93. Problem dnia: grubość nici

Tak, wiem…Problemy pierwszego świata…
Szukam zielonej nici. Nadal…
Fajnie, internet pęka w szwach ale jak wiadomo zdjęcia nie oddają proporcji. Nie znając grubości możesz sądzić, że kupujesz kordonek a kupujesz linę okrętową i na odwrót. Do dupy takie kupowanie. Producenci podają jakieś od czapy określenia (o ile w ogóle podają) np. 8/4. Po długim kopaniu dowiedziałam się, że to oznacza że nić jest skręcona z 4 nitek oraz, że ma 8 skrętów na coś tam…
Jakby nie można było podać grubości: 0,02mm, 0,002mm …
No nic w piątek może uda mi się wywlec eMa za miasto, do kobiety co ma sklep z włóczkami i szmatkami, z akcesoriami tkackimi, może coś tam znajdę dla siebie.
W piątek wieczorem mam gości więc wypad po nici jest mi lekko nie na rękę, ale to jedyny dzień w tygodniu, gdy się da. Oni w soboty mają zamknie, w tygodniu godziny otwarcia też jakieś dziwne i bardziej popołudniowe a eM wciąż pracuje wieczorem i w nocy…
Jak nie kupię to zajmę się dywanikiem z dżinsu.
Nie poszłam wczoraj do pracy.
Miewam takie dni, że czuję się jakby mi ktoś wtyczkę wyciągnął. Ból głowy, ale nie tylko. Ogólna ospałość, rozdrażnienie, nadmierny apetyt, poczucie ogromnego zmęczenia, problem z koncentracją uwagi. Ogólnie rzecz biorąc stan, że nic tylko się w koc zawinąć i spać, ale problem w tym, że spać też się nie da, ani czytać, ani filmu oglądać. W domu duszno i jedyne co przynosi ulgę to świeże powietrze. Ale weź spaceruj przez kilka godzin.
Tak miałam przedwczoraj.Do godziny 21. Od 21 coś zrobiło „pyk” i nagle się ożywiłam. Ale jak?! Góry przenosić, w polu orać, prać na tarze niańcząc przy tym sześć par bliźniąt. W głowie kołowrót myśli, piosenek i nie wiadomo czego jeszcze.
Zasnęłam o 1:30.
O 5:30 nie miałam siły oka rozkleić. Wysłałam smsa do szefowej, że jestem chora.
Pospałam do 8:30. A potem wstałam i dalejże te góry przenosić.
Tak właśnie mam. Od zawsze.
Pamiętam jak w dzieciństwie dopadała mnie choroba a potem gdy zdrowiałam to właśnie tak”pyk”. Wieczorem umierałam a rano budziłam się razem z ojcem. Ojciec mój był skowronkiem, zawsze wstawał wcześniej, dużo wcześniej niż powinnam. Pamiętam taki jeden ranek…Jedno z milszych wspomnień. Jedno z niewielu miłych wspomnień związanych z moim ojcem.
Pamiętam zdziwiony i pełen czułości głos ojca, gdy weszłam do kuchni:
– A czemu ty nie śpisz, Telewizorku?
(Byłam gadułą, gadałam od rana do wieczora, podobno jeszcze nim dobrze otworzyłam oczy).
Ojciec krzątał się cicho w kuchni, szumiał wielki, srebrny czajnik, gdy gotował wodę na herbatę. Ojciec mydlił twarz pędzlem i wykrzywiał ją do lustra i do mnie, żeby dokładnie się ogolić.  Tamtego dnia pozwolił mi iść samej po bułki do Sitenia. Na podwórku było ciemno i wilgotno, ale nie bałam się. U Sitenia, w prywatnej piekarni, było ciepło, pachniało pieczywem. Chleb był gorący, parzący, bo tylko co wyjęty z pieca i przyniesiony do sklepu na drewnianej desce. Pamiętam cały rząd brązowych bochenków, z lśniącą skórką. Możliwe, że to nie jest wspomnienie z tamtego ranka, bo po chleb do Sitenia chodziłam całe dzieciństwo o różnych porach dnia. I zawsze wyglądało to tak samo. Podłużne bochenki chleba na drewnianej desce, zsuwane wprost na ladę, skąd natychmiast znikały. I kosze z pasków drewna, takie jak łubianki, tylko duże i okrągłe, pełne białych bułek „zwykłych”  czyli tych przypominających pośladki. Nie pamiętam niczego innego w tej piekarni. Ale chyba były jeszcze bułki maślane, słodkawe, posypane po wierzchu grubym cukrem. Rzadko jadałam ten rarytas i zawsze oczywiście zaczynałam od skórki.
Tamtego ranka kupiłam chyba tylko chleb.
Ile miałam lat? 7? 9? Takie to były czasy. Dziś nikt by siedmiolatka w biały dzień samego do sklepu nie puścił.
Pamiętam jak tata (tata, nie ojciec) potem mówił, że wstałam tak wcześnie i go zaskoczyłam i poszłam  sama po chleb. Opowiadał to a ja się czułam taka dumna i obiecałam sobie, że zawsze będę wstawać razem z tatą.
Ale następnego dnia gdy się obudziłam było już jasno a tata był dawno w pracy. Ależ byłam rozczarowana….
Dziś po tylu latach już wiem, że zawsze po chorobie, tak właśnie wstaję i mam tak dużo energii, że mogłabym oświetlić całe miasto. Jakby choroba była koniecznym restartem mojego systemu.
Tylko milcząca jestem coraz bardziej. Już nie jestem Telewizorkiem.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *