97. Tosia moja miłość

Szwedzkie psy, przynajmniej te, które spotykam, są zwykle dość dobrze ułożone. Niektóre są wręcz ułożone doskonale jak taki jeden husky, który na Tośkę nawet nie spojrzał mimo, że on chłopak, a Tośka dziewczynka, a on dodatkowo szedł bez smyczy. Albo taka Zoja, która posłusznie została na boisku, siedząc i patrząc w ślad za swoją panią, która poszła wyrzucić psią kupę do kosza.
Tośka taka nie jest.
Na początku przyznawałam to z pewnym zażenowaniem, że mój pies niestety jest źle wychowany. Owszem, do szkoły chodziłyśmy, ale Tosia była wtedy bardziej zainteresowana kolegami szkolnymi niż lekcjami. A w domu z odrabianiem lekcji jest …jak wiadomo różnie.
No, ale mimo wszystko próbowałam choć trochę poskromić jej żywiołowy charakter, odrobinę, tyle, żeby mi kolejnego wypadniętego dysku nie zafundowała. Tosia w marcu skończyła dwa lata i jakoś tak nie wiadomo kiedy stała się dorosłym psem.
Jej dorosłość objawia się tym, że na widok obcego człowieka uśmiechającego się do nas Tosia dostojnie kiwa puchatym ogonem z białym czubkiem, ale nie rzuca się człowiekowi na szyję. Na widok znajomego reaguje bardziej żywiołowo, podskakuje, kręci się wokół własnej osi tak, że istnieje obawa iż zawiąże się na supełek, ale nie próbuje już obcałowywać człowiekowi twarzy.
Nabrała masy i chyba wreszcie dotarło do niej że najwłaściwszą pozycją dla psa to pozycja „co najmniej trzy łapy na ziemi”.
Inną rzeczą, którą zresztą odkryłam przed kilku dniami, jest to, ze Tosia nie próbuje galopować, gdy pod łapami wyczuje miękki śnieg. Tę zmianę przyjęłam z mieszanymi uczuciami. Bo z jednej strony dzięki bogu, już mi nie grozi, że nagle będę robić za sanki przyczepione do psa, z drugiej strony, szkoda, kurczę, bo to znaczy, że jest już dorosła i poważna i nauczyła się, że prędzej czy później smycz szarpnięciem zatrzyma ją w miejscu. I to jest dla mnie strasznie, ale to strasznie smutne. Bo ja najchętniej bym Tosię zabrała na duży, bezludny, bezpieczny teren i puściła ją tam wolno, i pozwoliła jej biegać tak dużo aż sama do mnie wróci. I jeszcze żeby tak mogła kiedy tylko zapragnie.
A tu dookoła miasto, a nawet jak za miastem, to wszędzie się ludzie pętają. A niby Szwecja to taki niezaludniony kraj.
Tak więc Tosia zatraciła swe dziecięctwo i jest już poważnym, dorosłym psem. Choć z tą wiarę w jej powagę to bym jednak nie przesadzała.
Dzięki temu, że nie jest doskonale wychowana (bo ja leniwa a i ona nie skora) nasze współobcowanie bywa pełne zabawnych niespodzianek.
Ot, wczoraj.
Wyszłyśmy na poranny spacer. Na chodnikach leżało to białe paskudztwo, rozmiękłe już i mokre, przez co krańcowo obrzydliwe. Dla mnie. Nie dla niej.
Wyszłyśmy pięć kroków do głównej ulicy. Na zakręcie, gdzie wylot naszej uliczki krzyżuje się z ulicą główną Tosia wrosła w podłoże nosem wskazując jedynie słuszny (według niej) kierunek. Kierunek który, ustalmy to jasno i wyraźnie: kierunek, który leżał po drugiej stronie ulicy. Rzeczona ulica wyposażona była w jadące auta oraz pośniegowe błoto. Na wyposażeniu brakowało natomiast zebry czyli przejścia dla pieszych. Już nawet nie chodzi o takie super-hiper wypasione przejście ze światłami, nie bądźmy wymagający, ale zebra i znak przy niej stosowny byłyby mile widziane. I były, tyle że jakieś dziesięć-dwadzieścia metrów dalej. A może i sto, nie będę się kłócić, nie umiem określać odległości „na oko”. Nieważne. Zebra leżała nieco dalej.
A Tosia chciała na drugą stronę już, teraz, tu i w tym miejscu. Bo pod kościół. I pod wieżę wodną. Teraz. Chodź. Zaprała się, wrosła w ziemię, zamieniła się w skamielinę. Ktoś z was kiedyś próbował ruszyć leżący na polu wielki głaz?
Pociągnęłam smycz. Podniosła głowę i popatrzyła mi w oczy.
„Idziemy TAM”.
– Tosia, zobacz ile samochodów, jest ślisko, nie będziemy się tam pchać, żeby nas coś rozjechało. – tłumacząc, znowu pociągnęłam smycz.
Tosia popatrzyła na mnie przeciągle po czym nagle zainteresowała się leżącym pod jej łapami śniegiem.
„O, śnieg, lubię!” I położyła się na nim. Znowu spojrzała mi w oczy.
” Spróbuj mnie zmusić…Fajny ten śnieg, mięciutki, chłodny…Poleżę, mnie się nie spieszy…”
Stanęłam nad nią, skrzyżowawszy ręce.
– Okej, leż sobie. Dla mnie nie ma znaczenia czy pół godziny spędzę tu, przy domu, pod tym płotem czy w parku.
Łypnęła na mnie i zaczęła udawać, że jej tam nie ma.
Tuż obok nas zatrzymał się jakiś samochód. Kobieta za kierownicą usiłowała włączyć się do ruchu ulicy głównej. Spojrzała w lewo. Potem jeszcze raz w lewo. I jeszcze raz. I zobaczyłam, że się śmieje od ucha do ucha patrząc na Tosię, która z miną niezależną leżała na środku chodnika, na skrawku śniegu. Kobieta śmiejąc się pojechała dalej. Chwilę potem do skrzyżowania podjechało kolejne auto. Kierowca popatrzył na nas, uśmiechnął się z lekka i pojechał.
– Tośka, pół miasta już się z nas śmieje – poinformowałam ją. Noż kurde…Jakbym widziała, jak wzrusza ramionami.
„Śmiech to zdrowie…Ooooo! PIESEK! Tam szedł, chodź szybko, szybko, noż kurde, w ziemię wrosłaś czy co? Idziemy. IDZIEMY!”
W jednej sekundzie poderwała się na łapy i potruchtała w kierunku, do którego usiłowałam ją przekonać przed chwilą. I jeszcze się za mną oglądała, z miną pełną nagany! Bo się guzdram.
Dogoniłyśmy ślad pieska, Tosia zebrała plotki. A potem podniosła głowę, trąciła moją rękę nosem. Gdy nie zareagowałam postanowiła dać mi znać bardziej dosadnie
„Jacy ci ludzie są niedomyślni, naprawdę” – westchnęła z politowaniem.
Trąciła prawą kieszeń.
„Ciastko. Człowiek, skup się, patrz mi w oczy: CIASTKO”.
– E, zaraz, ciastka są jak wracamy do domu – zaprotestowałam.
„Oj, nie bądźże taka sztywniara. Daj to ciastko. Byłam grzeczna, nie? Poszłam gdzie chciałaś”.
Dałam, no bo w sumie była grzeczna. Poszła tam, gdzie ja chciałam. (Na pewno?).
A wieczorem, gdy przyszła na czytanie…
Taki rytuał mamy. Ja się układam z książką w łóżku. Tosia kładzie się obok, ale w pewnym oddaleniu. Ja się nachylam, czochram ją przez chwilę, a potem opieram o poduszki i zaczynam czytać. Tosia podnosi łeb, patrzy na mnie z naganą, że co tak mało tego czochrania, i „ty się Człowiek nie obijaj”.
– Jak chcesz więcej, to musisz tu bliżej – mówię. Na co pies podciąga się nieco bliżej mojej ręki, ale wciąż jeszcze tak dość daleko.Żeby nie było, że to ona chce. Wtedy ja łapię ją „pod paszki” i przyciągam jeszcze bliżej. Tak, żebym ręką bez kłopotu sięgnęła do jej głowy. Potem czytam, jedną ręką trzymając Kindla, a drugą czochrając psa. Pies, jak mu się znudzi jedno miejsce to nadstawia drugie.
Wczoraj jednak, nim się położyłam Tosia spała twardo. Bardzo twardo. Spomiędzy pazurów prawej łapy wyłaziło sfilcowane futro, na które czaję się już od kilku tygodni. Głaskałam łapę, łeb, drugą ręką sięgając po leżące obok nożyczki do paznokci. Spała, w ogóle nie wiedząc co się dzieje…pókim nie sięgnęła nożyczkami do filcaka.
Poderwała łeb, szarpnęła łapą, ale byłam czujna i przytrzymałam. Nim cokolwiek więcej zdążyła zrobić ciachnęłam filc. Po czym Tośka rzuciła się paszczą w stronę mojej ręki i gwałtownie ją oblizała. Wie, że za zębiska to JA się gniewam, ale wyraźnie chciała mi powiedzieć, że moje zachowanie jest NIEPOŻĄDANE.
– Przecież ci nic nie zrobiłam. Nie bolało cię przecież. Tylko ci ten filc wycięłam, żeby ci nie przeszkadzał. – wyjaśniłam. Popatrzyła na mnie długo. Bez słowa. A potem zeszła i poszła sobie pod drzwi Yankiego.
– Obraziłaś się? Nie wygłupiaj się, chodź poczochram.- zawołałam za nią.
Westchnęła. Spojrzałam. Akurat odwracała się plecami do mnie.
„Wypchaj się, sama się czochraj”
Odczekałam chwilę. Po czym poszłam do niej. Przykucnęłam. Położyłam dłoń na głowie.
– Tosia…- zaczęłam. Nawet na mnie nie spojrzała, tylko zabrała głowę i położyła obok. Ogon nie drgnął. Yankie usłyszał głos pod drzwiami.Wyjrzał.
– Co jest?
– Tośka się  na mnie gniewa.
– Co ci zrobiła, Tosiu? – zapytał ją. Usiadła, starannie odwracając się tyłem do mnie. Podniosła głowę ewidentnie szukając kontaktu z Yankiem.
– Należało ci się – oświadczył mój syn nie wnikając w szczegóły.
– Dobra, Tosia. Przepraszam. PRZEPRASZAM – powiedziałam gorąco do jej pleców. Nawet na mnie nie spojrzała.
Na szczęście Tosia nie dąsa się długo. Jak wróciła z podwórka po wieczornym siku przyszła znowu do mnie do łóżka. Zwinąwszy się w kłębek zerknęła na mnie wymownie.
„E, Człowiek, tylko bez wygłupów. Żadnych nożyczek, rozumiemy się? Jutro zobaczę, może ci wybaczę”.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Codziennik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.