56.

Wkurza mnie semantyka w tekstach na temat przestępstw.
Ostatnio głośno jest o polskiej parze, którą we Włoszech napadnięto. Jego pobito, ją zgwałcono.
Naprawdę nie chcę wyobrażać sobie jakie piekło przeszli oboje. Bo przeszli i to bezdyskusyjnie. Zdarzyło im się coś niewyobrażalnie strasznego i można mieć tylko nadzieję, że z pomocą terapeutów ludzie ci jakoś wyjdą z tej traumy i będą mogli normalnie żyć.  Winni, których dość łatwo złapano powinni być bardzo surowo ukarani. Jak każdy inny sprawca napadu na innego człowieka. I tak też mają być ci ludzie traktowani: jak każdy inny człowiek.
Tymczasem ludzie dławią się z nienawiści i machają tym wydarzeniem jak sztandarem żeby wszystkim ukazać jacy to ONI dzicy. Oni czyli uchodźcy.
I naraz wszystko staje na głowie, bo okazuje się, że uchodźcami są wszyscy Muzułmanie a wiadomo, że wszyscy Muzułmanie to bandyci i terroryści. Ergo uchodźca równa się bandzior.
No i oczywiście wychodzi też motyw polskiej martyrologii.
Bo pojechali na wakacje i takie nieszczęście! Jak mogli bandyci zaatakować parę na wakacjach? W dodatku polską parę?
Jakby wracali z pracy to byłoby lepiej? Bo jak się wraca z pracy to trzeba się liczyć z tym, że można zostać napadniętym? A jakby sprawcami byli rodacy to trauma byłaby mniejsza?
Opad rąk po prostu.
Ludzie. Przestańcie słuchać i czytać polskie media. Zacznijcie myśleć samodzielnie.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

55. Deszcz

Zrobiło się mocno jesiennie. Lipy na parkingu koło mojego domu nie tylko są żółte, niektóre mają już łyse korony. W parku pod nogami plączą się kolczaste kulki. Jeszcze nie pękają, ale już wiatr je strąca. Jeszcze tydzień – dwa i brązowe złoto kasztanów posypie się na trawniki. Aż szkoda takiego dobra, tutaj nikt ich nie zbiera. A ja zawsze, póki zimno się nie zrobi mam w kieszeniach kurtek choćby po jednym takim.
Fajne są wieczory w domu, gdy za oknem deszcz. Upiekłam ciasto z nektarynami, choć jeszcze nie to, do którego się przymierzam. To wczorajsze to takie szybkie ciasto na oleju. Pięć minut pracy mikserem, potem niecała godzinka w piecu i już. Ale mam taką recepturę, na bazie której robię różne ciasta. Najczęściej jest to szarlotka, bo jabłka są zimą najtańsze, wczesnym latem rabarbar, jesienią śliwki. Teraz zobaczę jak będzie wyglądało z nektarynami, które teraz obłędnie tanie, a które uwielbiam.
Kolega A. wczoraj wieczorem zadzwonił z podziękowaniami, bom mu niechcący pomogła. Duperelka taka, przypadkiem spotkałam człowieka, który miał potrzebę. A wiedziałam, że A może tę potrzebę  zaspokoić.
Panowie interes ubili.I dobrze. Zadowoleni obaj.
Pogadaliśmy chwilkę, ustalili mniej więcej termin następnego spotkania, tym razem już u nas. Pożegnali.
Aż tu piszczy mi telefon, że mi ktoś pieniądze przelał. Patrzę a tu kolega.
Miałam chęć nakrzyczeć, obrazić się, robić cyrki z odsyłaniem.
Po czym syn mi wytłumaczył, że to jest okej, że skoro ktoś uznał, że chce się podzielić ze mną tym, co przy mojej maleńkiej pomocy zyskał, to powinnam ładnie podziękować.
Mój syn ma zadziwiająco zdrowo-rozsądkowe podejście do wielu spraw i często służy mi za odnośnik.
Przyjęłam, podziękowałam wyraziwszy uznanie dla hojności.
Ale niewygodnie mi z tym. Obiecałam najeść się za tę kwotę włoskiej pizzy oraz napić włoskiego wina.
Do Neapolu 30 dni.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

54. Deszczowo

Obudziło mnie walenie w parapet. Ja lubię jak pada, lubię odgłos kropel na szybie, no ale żeby od razu walić w metalowy parapet jak w perkusję? I to jeszcze w nocy?
Obudziłam się rześka jak skowronek.
Zegarek pokazywał jakąś 3:40. Byłam, cholera jasna!, wyspana. Po pięciu godzinach snu!
Walałam się chyba godzinę, wreszcie łyknęłam walerianę, która mnie łagodnie ukołysała na powrót.
A teraz piasek w oczach i chętnie wróciłabym do łóżka.
Ale kawę trzeba.
Potem Tośkę na spacer.
Potem coś zjeść, coś co utrzyma sytość na dłużej.
A potem do pracy na cztery godziny.

Wieje z północy.
Wczoraj było jeszcze słonecznie, ale już czuć było lodowate jęzory północy. Po południu nad plażą, gdzie wywozimy psa zaczynały się kłębić granatowe chmury. Jezioro miało białe grzywy a na nich radośnie jeździli kitesurferzy. Ależ malownicze są te latawce!
Pies węszył niespokojnie, oglądał się zaciekawiony, aż musieliśmy pójść na „ludzką” stronę, żeby nie popędziła owym surferom kota. To znaczy ona by poleciała dać buzi i rzucić się na szyję, ale rozumiem, że pędzące czterdzieści kilo może wzbudzać respekt, szczególnie u ludzi mających na sobie dość cenny sprzęt.
Po każdej takiej akcji obiecuję sobie, że zajmę się na poważnie wychowywaniem mojego psa, ale potem, zwłaszcza jak Tosia nie ma chęci na współpracę a mnie się kończą pomysły na zmotywowanie jej to i moja motywacja spada.
Jestem złą”pańcią”.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

53. Ale co tam, przecież taka jesień złota nie jest zła

U mnie już jesień.
Wszystko żółknie, kolory płowieją.
Byłyśmy wczoraj z PannąS na festynie w pobliskim gospodarstwie należącym do naszej gminy. Największą atrakcją festynu był skok z wieży na stertę siana. PannaS po półgodzinnym namyślaniu się zdecydowała się sprawdzić atrakcję. Skoczyła. Potem jeszcze raz. A potem już chciała do domu, bo Molly ma przyjść. I żeby się nie spóźnić.
I naraz człek widzi jak w dzieciaku odzywają się geny przodkiń.
– Bo ja jeszcze muszę się ładnie ubrać- przekonywała mnie, gdyśmy szły po rowery.
– A to co masz na sobie jest brzydkie? – trochę mi się przykro zrobiło, bo miała na sobie koszulkę, którą ja jej kupiłam.
Spojrzała na mnie z wyższością.
– Babciu! SPODNIE! – powiedziała na naciskiem dla pewnością ciągnąc różowy materiał.
– Achaaaa. Ładnie to znaczy, że trzeba w sukienkę? – zrozumiałam.
Dzieciak mruknął coś potakująco i pospiesznie odpiął rower.
– A ile mamy czasu?
– Dwie godziny – usiłowałam ją uspokoić.
– A mówiłaś, że godzinę?
– Mówiłam, że do wyjazdu, żeby zdążyć na spokojnie.
Strasznie ciężko tłumaczy się czas komuś, kto pyta czy godzina to dużo. Uch…
Już prawie pod domem, Panna S dała wyraz swej frustracji
– A czemu oni nie zadzwonili? Mogli na mnie wpaść! Co oni, nie widzą, że jestem dzieckiem? Tak sobie jadą? A jakby na mnie wpadli?
Tu już geny leciały po całości.
ONI to dwaj panowie, którzy minęli nas na osiedlowej uliczce. Nie pierwsi, którzy nas minęli, dlaczego ich zachowanie nie spodobało się praworządnej do bólu dziewczynce? Nie mam pojęcia. PannaS ewidentnie spinała się przed wizytą przyjaciółki.
Burczała na na ukochaną Babcię, na piesia malutkiego, który się rzucał na szyję, na tablet.
Jeszcze lat kilka i będzie jak prababcie, babcia i mama cierpiała na niewyjaśnione bóle głowy.
Trzeba było lat pięćdziesięciu dwóch bym wreszcie dostała leki zmniejszające napięcie mięśni i skończyły się bóle głowy jak ręką odjął. Bóle, które okresowo potrafiły nękać nawet po kilka tygodni. Może i te nocne ataki sobie pójdą?
A tymczasem grzyby.
Tubylcy ich raczej nie zbierają: boją się. Wiadomo, że tubylcy to cieniasy. Trawę,nawet u siebie w ogrodzie, koszą w słuchawkach wygłuszających i okularach ochronnych! Nawet jak robią coś na pierwszym piętrze na zewnątrz to ustawiają  rusztowania lub biorą podnośnik. I jeszcze dodatkowo się przypinają. Noszą kaski na rowerach! I na lodowisku I na rolkach. I kapoki na jachtach i łodziach. Grzybów nie zbierają, bo się na nich nie znają.
Cieniasyyyyyy, nie?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

