128. O katarze i pryncypiach

Wiosna przyszła. A wraz z nią tradycyjna wiosenna infekcja w wyniku której umieram. Nie wiem na ile te strugi z nosa to wirus, a na ile alergia. Tak czy siak przespałam wczoraj cały dzień.
A poza tym mam dylematy egzystencjalne.
Na przykład,
Zrobiłam ciasto na święta. Jak zawsze wszyscy się o coś tam upominają, jęczą, że tak mało po świętach leży to i czeka w lodówce aż ktoś zje lub wywali.  Współlokator zwany inaczej eM deklaruje, że on to ciasto zje.
– To jedz, na zdrowie nawet wszystko – mówię – Mnie jakoś nie smakuje.
(Mnie ostatnio nic nie smakuje.)
– Taak? To znaczy zjedz bo nie dobre? – pyta Współlokator lekko jakby urażony.
Naprawdę? Popełniłam nietakt mówiąc szczerze?
Naprawdę, nigdy się nie nauczę kiedy należy mówić prawdę a kiedy kłamać.

Albo.

Dać drugą szansę  pewnej znajomości czy jednak nie?

I jeszcze w kwestii serialu This is us.
Dlaczego ten drugi sezon mi nie podchodzi. A już Święty Jack Pearson w ogóle nie.
Ostrzegam, będę zdradzała szczegóły więc jak ktoś nie chce wiedzieć, niech nie czyta.
Jest taka scena, gdy Jack i Rebecca kupują auto.
Cała rodzina się napala, no ale samochód jest drogi.
Jack zostaje sam na sam ze sprzedawcą i go przekonuje by mu to auto jednak sprzedał dużo taniej.
Mnie ta scena wręcz zirytowała.
Po pierwsze: rodzina ma niezbyt wielki budżet, a wielkie auto to duże koszty paliwa i ubezpieczeń. W filmie nie jest powiedziane czy płacą gotówką czy biorą na kredyt, co nie zmienia faktu, że przekraczają budżet. I Jack decyduje o tym całkowicie sam. Do tego sprzedawca samochodów ulega perswazji jakiegoś obcego faceta, który peroruje, że jego rodzina jest wyjątkowa.  Really?
Miało być „och, jaki ten Jack zaradny i jak dba o rodzinę”. Wyszło jak wyszło.
Poza tym scena gdy Jack wbiega do pożaru po psa. I to jeszcze rozumiem, ze poleciał tego psa ratować. Ale scenarzyści poszli dalej i Jack uratowawszy psa, poleciał do płonącego salonu po jakieś tam pamiątki. Naprawdę? Wali się płonąca chałupa, a facet lata po chałupie i zbiera albumy i jakieś tam bibeloty? Już pomijam nierealność tej sceny, ale wiecie co? Ja chyba nie byłabym zachwycona…
Ale oczywiście, ja funkcjonuję inaczej niż większość ludzi. I możliwe całkiem, że nie mam racji.
Znowu mnie powala osłabienie więc tymczasem, borem lasem…

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 128. O katarze i pryncypiach została wyłączona

127.

Święta już pojutrze. Bo u nas już w piątek.
A ja umyłam okno w kuchni. Jedno.  Oraz ugotowałam gar bigosu.
Nie chce mi się.
Te święta są w ogóle bez sensu.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy

126

W zasadzie powinnam pracować.
Ale w zasadzie to dziś też powinnam świętować: ostatni dzień pracy sprzątaczki. Teraz do 15 maja wykorzystuję urlop. I no, i bym się cieszyła bardzo, gdyby nie fakt, że odpadnie spora część mojego dochodu. Zostanę tylko z tym co zarabiam u siebie. Nie ma tego dużo, a jak jeszcze oddam prawie 60%  Szwecji to już w ogóle zostaje maluśko. I znowu będę ma mężowskim garnuszku…
Poogłaszałam się gdzie to możliwe, nawet jakiś profil facebookowy zrobiłam, ale to facebook i księgowość to jakoś mało poważnie. Nie zamierzam odmawiać nikomu, no ale pod warunkiem, że spełniam warunki.
Ludzie chyba nie umieją czytać: w internecie, na stronie Polaków w Szwecji ogłaszam się, że księgowa i wypisuję co robię: deklaracje, księgowość, fakturowanie, wynagrodzenia…A tu naraz pytanie czy podejmę się obsługi prawnej…Skąd im się to prawo wzięło?
W akcie desperacji umówiłam się sama ze sobą, że jakbym się dowiedziała o jakimś sprzątaniu u bogatej, starej Szwedki to wezmę. Na dodatek mam napady paniki: jezu, a jak ja o czymś nie wiem i robię źle? Oj, na tylu rzeczach się nie znam…Bo nie znam. Wiem co zrobić gdy jest prosto i oczywiście. Gorzej jak się trafi coś nietypowego. Szukam, kopię, ale diabełek siedzi na ramieniu i szepcze z uciechą: nie znasz się, nie znasz…Podpieram się doświadczeniem z Polski i staram jak najlepiej obliczyć podatki, bo wiadomo. Z drugiej strony Yankie przynosi ze szkoły wiadomości, ja czytam wszędzie co się da, potem idę na konsultację do Yankiego, i często okazuje się, że mam rację. No chyba, że dziecko jeszcze tego nie przerabiało…
Dziś puścił mróz, jest szaro, ale wilgotno wreszcie. Powietrze zrobiło się miękkie. Lód spływa z chodników.  Klub foto zaprasza na wspólne fotografowanie w plenerze. Czy ja mam na to chęć? Trochę się na nich pogniewałam, nie byłam od pamiętnej historii ze zdjęciami do kalendarza. Ale spotkałam Petera z BrittMarie i bardzo się ucieszyli na mój widok. Oni są tacy starszawi. Peter jest chyba po siedemdziesiątce, ale w nim to akurat widać klasę, wyjątkową jak na Szweda.  Choćby to, że nie nosi różowych sweterków w szpic i ma zawsze czyste buty…Poza tym u niego widać ciekawość świata, innych ludzi, jest chętny do pogawędek i zainteresowany w czasie rozmowy. Wielu z tych,  których spotkałam w klubie patrzyli na mnie jak na UFO gdym się tam zjawiła. Jakby sztuka robienia zdjęć miała  być niedostępna dla tej dziwnej, dzikiej masy ze wschodniej Europy.
Latam do tego klubu lat…5? Pięć co najmniej. A wielu z nich nadal „nie poznaje” mnie na ulicy. A jakie mieli miny jak im powiedziałam, że może jednego roku zamiast do Danii na tzw. fotowycieczkę zechcieliby pojechać do Polski.
Pół roku zajęło im przetrawienie propozycji. A potem jeden taki co cały świat zjeździł, w Afryce był kilka razy i w Ameryce Południowej i na Antarktydzie nawet, zapytał mnie, a co w tej Polsce można zobaczyć.
Jakbym Hrabinę z ostatniej pracy w Polsce usłyszała. Och Karaiby, och Chiński Mur, och nurkowanie w Egipcie. A w Brąswałdzie w życiu nie była i rozlewisk Łyny na oczy nie widziała. Olsztynianka! Podróżnicy pożal się boże.
Któryś inny się pochwalił, że owszem, był…W Gdyni, na wycieczce promem z Karlskrony. Taa…Całą noc chleją w kajutach, potem łażą po mieście i robią zakupy bo tanio albo śpią w kajutach, potem wracają i apiać od nowa. W bonusie kupują w Polsce i na promie tyle alkoholu ile dadzą radę wsadzić do samochodu.
Ech…znowu wyłazi do mnie niechęć do miejscowych.
No i dlatego nie wiem czy pójdę. Inna rzecz, że aparat też niemal pajęczyną zarósł.
Z drugiej strony Peter i BrittMarie. Oraz drugi Peter. I może Katarina. I jeszcze żona Lassego, Boże jak ona ma imię…Marie…Coś tam.
Muszę coś ze sobą zrobić, bo widzę sama, że jestem jak zgorzkniała i „nie przysiadalna”. Dziczeję?
Moje kontakty z ludźmi to facebook i messenger. Może za mało? Sama wiem, że za mało. Ale co innego mam zrobić?
A jutro będzie u mnie PannaS.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

125

Właśnie wygrzebuję się z dołka największego, z najczarniejszej dziury w jaką wpadłam od…nie pamiętam kiedy. Ale dawno nie było tak źle. Prócz samopoczucia, które poleciało na pysk samo z siebie, pomocna była pogoda, która postanowiła nadrabiać zaległości zimowe. Oraz bliźni, z gatunku tych najbliższych. Przyznam, że dość rzadko i z ogromnymi oporami proszę o pomoc, o obecność choćby, ale gdy już to mówię to…wiadomo.

Taki komiks kiedyś widziałam.
Na jednym obrazku stoi facet z kamieniem u szyi na moście a drugi podchodzi do niego i mówi:
– Zaczekaj chwilę
Na drugim obrazku facet-pomocnik stoi w budce telefonicznej.
Na trzecim pomocnik wychodzi z budki i mówi:
– To straszne, ale rzeczywiście nikt cię nie potrzebuje…

Kiedyś mnie śmieszyło do łez. Chyba na zasadzie ” z samych siebie się śmiejecie”.
Zatem się wygrzebuję. Choć to niełatwe. A na łeb wciąż coś tam się sypie.
Odliczam dni do 16 maja bo wtedy lecę do Polski. I jadę tam gdzie są górki, pagórki a potem na Warmię.
Jak ja bym chciała mieć w Olsztynie takie miejsce, gdzie mogę się zawsze zatrzymać. maluśkie mieszkanie, bez intruza i bez demonów z przeszłości.

Za godzinę idę szukać aurora borealis czyli zorzy polarnej. Jedyna korzyść tego arktycznego zimna: chmur prawie nie ma, więc może po 10latach w tej dziczy choć zorzę zobaczę.
La la land jest strasznie smutny.
A This is us jeszcze bardziej.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 8 komentarzy

124. nie śniło się nawet filozofom

Jakieś trzy lata temu kupiłam dwie doniczki z zamiokulkasami.
Doniczki były nieduże, rośliny w nich ogromne, wyłaziły wręcz. Komuś chyba drgnęła ręka przy nawożeniu i roślina rosła jak opętana.
Kupiłam, przyniosłam do mieszkania, które ma więcej światła północnego niż południowego, postawiłam na parapetach. Potem naszła mnie refleksja, że tam w tych doniczkach to już nie ma miejsca nawet na wodę. Postanowiłam rozsadzić. Co zrobiłam. Rozsadę zaniosłam do „szemranej spółki” w której wtedy pracowałam. Główne rośliny pozostawiłam w domu.
Przesadzone rośliny umarły jedna gałązka po drugiej. Najpierw te w szemranej spółce, gdy okazało się, że moje zatrudnienie tam ma charakter schyłkowy. Potem te w domu. Przy czym te w domu zostawiły sobie po jednej – dwie gałązce. I tak trwały. W następnych miesiącach jedna z roślin zaczęła odbijać.  Wypuściła badylka, potem kolejnego i kolejnego. Aż uzyskała rozsądne i dość efektowne gabaryty.
Jej siostra natomiast tkwiła uparcie z jednym pędem. Minął rok, kolejny. Gdzieś po drodze ta uparta roślina powędrowała do kuchni. Bo kuchnia od południa, więcej słońca, może ją to zachęci?
Nic. Roślina uparcie tkwiła w pojedynczości. Znowu minęło kilka miesięcy.
Wreszcie jakoś tak w grudniu, straciłam cierpliwość i rezkłam do niej:
– Dobra, decyduj się: albo umierasz, albo rośniesz. Masz czas do wiosny.
Albowiem kiedyś usłyszałam, że roślin nie wyrzuca się z domu na zimę, bo wiosną mają szansę, zimą -żadnej.
I oto tak ze dwa tygodnie temu, gdym w marcowym słońcu grzała plecy przez okno, ujrzałam rzcz niesłychaną: jasnozielony czubek nieśmiało wychylający się z ziemi tuż obok pojedynczego pędu.
I to jest dowód na to, że my ludzie myślimy, że wszystko wiemy, a tu dzieje się naraz coś takiego co poddaje to nasze przekonanie w wątpliwość. Bo jak wszystko, jak nie wiemy jakim cudem roślina reaguje na to co mówimy?
Albo to, co wczoraj mi się przytrafiło:
eM poszedł na basen, jak co niedzielę, ja się zajęłam sprzątaniem i innymi takimi rozrywkowymi rzeczami…Jak to w niedzielę. Tosia walała się po podłodze albo łaziła za mną, usiłowała ukraść mi kapcia lub skarpetkę, generalnie trzymała się starej jak świat zasady „im większy pies tym bardziej w przejściu”. Wreszcie dałam spokój rozrywce, zasiadłam do komputera. Tosia oczywiście nadal pod nogami.
Zapadła w bezruch, drzemała. I naraz się zaktywizowała. Zerwała na nogi, poleciała pod drzwi, zaczęła merdać ogonem i ewidentnie się cieszyć. Chwilę poniuchała, posapała, poleciała do pokoju, złapła w zęby zabawkę i stanęła pod drzwiami, z całą pewnością przygotowana do witania się. Spojrzałam na zegarek: była 13:05.
Tosia postała chwilę pod drzwiami, wreszcie ogon się zatrzymał, piesa powiedział „umf” i położyła się pod drzwiami.
Jakieś 30 minut potem w drzwiach stanł Pańcio najukochańszy z reklamówką ze sklepu. Acha, po zakupy był.
– A o której wyszedłeś z basenu? – zapytałam.
– Tak jakoś 13:05 –

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 9 komentarzy

123. Dwa lata

Całe życie byłam najmłodsza.
Młodsza córka. Najmłodsza wśród czeredy dzieciaków ciotki Maryśki i najmłodsza na spotkaniach rodziny ze strony ojca.
Potem dorośliśmy. I nadal byłam najmłodsza. Byłam tą, do której się mówi z lekceważeniem „życia nie znasz” na niemal każdy temat.
I zaczęliśmy się starzeć, a ja wciąż byłam najmłodsza. Choć babcią zostałam.
Gdzieś ta „najmłodszość” siedziała mi w duszy i mówiła, że mam czas, młoda jeszcze jestem.
Potem zmarła Baśka. A  ja nadal byłam najmłodsza. Bo była mama.
A teraz ze zdumieniem uświadamiam sobie, że to już dwa lata jak i jej nie ma.
I nagle stałam się najstarsza. I nie mam już do kogo zadzwonić i zapytać:
„a jak to było z tym jak Stary Kocur zabrał Małego Kotka na łajdactwo?”.
Ojciec kiedyś coś takiego opowiadał, chciałam powtórzyć, i nie pamiętam.
I straszne jest to uczucie, gdy ręka sięga po telefon, a mózg mówi „abonent bezczasowo wyłączony”. I dziwne.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 123. Dwa lata została wyłączona

122

Czy ta zima nigdy się nie skończy?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

121. Ból

Ten ból przychodzi nocą.
Zasypiasz, jest wszystko normalnie. A potem, o jakiejś takiej pierwszej-drugiej-w-pół-do-trzeciej budzisz się. I to jest już nienormalne, bo normalnie to się budzisz co godzina albo czterdzieści pięć minut. A tu naraz przesypiasz ciurkiem co najmniej dwie-trzy godziny.
Jeszcze nie otwierasz oczu, jeszcze tkwisz w tym świecie, do którego cię twoje synapsy zawiodły i w tym świecie słyszysz takie dud-dud-dud-łiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii-dud-dud-dud-fiiiiiiiiiiiii-dudud-dudud-fiiiiiiiiii
Wreszcie wyczołgujesz się ze świata snu, wszystko znika tylko ten natrętny gwizd i łomot zostaje.
A po chwili dołącza się do tego nacisk na kości pod oczami, promieniujący na gałki oczne. I czujesz, że jest ci gorąco choć leżysz bez kołdry. Musisz otworzyć okno, schłodzić się natychmiast, ale to wymaga przybrania pionowej pozy, a to boli. Ostrożnie ruszasz głową, ból natychmiast rozlewa się po całym czerepie najbardziej naciskając podstawę czaszki po lewej stronie. Dlaczego tam? Kto wie?
Wcześniej ból atakował ciemię, symetrycznie, po obu stronach.
Otwierasz okno tak szeroko jak się da, zimne powietrze leniwie wpełza do środka. Albo tobie się wydaje, że leniwie bo pies wstaje z podłogi i przenosi się na fotel, znak, że mu chłodniej.
Omiata cię zimne powietrze, liże ramiona wystające z koszulki bez rękawów, bose stopy i łydki, osiada na twarzy, na policzkach. Czujesz ten chłód ale tylko tak po wierzchu, w środku pali cię ogień.
Wypijasz łapczywie szklankę zimnej wody, myślisz, że woda, błogosławiony dar życia, woda, która tyle razy w ciągu dnia odpędza ból głowy poradzi sobie i teraz. Czekasz, czekasz, minuty kapią leniwie, nic się nie zmienia, no może poza tym, że zaczynasz mieć dreszcze z powodu nadmiernego ochłodzenia, którego nie zauważasz.
Wreszcie chybotliwie podnosisz się, niepewnie stawiając stopy robisz te dwa kroki do szuflady, gdzie masz lekarstwa. Wydłubujesz po omacku listki: ciemny, wiesz, że pomarańczowy listek z naproksenem,  listek z wielkimi tabletkami- to ten paracetamol w końskiej dawce, obłe kapsułki voltarenu  oraz owalny biały ipren. Ipren nie, żołądek. Voltaren się skończył, paracetamal nie działa na taki ból, nie ma mowy, to tylko oszukiwanie siebie i próba placebo, naproksen…tak, choć ostatnio słabo działa. Ale po nim nie boli żołądek.
Wracasz do łóżka. Telepie cię aż ci zęby szczękają. Myślisz: ciśnienie? Ale aparat w szafie. Nie mam siły wychodzić z łóżka. Układasz wysoko poduszki, na pół siedząc drzemiesz, łapczywie oddychając zimnym powietrzem. Czekasz odliczając czas.  Pięć minut. Dziesięć. Piętnaście…
Pies na fotelu zwija się w ciaśniejszy kłębek.
Zasypiasz, zaczyna ci się coś śnić i naraz wyskakujesz ze snu jak korek od szampana z butelki. W jednej sekundzie przytomna i świadoma. Ból zelżał, został tylko ten wizg w głowie. Osuwasz się niżej na poduszce, otulasz szczelniej kołdrą.  Zapadasz w półsen, śpisz, a jednocześnie zachowujesz świadomość.
Ranek nadchodzi bolesny. Dzień po nim przypomina sen. Chodzisz i obijasz się o kanty, krawędzie mebli które dziwnie falują i zatracają swe kształty. Dźwięki bolą, im głośniejsze tym bardziej. I ten ciągły wizg w głowie.
Kawa wyostrza kanty, przywraca ostrość widzenia, ale wtedy w oczy wpada nadmiar światła, więc twarz ściąga grymas bólu.
I tak kilka razy w miesiącu. Lekarz mówi, że nie migrena i nie nuerologia. Ale co – tego nie mówi. Dał koński paracetamol, który w na ten ból jest całkiem bezużyteczny.
Dzisiejsza noc była inna bo po naproksenie, dwie czy trzy godziny później ból powrócił jeszcze silniejszy. Wzięłam przeklęty ipren, a teraz piję drugą kawę i usiłuję opanować wir i wizg w głowie. Oraz nie zwracać uwagi na oblewający pot.
Pogoda się zmienia.
A telefon dzwoni dziś nieustannie

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 11 komentarzy

120.

Słonecznie i mroźnie. Nawet byłoby nieźle, ale wieje a to sprawia, że odczuwalna jest co najmniej dwukrotnie niższa. No i jak tak wieje to nie ma co się ubierać bo cokolwiek na siebie człowiek założy to i tak ten wiatr ciepło wywieje w kilka chwil.
Spacery z psem  zatem są krótkie. Tym bardziej, że noga dokucza. Kolano oraz okolice z połową piszczeli zrobiły się gustownie żółte. Pięknie. Iść powoli po prostym to dam rady to już jakiekolwiek inne ruchy są bolesne. Ani kucnąć, ani się wspiąć, ani szybciej podejść. Więc siedzę w domu. Co ma swoją dobrą stronę, patrz pierwsze zdanie.
Słońce mi świeci w kuchenne szyby co sprawia, że widać jak bardzo są brudne i jak bardzo się proszą o mycie, no ale przecież nie w taką pogodę. I nie z tą nóżką.
Czy ja pisałam, że Litwinka dostała pracę? Ale taką prawdziwą pracę, w  zawodzie.
Litwinka (pochodzi z Wilna, mówi po polsku taki pięknie zaciągając) dawno temu zrobiła studia w Toruniu, chyba jakieś zarządzenie. Potem robiła różne rzeczy w różnych miejscach, między innymi prowadziła przedstawicielstwo firmy jubilerskiej w Warszawie.
No a potem zjechała do Szwecji. I rozpoczęła karierę sprzątaczki w Sztokholmie, bo jako przybysz z dzikiego kraju do niczego innego się przecież nie nadaje i „e tam, te wasze fakultety”. A jak się przeniosła do mojej Mieściny to nawet kariera konserwatora powierzchni płaskich była nie dal niej.
Mieścina leży na najbardziej rolniczym terenie całej Szwecji i to podobno wpływa mocno na mentalność ludności. Mentalność, która wyraża się  przekonaniami, że owszem, wszyscy jesteśmy równi, ale MY jesteśmy równiejsi. Wszyscy możemy kandydować na dowolne stanowiska, nikt nikomu nie broni ubiegać się o pracę inną niż opieka nad NASZYMI staruszkami, a w ogóle to wy tam na wschodzie to dziwni jesteście i na  pewno głupsi i mniej wykształceni od NAS.
No i Litwinka poszła na studia podyplomowe w Szwecji. Rok później niż mogła bo…jakaś oferma w rekrutacji nie zauważyła, że Litwinka ma wykształcenie z innego niż Szwecja kraju i pierwszego roku odrzuciła z powodu braku wymaganych punktów.
Poszła. Jeździła dwa lata do Goteborga, latem pracowała na dwóch etatach z przerwą na 6 tygodni stażu…w Japonii.
Studia skończyła prawie, bo miała pisać pracę dyplomową, ale miejsce gdzie miała pracować nie dostało dotacji z Unii i praca poszła. A na podstawie tej pracy miała pisać pracę dyplomową.
Rok szukała pracy.
Że staż w Japonii i doskonałe po nim opinie? No i co z tego, jak „przykładamy dużą wagę do tego by pracownik personalnie pasował do naszego zespołu”. A Litwinka ma 40 lat, wyrosła i dorosła w innej kulturze, kulturze, którą Szwedzi uważają, za „głupszą” według słów jednego znajomego. Szweda. Ożenionego z inną Litwinką.
Miło, prawda?
Moja Litwinka już miała różne zjazdy, z rozpaczy zaczęła rozważać pracę w USA, bo okazało się, że dla Amerykanów nie jest głupsza.
No ale wreszcie coś drgnęło. Zatrudnili ją wreszcie i to do tego, czego uczyła się w Szwecji. Ona cała przerażona na początku, bo czy ona potrafi, a okazało się, że w pierwszym tygodniu rozwiązała im masę problemów i jeszcze zaoszczędziła im kasę.
No ale happy end to będzie jak po okresie próbnym dadzą jej umowę na stałe. Póki co…w każdej chwili może usłyszeć, że kulturowo jednak do zespołu nie pasuje.
Co znaczy kulturowo? To może znaczyć wszystko: od tego, że jej szwedzki brzmi obco, choć jest poprawny i zrozumiały po to, że nadmiernie eksponuje swoją płeć przez to, że ubiera się jak kobieta, maluje i ma manicure. Nie, nie nosi dekoltów do pasa, mini do pół tyłka, makijażu kładzionego szpachlą, ale…
Jak mówi moja koleżanka: Szwedki strój odświętny tym się różni od codziennego, że pod tę samą, dżinsową spódnicę założy legginsy wykończone koronką. A podkreślanie płci w takiej np. Polsce polega na tym, że mężczyźni nie chodzą w różowych sweterkach a kobiety noszą sukienki nie tylko na Sylwestra.
…Dobra, teraz to pojechałam, ale ja naprawdę tak widzę społeczeństwo Mieściny i nie tylko. ..
Zatem Litwinka ma pracę i cieszymy się. Póki co…Choćby tym, że wizja wyjazdu jedynej osoby z którą mogę pogadać o czymś więcej niż o pogodzie na razie się odsunęła.
A wczoraj obejrzałam na cda Pod Mocnym Aniołem.
I powiem, że choć dałam temu filmowi 8 na filmwebie to trudno mi powiedzieć, że to sztuka. Sztuka dla mnie jest opowiedzieć o takich rzeczach nie dosłownie, nie wprost.
Próbowałam czytać książkę, próbowałam jej też słuchać…
Ale może tematyka zbyt blisko leży moich własnych doświadczeń (jestem DDA ) i dlatego jak dla mnie to wszystko jest zbyt dosłowne. Niech się tym ekscytują ci, co nie znają z autopsji. Dla mnie takie dzieła to guzik do „UCIEKAĆ!”

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 120. została wyłączona

119. Tęsknota

Ustawiłam sobie wczoraj playlistę z polskich piosenek. Nieuważnie włączyłam to niej to, co zawsze omijałam wielkim łukiem. Nie, żebym nie lubiła, wręcz przeciwnie. Ale są takie piosenki, których słuchać można tylko w jednym miejscu na ziemi.
I jest takie miejsce na ziemi, gdzie właśnie tych piosenek tam nie trzeba, bo to co w tych piosenkach jest jest właśnie tam…i tylko tam.
Tak w ogóle to sądziłam, że mi przeszło. Że się pogodziłam, zapuściłam korzenie, że jest mi tu dobrze. Ale widać dobrobyt (względny) i bezpieczeństwo socjalne to jedno, a uczucia to drugie.
Tak znienacka wyskoczyła mi Krysia Świątecka z „A ty kochasz”. Ale nic, zajęta czymś tam ucieszyłam się, że słyszę dawno niesłyszaną. Potem:
Jedynce co mam to złudzenia,
że mogę mieć własne pragnienia,
jedyne co mam to złudzenia, że mogę je mieć.
A po niej wskoczył Stefan Brzozowski z Grajkiem. I nie wiedzieć kiedy zobaczyłam dziedziniec zamkowy i Lipę, teraz już Świętej Pamięci. No i nim się zorientowałam poleciało „Olsztyn kocham”.
I cały spokój szlag trafił. Wyłączyłam, bo następne miało „Zatańczymy na moście” a to już byłby masochizm.
Nie pytajcie co kocham w Olsztynie, bo nie odpowiem. Nie umiem.
Może najbardziej kocham siebie w tym mieście? Może wspomnienia?
Tęsknię.
Tęsknie tak, jak się tęskni w zakochaniu: z bólem serca, z załzawionymi oczami i zaciśniętymi szczękami.
W takich chwilach myślę, że źle zrobiłam wyjeżdżając.

A to zdjęcie ma tytuł „Przyjaciółki”

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze