pierwszy śnieg i upadłam na głowę. Dosłownie. Mam od tego czasu traumę czy jak kto woli: uraz. Boję się chodzić gdy istnieje ryzyko, że chodnik jest śliski. Na próżno sobie tłumaczę, na próżno usiłuję bagatelizować. Wychodząc z domu szuram nogami po podłożu żeby sprawdzić czy nocna mżawka lub mgła nie zmieniła się w ślizgawkę. Szuram co chwilę, zwłaszcza jak jest ciemno, a teraz właściwie przez większość czasu jest ciemno. Szuram co kilka kroków, bo już się nauczyłam, że mróz niekoniecznie łapie wszędzie tak samo.
Wczoraj zrezygnowałam z przejazdu rowerem przez tunel bo z górki ostro, a jak ślisko? Dziś w swej schizie poszłam dalej, bo przeszłam przez ulicę, zamiast pod nią. Bo na śliskim asfalcie biegnącym pochyło na bank się wywrócę…
Czy to dziwne, że szukanie butów zimowych w takich okolicznościach to wyzwanie?
Buty mają być odporne na ślizganie. Najlepiej by było napisane na nich” Specjalnie dla KasiP buty całkowicie odporne na poślizg bez względu na podłoże w postaci lodu/wody/tłuszczu”. Niestety, nikt nie produkuje takich butów, obawiam się, że musiałyby być wyposażone w przyssawki. Tylko jak w czymś takich chodzić?
W zeszłym roku kupiłam buty na zimę. Tak było napisane na metce, że to na zimę. Cena była normalna jak na buty przystało. I co? I okazało się, że owszem buty może i na zimę, ale zimę cywilizowaną, miejską, w takim mieście, gdzie każdy chodnik jest oczyszczany do gołego ze śniegu i deszczu. Jeden spacer z psem po mokrej trawie pobliskiego boiska i okazało się, że buty wpuszczają wodę szybciej nawet niż szmaciane trampki Palladium.
Reklamacja okazała się niemożliwa bowiem na metce stało, że buty są na zimę i mróz a nie na wodę i śnieg.
Prócz tego na pierwszym dłuższym wypadzie buty obdarowały mnie pęcherzami na piętach. Nie, nie na ścięgnach achillesa. Na piętach, od spodu. Oraz na poduszkach pod palcami.
Te dwa powody wystarczyły bym sobie przyrzekła, że butów owej firmy więcej nie kupię. Jeden tylko problem: w moim mieście, w tym zapyziałym miasteczku na prowincji prowincji Europy, masz do wyboru albo buty sportowe albo…buty tej właśnie firmy.
Buty sportowe. No dobra, postanowiłam dać im szansę. Bo tak: te zazwyczaj są wodoodporne oraz  mają podeszwę zapobiegającą ślizganiu się. Odwiedziłam wszystkie sklepy sportowe w mieście czyli wszystkie dwa. Liczyłam, że na przykład będą buty Timberland, zgrabne, bardziej przypominające damski botek niż kowadło. Oraz, że nie będą CZARNE!
Zapomnij.
W sklepach były wyłącznie czarne buty, a ich wdzięczną elegancję można porównać do obuwia ortopedycznego. Tak.
Ja chciałam coś pomiędzy. Coś co daje stabilne podłoże i usztywnioną kostkę, ale żeby jeszcze wyglądało jakoś tak…nobliwiej. Od razu mówię: nie noszę kozaków i nie noszę butów na obcasie wyższym niż 2cm. Między innymi dlatego, że takie buty mają zwykle zelówkę grubości liścia, gładką jak pupa niemowlęcia. Nie mam wymagań co do materiału, może być skaj, może być szmata, byle wodoodporna. I nie czarne. Boże kochany! NIE CZARNE!
Pisałam już wielokrotnie, że ogólnonarodowa szwedzka żałoba działa na mnie przygnębiająco oraz wzbudza mą agresję. Zatem nie czarne.
Przekopałam internet. Owszem znalazłam kilka typów. Wszystkie zacnie się prezentują na zdjęciach ale i ich ceny też były „zacne”. Plus koszty przesyłki.

Oczywiście, najbardziej chciałam te z turkusem, potem te czerwone…Ale wiadomo jak to jest  z kupowaniem przez internet. Zwłaszcza jeśli chodzi o buty. Rozmiary są różne. Jakość jeszcze bardziej. A tego nie da się ocenić na podstawie zdjęcia i tabelki.
W dodatku tych turkusowych nie było w moim rozmiarze.
A ponieważ jechaliśmy do Göteborga postanowiłam, że nim zamówię i wydam jednak równowartość nerki to popatrzę co wielkie sklepy w wielkim mieście mają do zaoferowania.
Sportowe, wielkomiejskie sklepy miały dokładnie to samo co sklepy prowincjonalne. Przynajmniej jeśli chodzi o obuwie na zimę. Przygnębiająca czerń i wdzięk słoniowej nogi.
Wzruszyłam ramionami i poszłam dalej. I dalej i dalej. W wielkim XXL sklepie, oferującym sprzęt do rozmaitych aktywności ścieżka zwiedzania prowadzi przez wszystkie działy. I gdym już przegalopowała prawie cały sklep, mijając dział obuwniczy trafiłam do działu „Hiking”. A tam na ścianie, buty hikingowe. Stanęłam. Ujrzałam. I zmarłam. Były tam! Buty-absolutnie-idealne.
NIE CZARNE! Zgrabne. Wodoodporne, a z porządną podeszwą. Leciutkie. Miękkie! NIEBIESKIE!!! Rozumiecie? NIE-BIES-KIE!!! Nie granatowe, nie gołębie, nie jakieś -tam. Niebieskie. Takie:

Niestety. Miały dwie wady.
Pierwsza, w sumie do obejścia: nie są zimowe. Nawet nie są jesienne. Ale zimy teraz takie…Wełniana skarpeta, a jak mróz większy to ostatecznie mam stare, czteroletnie skórzane Timberlandy, nie do zdarcia.
Druga, niestety nie do pokonania: największy rozmiar 37. Mój standardowy to 38, ale może? Bo czasem mam 37. Wcisnęłam nogę…
Już prawie szeptałam do eM „Topór daj, w komorze…”
Odłożyłam na półkę. Poszłam. Zawróciłam. Zaczepiłam obsługę, bo może jednak gdzieś na zapleczu skitrali jedną parę 38. Wyparli się.
Poszłam. Wróciłam. Raz jeszcze wcisnęłam nogę. Em odmówił kategorycznie odrąbania mi kawałka stopy. A przecież nie musiałby dużo…5mm albo i mniej.
Poszłam. EM ze mną.
Zawrócił. Potem mnie dogonił.
– Zapisałem firmę – oświadczył.
Wróciłam. Wyjęłam telefon i zrobiłam zdjęcie pod tytułem „Miłość mego życia”.
Znalazłam w internetowym sklepie. Jednym, jedynym! Na szczęście w Polsce.
A tu jak na złość 1 listopada. Pozamykane wszystko.
Wreszcie udało mi się, zamówiłam, zapłaciłam, dopłaciłam za kuriera, żeby szybciej. 4 listopada wysłali…i do dziś ich nie ma! No nie ma!
Czekam. Co mi tam. Mogę czekać. Byle tylko przyszły i były dobre i niebieskie.

Na zimę kupiłam buty Jedynie Słusznej Firmy występującej w Szwecji, a dostarczającej buty codzienne. Piękne nie są.  Czarne. Ale miękkie. Ciepłe. Podobno wodoodporne. Na grubej podeszwie odpornej na ślizganie.
Jakby to powiedzieć…
Co innego miłość a co innego małżeństwo, nie?

Edit:
Przyszły dziś.
Są takie jak pamiętałam.
Rozmiar 38 Idealny. Błękitne. Miękkie. Lekkie. IDEALNE.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „87. Epopeja o butach, choć może nie koniecznie

  1. Nie_ty pisze:

    Hahaha:) bardzo ładne te buty! ja na szczęście nie muszę zimowych tutaj, bo nie ma zimy i kozaki wystarczają zupełnie;)

    • Kat pisze:

      U mnie zimy takiej ze śniegiem i mrozem też nie ma, bywa czasem na dzień dwa. Ale często jest tak, że wieczorem pada a rano zamarza…Do pracy wychodzę przed 6, o tej porze w Szwecji to ciecie i drogowcy jeszcze śpią i nie ma komu chodnika posypać kamyczkami

  2. Ewa pisze:

    Fajne te niebieskie! Ja mam podobne w kolorze brudnej lawendy 😉

    A przedwczoraj łaziłam po Aurze i szukałam krótkich botków na najwyżej 2-cm obcasie. I chciałam czerwone. Nie ma – 95 procent to czarne. A w dziale dla dziewczynek takie ładne kolory, np. piękny brudny róż, piękny! Ale stare baby to muszo na czarno jeno, ech…

Możliwość komentowania jest wyłączona.