52. Codziennik

Za oknem wstaje jesienny dzień. Dziś noc była chłodna, choć wyjątkowo bez deszczu.
Wczoraj wieczorem wpadła Madzia z Julką i górką zebranych grzybów, żeby eM je obejrzał, bo on się zna.
Madzia i Julka tę górkę jesiennego szczęście zebrały w pięć minut na spacerze koło domu. I za pięknie to wyglądało, by mogło być prawdziwie. Ogromne ciemnobrązowe kapelusze na białych nogach. Dwa wielkie, przyrośnięte do siebie, Mama i Tata, a w okół nich rozsypane coraz mniejsze dzieci. Najmniejszy wyglądał jak borowikowy noworodek, taka szpileczka prawie. Borowiki i podgrzybki. Podgrzybki i borowiki.
Julka z PannąS, po chwilowej nieufności, spowodowanej długim niewidzeniem się, zamknęły się razem w pokoju i tylko dobiegały stamtąd piski i śmiechy. Dogadały się.
A my usiadłyśmy przy stole w kuchni, pomiędzy nami pachnące lasem grzyby, a za oknem czerniała noc. Nad wieżą, nieco z boku pojawiło się nagryzione, białe lśniące ciastko.
EM robił sobie późną kolację a pies durniał i nie wiedział gdzie ma się podziać. Czy usiąść na ławce i uczestniczyć w babskich pogaduszkach, czy pilnować eM, bo może mu jakiś kawałek sera spadnie, a może dobijać się do dziewczyn, bo co one tam robią? Może coś ciekawego i jeszcze psu umknie okazja do szaleństwa.
Madzia z Julką wsiadły potem na rowery i pojechały w ciemną noc.
PannaS zasnęła nim ja wróciłam po kąpieli.
A teraz jest ranek. Mała w moim łóżku, gra na moim komputerze, Tosia rozciągnięta u niej w nogach drzemie, ale słyszy wszystko.
Za oknem wstaje słoneczny, czysto jesienny dzień.
A rok temu byłam w Oberchofen. I gdy oglądam zdjęcia serce ściska mi przejmująca tęsknota. Nie tylko za widokami, ale za uczuciem jakie mi wtedy towarzyszyło…
Do Neapolu 32 dni.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

51. Chuligaństwo

Jest taki rasistowski dowcip:
Mały Murzynek łapie rybkę czy może wypuszcza dżina, w każdym razie ma szansę na spełnienie swojego życzenia. Prosi o to być zostać białym. No i staje się. Szczęśliwy Murzynek leci do mamy z nowiną, ale ta go odsyła, bo nie ma czasu. Murzynek, ale teraz już biały, leci do taty, dziadków…do każdego w rodzinie, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. I wtedy Murzynek mówi:
– Pięć minut jestem biały i już mnie te czarnuchy wkurzają…

No to ja mogę w zasadzie tak o sobie: pięć minut jestem nie-tylko-Polką, a już mnie ci Polacy wkurzają.
No dobra, może nie wszyscy.
Wiecie, mieszkam na tym parszywym zachodzie lat prawie dziesięć. Generalnie usiłuję nie wiedzieć na jakim świecie żyję, ale bliźni starają się jak mogą by mi się nie powiodło. Co chwila ktoś w realu lub facebooku przemyca do mojej bańki treści, których znać nie chcę, a bez których to moje życie jest egzystencją o dwa nieba lepszą. No, ale od zawsze wiadomo, że bliźni lepiej wiedzą co człowiekowi do szczęścia potrzebne.
Ostatnio gdzieś mignęła mi informacja o tym jakoby polskie szkolnictwo było tak doskonałe, że wręcz najlepsze na ziemi a ci inni, kształceni w tych „pożal się boże Sorbonach”* to naszym absolwentom do pięt nie dorastają. I wiecie co? Noż…przepraszam bardzo, ale przysłowiowy męski organ płciowy mnie trafił.
Zastanawiam się skąd w moim narodzie tyle arogancji i zarozumialstwa? Na jakiej podstawie niemal każdy  rodak z którym rozmawiam ma się za lepszego od kogokolwiek na świecie?
Nie będę się bawiła w statystyki, bo te sobie można wygooglać, ale jakoś badania osiągnięć naukowych rozmaitych uczelni nie plasują polskiego szkolnictwa na szczytach rankingów.
Moi współplemieńcy lubią się chwalić tym, że Polacy to mają taaaaką wiedzę. No owszem. Mają. Znają nazwę najwyższego szczytu, a często nawet i jego wysokość, wiedzą, że woda to hadwao, wiedzą kim był nie tylko Einstein ale i Kopernik oraz wiedzą, że czym była wielka inkwizycja.
I dlaczego ta Europa, ba! Dlaczego ten świat cały na kolana przed naszą wiedzą nie pada? Nie podziwia? Kłody pod nogi rzuca naszym światłym uczonym?
Pamiętam jak pracowałam w biurach rachunkowych w Polsce. I przychodziły do tychże biur, do pracy osoby z magistrami ekonomii, w trakcie doktoratów, a czasem nawet i po. Krótko mówiąc: naprawdę wysoko kształcone. Zresztą, co tam inni. Sama skończyłam ekonomik już w nowych czasach. A jak przyszłam do pracy to nie miałam zielonego pojęcia co to jest NIP i VAT. I mniej więcej tak samo było później z owymi wysoko kształconymi ludźmi.
I jak rozmawiałam z kimkolwiek to okazywało się, że tak jest w zasadzie wszędzie, że świeżo po szkole młody człowiek musi się najpierw nauczyć stosowania w praktyce całej tej teorii, którą mu latami do głowy wbijano. Problem w tym, że wbijano do głowy fakty nie ucząc ani jak je powiązać ani jakie wyciągnąć z nich wnioski.
I kiedy przeniosłam się do Szwecji ze zgrozą obserwowałam, że nauczyciel w szkole nie jest pewien pisowni jakiegoś słowa. Albo że Szwed nie zna geografii własnego kraju. I dziwiłam się widząc, że szwedzkie szkoły wcale nie ciągną się w rankingach w ogonie a przewyższają szkoły polskie.
Ale minęły lata i widzę różnice.
Szwed, który kończy szkołę przychodzi do pracy i…pracuje. On nie musi się uczyć zawodu od początku, on umie wykonać swoją pracę. Zgoda, pracę mniej skomplikowaną, ale potrafi.
Znowu odniosę się do własnego podwórka.
Absolwent kierunku księgowość jest w stanie poprowadzić księgowość firmy. Bo jak chodził do szkoły to mu nie kazali kuć na pamięć planu kont a uczyli go na realnych dokumentach realnie istniejącej firmy. Uczyli go wykonywania konkretnych czynności, dodatkowo ucząc go analizowania zdarzeń i wyciągania wniosków. Oraz: podążania za wytyczonymi regułami.
Oni może nam ustępują wiedzą ogólną, ale my jesteśmy jak gęsi bezmyślnie łykające wpychane do gardła, przeżute fakty. Oni swą wiedzę, która choć może i mniejsza umieją wykorzystać w praktyce.  My używamy jej tylko do wygrywania quizów.
Czy Państwo rozumią tę subtelną różnicę?
Obserwując zachowania rodaków mam wrażenie, że jesteśmy po prostu chuliganami Europy. Jesteśmy jak niewychowany bachor. Wpadamy bez kolejki, rozpychamy się łokciami,  wrzeszcząc żądamy miejsca, przekraczamy linie, kręcimy pokrętłami, pstrykamy pstryczkami, paluchami wytykamy, że ten to gruby a tamta to brzydka, domagamy się uwagi, tupiąc i kopiąc naokoło.  A potem się obrażamy, że ktoś na nas krzywo patrzy. I foch. Dąs. I łzy. I „oni się na mnie uwzięli”.
Ciekawe czy jak nam ktoś wreszcie w dupę strzeli klapsa to się ockniemy.

*PS. Kto zgadnie skąd to cytat?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Dodaj komentarz

50. Na apetyt

To, co skończyłam w maju ma taki początek
Kartka wyglądała jak wydana przez któryś kościół poszukujący wyznawców. I ten napis na dole: Find me if you want the truth. Na drugiej stronie nie było nic, poza jego imieniem i nazwiskiem. Żadnego podpisu, nic.  
– No? Co jest ? – zapytał go Peter.
Jacek pokręcił głową z niedowierzaniem i zdał sobie sprawę, że się uśmiecha. Znów pokręcił głową.
– Nie wiem jak to jest możliwe, ale ja chyba znam nadawcę – powiedział powoli.
Peter, który od dłuższej chwili śledził zmiany na twarzy przyjaciela, teraz pokiwał głową.
– Tak właśnie pomyślałem.
– Znam to pismo. I tak się składa, że ta osoba jest właśnie w tym kraju, z którego jest ta kartka. Tylko wiesz…nie wiem jak mnie tu znalazła.
– A chowałeś się ? – zaciekawił się Peter. – Sam wiesz, że teraz w internecie jest wszystko. Przynajmniej Sonia tak twierdzi. I nasze dzieciaki.

Kilka dni później, przy piątkowym, wieczornym drinku, Peter klepnął go w ramię i powiedział krótko:
– Mów.

Nie było łatwo zacząć. Właściwie sam nie wiedział czy ma o czym mówić, czy powinien w ogóle cokolwiek mówić. Ale Peter wciąż był obok ze swoim czujnym spojrzeniem w szarych oczach. Takim samym jak kilka lat temu, gdy jeszcze był jego szefem, ale wiadomo było, że to się już wkrótce zmieni. Przyszedł wtedy do jego pokoiku w ponurym mieszkaniu wynajmowanym na spółkę z czterema innymi Polakami, robotnikami na pobliskiej budowie.
Wtedy też, tak jak teraz rzucił tylko jedno słowo. Słowo, które stało się jego kołem ratunkowym. Lepszy od najlepszego psychoterapeuty stopniowo wyciągnął z niego wszystko to, co od dłuższego czasu spychało go w coraz głębszy dół, zasłaniało mu i fałszowało obraz otaczającego świata, i co sprawiało, że nie tylko nie miał siły żyć, ale też i nie miał ochoty. Zaślepiony depresją nie widział nawet tego, że Peter już dawno przestał być jego szefem, a stał się przyjacielem.
Czy kiedykolwiek mu za to podziękował ?
– Peter. Czy ja ci kiedykolwiek podziękowałem, za to wtedy że przyszedłeś ?
– Jakieś tysiąc razy, ale nigdy na trzeźwo –
Zaśmieli się obaj

Aktualnie piszę ciąg dalszy…
A więc…stało się.
W duszy miałam ciszę. I spokój.
Ten stan trwał od rana. Z początku czekałam na to, że stanie się coś strasznego. Nie wiem co…Poczuję uderzenie bólu tak silne, że rozpadnę się na kawałeczki wraz ze światem, który się właśnie rozsypał. Ale mijały godziny, a ja siedziałam w pracy, rozmawiałam ze współpracownikami,  odbierałam telefony, wykonywałam swoje obowiązki i … nic się nie działo. Świat trwał. I ja trwałam. Pod koniec dnia ze zdziwieniem zanotowałam, że nie drżą mi ręce, a kołowrót w głowie ustąpił.
Teraz czułam tylko spokój. Dziwny spokój, spokój bliski euforii, spokój który dotąd czułam tylko dwa razy w życiu. Za pierwszym razem gdy urodziła się moja córka. Za drugim…Nie, nie chciałam o tym pamiętać. W każdym razie: teraz czułam błogi spokój. Spokój wynikający z przekonania, że najgorsze już za mną, że teraz już nic mi nie grozi.
Dziś uznałabym chyba, że to szok, ale jakie ma w końcu znaczenie definicja? Miałam tylko nadzieję, że ten stan zostanie ze mną na dłużej. Najlepiej na zawsze.
Patrzyłam bezmyślnie na kotłujący się przede mną świat, a w głowie mi brzmiała stara Ela Mielczarek
„W dworcowej poczekalni na stacji PKP
lubię posiedzieć czasami bo gdzie lepiej czeka się”
Mój autobus odjechał jakiś czas temu, a następny był za godzinę. Potrzebowałam tej godziny. Godziny samotności, gdy nikt nie patrzy mi w twarz i nie śledzi każdej na niej zmiany. Potrzebowałam, by upewnić się, że dam radę znowu włożyć maskę dobrej matki, poprawnej żony.  Znowu przypomniał mi się stary wiersz Jerzego Żuławskiego

Nie schylaj głowy! Gdy ludzie obaczą
twój płacz, przylecą, jak stado jastrzębi,
i łzy twe zmącą, skalają do głębi
święte pamiątki — gdy tylko obaczą…!
A potem po prostu wsiadłam w autobus i zaczęłam żyć na nowo.

Zaciekawił was ten początek?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 13 komentarzy

49. nie zapeszyć

No i tak.
Bilety na samolot(y)- kupione.
Mieszkanie- opłacone.
Pieniądze na bilety i wypożyczenie auta na miejscu- zebrane.
Pozostało zabukować i opłacić parking pod lotniskiem w Gbgu.
No i zebrać pieniądze na jedzenie oraz tzw „rozpustę”.
No to…wygląda na to, że już za 66dni jedziemy do Neapolu.

Strasznie się nakręcam, bo oglądam i oglądam i czytam, i znów oglądam i po prostu nie mogę się doczekac.
Termin wybrałam aż październikowy bo źle znoszę upały i chciałam trafić w czas, gdy temperatury będą niższe, ale żeby też nie trafić na ustawiczny deszcz.
Spotkana kilka dni temu w polskim sklepie rodaczka Agnieszka, która jak się okazuje mieszka gdzieś pomiędzy Neapolem a Salerno powiedziała, że deszczu możemy się nie bać, a temperatury wciąż będą dość wysokie.
Bezczelnie poprosiłam o telefon. A może się spotkamy? Albo choćby, w razie czego, może nam coś doradzi, pomoże w tłumaczeniu. Wiadomo: po włosku umiemy jedynie:
„Ragacca da Napoli
zajechał Mirafiori…”
„Prego madziare”
„Gracia”

Angielski może trochę więcej, ale też bez fajerwerków.

I naraz!
Jezu, kiedy ja  miałam z córką na te Koty ???! Czy aby nie w pierwszą sobotę października?
Kurde, chcę do Neapolu ale i na Koty chcę. Plisss, plisss, niech to nie będzie w tym samym czasie!

Tymczasem mało mnie wszędzie.
Kontempluję lato.
Piszę ( w ostatnim tygodniu nie, bo eM miał urlop, a jak chłop siedzi w domu to wiadomo, że czas mi zaraz organizuje)
Jak nie piszę rękami to pisze głową.
Smutek, bo z wszystkich ludzi, którym wysłałam do czytania dostałam tylko trzy, nie, cztery opinie zwrotne (a dostało chyba z 10 osób). W tym dwie bardzo pomocne, a dwie wyłącznie entuzjastyczne.
Wygląda na to, że moim znajomi gustują w innych treściach. Ale trochę szkoda.
Pies mnie pogania…To idę.

A. Byłabym zapomniała:
Czy wiecie może czy w okolicach Neapolu żyją jakieś niebezpieczne stworzenia typu skorpin, czarna wdowa czy takie coś?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy

48. Summer

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

Scrollując tego facebooka…

O matko…
Spojrzałam na to zdanie i się zacukałam. Bo nagle przyszło mi do głowy, że to jest durne. Zdanie złożone z trzech słów, w tym z dwóch angielskich. A przecież piszę po polsku!
Dziwnie się porobiło. Angielski tak nam wszedł do codziennego użytku, że zapominamy, że na większość angielskojęzycznych określeń mamy własne, polskie całkiem ładne odpowiedniki.
Scrolluję…Tfu! Nie, nie scrolluję, przewijam, przeglądam pobieżnie faceooka (tego się jednak nie zastąpić czymś naturalnym ale to nazwa własna).
Jednak stwierdzam, że dobrze, że od początku mieszkania w Szwecji narzuciłam sobie reżim tłumaczenia typowych szwedzkich określeń na język polski.  Dzięki czemu wciąż i wciąż zadaję mojemu mózgowi ćwiczenie, a on te ćwiczenie wykonuje. Niechętnie bo niechętnie, ale słucha mnie, bo co ma robić. Teraz chyba będę szukać anglizmów i wypleniać je ze swojego języka.
Ale ja nie o tym chciałam…
Chciałam o tym, że siedzę rankiem, kawkę popijam. A raczej kawką popijam omeprazol z jogurtem – taki zabieg przeciwko zgadze.
Zatem tę kawkę piję, pies rozwalony obok mnie bo obie jeszcze wczesnoporanne jesteśmy. Tosia pochrapuje, posapuje, kiwa łapką. Zza okna sączą się stłumione dźwięki miasta: szum przejeżdżającego samochodu, strzępki rozmów, gdzieś odzywa się włączone nagle bardzo głośne radio, które cichnie natychmiast. Kangury na górze chyba jeszcze śpią, albo są już u matki, bo dziwna, niespotykana cisza na górze.
Spokój. Cisza. Leniwość niedzielno-wakacyjnego poranka. Światło jest szare, miękkie, może spadnie deszcz?
Przeglądam facebooka szukając czegoś na czym da się zawiesić oko.
Maciej Stuhr mówi, że władza myśli, że może robić co chce, a Krystyna Janda to udostępnia.
Patryk Jaki mówi, że Prezes Sądu Najwyższego jest oderwana od rzeczywistości.
Wyborcza Olsztyn mówi, o tajemniczej śmieci rowerzysty.
Uwielbiam Starą Kinematografię pokazuje kolaż zdjęć panów Waldorffa, Kaczyńskiego, Kałużyńskiego, Raczka i Janickiego pytając co łączy tych panów a ludzie w komentarzach piszą właściwie jedno i to samo.
Ktoś przytacza słowa Szyszki o tym, że gdyby ludzie nie wycięli puszczy to nie powstałby Kraków.
I tak dalej o wojnie polsko-polskiej.
To może jednak lepiej nie mówić już po polsku?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze