97. Tosia moja miłość

Szwedzkie psy, przynajmniej te, które spotykam, są zwykle dość dobrze ułożone. Niektóre są wręcz ułożone doskonale jak taki jeden husky, który na Tośkę nawet nie spojrzał mimo, że on chłopak, a Tośka dziewczynka, a on dodatkowo szedł bez smyczy. Albo taka Zoja, która posłusznie została na boisku, siedząc i patrząc w ślad za swoją panią, która poszła wyrzucić psią kupę do kosza.
Tośka taka nie jest.
Na początku przyznawałam to z pewnym zażenowaniem, że mój pies niestety jest źle wychowany. Owszem, do szkoły chodziłyśmy, ale Tosia była wtedy bardziej zainteresowana kolegami szkolnymi niż lekcjami. A w domu z odrabianiem lekcji jest …jak wiadomo różnie.
No, ale mimo wszystko próbowałam choć trochę poskromić jej żywiołowy charakter, odrobinę, tyle, żeby mi kolejnego wypadniętego dysku nie zafundowała. Tosia w marcu skończyła dwa lata i jakoś tak nie wiadomo kiedy stała się dorosłym psem.
Jej dorosłość objawia się tym, że na widok obcego człowieka uśmiechającego się do nas Tosia dostojnie kiwa puchatym ogonem z białym czubkiem, ale nie rzuca się człowiekowi na szyję. Na widok znajomego reaguje bardziej żywiołowo, podskakuje, kręci się wokół własnej osi tak, że istnieje obawa iż zawiąże się na supełek, ale nie próbuje już obcałowywać człowiekowi twarzy.
Nabrała masy i chyba wreszcie dotarło do niej że najwłaściwszą pozycją dla psa to pozycja „co najmniej trzy łapy na ziemi”.
Inną rzeczą, którą zresztą odkryłam przed kilku dniami, jest to, ze Tosia nie próbuje galopować, gdy pod łapami wyczuje miękki śnieg. Tę zmianę przyjęłam z mieszanymi uczuciami. Bo z jednej strony dzięki bogu, już mi nie grozi, że nagle będę robić za sanki przyczepione do psa, z drugiej strony, szkoda, kurczę, bo to znaczy, że jest już dorosła i poważna i nauczyła się, że prędzej czy później smycz szarpnięciem zatrzyma ją w miejscu. I to jest dla mnie strasznie, ale to strasznie smutne. Bo ja najchętniej bym Tosię zabrała na duży, bezludny, bezpieczny teren i puściła ją tam wolno, i pozwoliła jej biegać tak dużo aż sama do mnie wróci. I jeszcze żeby tak mogła kiedy tylko zapragnie.
A tu dookoła miasto, a nawet jak za miastem, to wszędzie się ludzie pętają. A niby Szwecja to taki niezaludniony kraj.
Tak więc Tosia zatraciła swe dziecięctwo i jest już poważnym, dorosłym psem. Choć z tą wiarę w jej powagę to bym jednak nie przesadzała.
Dzięki temu, że nie jest doskonale wychowana (bo ja leniwa a i ona nie skora) nasze współobcowanie bywa pełne zabawnych niespodzianek.
Ot, wczoraj.
Wyszłyśmy na poranny spacer. Na chodnikach leżało to białe paskudztwo, rozmiękłe już i mokre, przez co krańcowo obrzydliwe. Dla mnie. Nie dla niej.
Wyszłyśmy pięć kroków do głównej ulicy. Na zakręcie, gdzie wylot naszej uliczki krzyżuje się z ulicą główną Tosia wrosła w podłoże nosem wskazując jedynie słuszny (według niej) kierunek. Kierunek który, ustalmy to jasno i wyraźnie: kierunek, który leżał po drugiej stronie ulicy. Rzeczona ulica wyposażona była w jadące auta oraz pośniegowe błoto. Na wyposażeniu brakowało natomiast zebry czyli przejścia dla pieszych. Już nawet nie chodzi o takie super-hiper wypasione przejście ze światłami, nie bądźmy wymagający, ale zebra i znak przy niej stosowny byłyby mile widziane. I były, tyle że jakieś dziesięć-dwadzieścia metrów dalej. A może i sto, nie będę się kłócić, nie umiem określać odległości „na oko”. Nieważne. Zebra leżała nieco dalej.
A Tosia chciała na drugą stronę już, teraz, tu i w tym miejscu. Bo pod kościół. I pod wieżę wodną. Teraz. Chodź. Zaprała się, wrosła w ziemię, zamieniła się w skamielinę. Ktoś z was kiedyś próbował ruszyć leżący na polu wielki głaz?
Pociągnęłam smycz. Podniosła głowę i popatrzyła mi w oczy.
„Idziemy TAM”.
– Tosia, zobacz ile samochodów, jest ślisko, nie będziemy się tam pchać, żeby nas coś rozjechało. – tłumacząc, znowu pociągnęłam smycz.
Tosia popatrzyła na mnie przeciągle po czym nagle zainteresowała się leżącym pod jej łapami śniegiem.
„O, śnieg, lubię!” I położyła się na nim. Znowu spojrzała mi w oczy.
” Spróbuj mnie zmusić…Fajny ten śnieg, mięciutki, chłodny…Poleżę, mnie się nie spieszy…”
Stanęłam nad nią, skrzyżowawszy ręce.
– Okej, leż sobie. Dla mnie nie ma znaczenia czy pół godziny spędzę tu, przy domu, pod tym płotem czy w parku.
Łypnęła na mnie i zaczęła udawać, że jej tam nie ma.
Tuż obok nas zatrzymał się jakiś samochód. Kobieta za kierownicą usiłowała włączyć się do ruchu ulicy głównej. Spojrzała w lewo. Potem jeszcze raz w lewo. I jeszcze raz. I zobaczyłam, że się śmieje od ucha do ucha patrząc na Tosię, która z miną niezależną leżała na środku chodnika, na skrawku śniegu. Kobieta śmiejąc się pojechała dalej. Chwilę potem do skrzyżowania podjechało kolejne auto. Kierowca popatrzył na nas, uśmiechnął się z lekka i pojechał.
– Tośka, pół miasta już się z nas śmieje – poinformowałam ją. Noż kurde…Jakbym widziała, jak wzrusza ramionami.
„Śmiech to zdrowie…Ooooo! PIESEK! Tam szedł, chodź szybko, szybko, noż kurde, w ziemię wrosłaś czy co? Idziemy. IDZIEMY!”
W jednej sekundzie poderwała się na łapy i potruchtała w kierunku, do którego usiłowałam ją przekonać przed chwilą. I jeszcze się za mną oglądała, z miną pełną nagany! Bo się guzdram.
Dogoniłyśmy ślad pieska, Tosia zebrała plotki. A potem podniosła głowę, trąciła moją rękę nosem. Gdy nie zareagowałam postanowiła dać mi znać bardziej dosadnie
„Jacy ci ludzie są niedomyślni, naprawdę” – westchnęła z politowaniem.
Trąciła prawą kieszeń.
„Ciastko. Człowiek, skup się, patrz mi w oczy: CIASTKO”.
– E, zaraz, ciastka są jak wracamy do domu – zaprotestowałam.
„Oj, nie bądźże taka sztywniara. Daj to ciastko. Byłam grzeczna, nie? Poszłam gdzie chciałaś”.
Dałam, no bo w sumie była grzeczna. Poszła tam, gdzie ja chciałam. (Na pewno?).
A wieczorem, gdy przyszła na czytanie…
Taki rytuał mamy. Ja się układam z książką w łóżku. Tosia kładzie się obok, ale w pewnym oddaleniu. Ja się nachylam, czochram ją przez chwilę, a potem opieram o poduszki i zaczynam czytać. Tosia podnosi łeb, patrzy na mnie z naganą, że co tak mało tego czochrania, i „ty się Człowiek nie obijaj”.
– Jak chcesz więcej, to musisz tu bliżej – mówię. Na co pies podciąga się nieco bliżej mojej ręki, ale wciąż jeszcze tak dość daleko.Żeby nie było, że to ona chce. Wtedy ja łapię ją „pod paszki” i przyciągam jeszcze bliżej. Tak, żebym ręką bez kłopotu sięgnęła do jej głowy. Potem czytam, jedną ręką trzymając Kindla, a drugą czochrając psa. Pies, jak mu się znudzi jedno miejsce to nadstawia drugie.
Wczoraj jednak, nim się położyłam Tosia spała twardo. Bardzo twardo. Spomiędzy pazurów prawej łapy wyłaziło sfilcowane futro, na które czaję się już od kilku tygodni. Głaskałam łapę, łeb, drugą ręką sięgając po leżące obok nożyczki do paznokci. Spała, w ogóle nie wiedząc co się dzieje…pókim nie sięgnęła nożyczkami do filcaka.
Poderwała łeb, szarpnęła łapą, ale byłam czujna i przytrzymałam. Nim cokolwiek więcej zdążyła zrobić ciachnęłam filc. Po czym Tośka rzuciła się paszczą w stronę mojej ręki i gwałtownie ją oblizała. Wie, że za zębiska to JA się gniewam, ale wyraźnie chciała mi powiedzieć, że moje zachowanie jest NIEPOŻĄDANE.
– Przecież ci nic nie zrobiłam. Nie bolało cię przecież. Tylko ci ten filc wycięłam, żeby ci nie przeszkadzał. – wyjaśniłam. Popatrzyła na mnie długo. Bez słowa. A potem zeszła i poszła sobie pod drzwi Yankiego.
– Obraziłaś się? Nie wygłupiaj się, chodź poczochram.- zawołałam za nią.
Westchnęła. Spojrzałam. Akurat odwracała się plecami do mnie.
„Wypchaj się, sama się czochraj”
Odczekałam chwilę. Po czym poszłam do niej. Przykucnęłam. Położyłam dłoń na głowie.
– Tosia…- zaczęłam. Nawet na mnie nie spojrzała, tylko zabrała głowę i położyła obok. Ogon nie drgnął. Yankie usłyszał głos pod drzwiami.Wyjrzał.
– Co jest?
– Tośka się  na mnie gniewa.
– Co ci zrobiła, Tosiu? – zapytał ją. Usiadła, starannie odwracając się tyłem do mnie. Podniosła głowę ewidentnie szukając kontaktu z Yankiem.
– Należało ci się – oświadczył mój syn nie wnikając w szczegóły.
– Dobra, Tosia. Przepraszam. PRZEPRASZAM – powiedziałam gorąco do jej pleców. Nawet na mnie nie spojrzała.
Na szczęście Tosia nie dąsa się długo. Jak wróciła z podwórka po wieczornym siku przyszła znowu do mnie do łóżka. Zwinąwszy się w kłębek zerknęła na mnie wymownie.
„E, Człowiek, tylko bez wygłupów. Żadnych nożyczek, rozumiemy się? Jutro zobaczę, może ci wybaczę”.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 97. Tosia moja miłość została wyłączona

96. Co robię

Wszedł Yankie wczoraj do mnie i zobaczył, jak z niechęcią odsuwam komputer.
– O, internet ci się skończył? – domyślił się.
– Nic tu nie ma, po co ja tracę czas na te głupoty – zirytowałam się. Przeglądałam facebooka szukając czegoś, na czym by można choć na chwilę uwagę zawiesić. Odkąd przestałam obserwować wszelkiej maści protesty w obronie demokracji oraz osoby, które tylko tym żyją (lub tym i swoim życiem w 1500 odsłonach na dobę) to na faceboku nie znajduję już prawie nic do czytania. Czasem migną mi jakieś obrazki, memy lub filmiki. Jak ostatnio wojny psów z kotami.
Coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że zdrowiej jednak obejrzeć jakiś film jesli już koniecznie muszę NIE-czytać.
Nie czytam tak dużo jak kiedyś bo po 1.  odwykłam, po 2 trudno mi znaleźć takie książki, które by mnie porwały i trzymały.
Choć ostatnio … Nie bardzo mogę narzekać. Patrzę sobie na ostatnie dwa miesiące na lubimyczytać.pl
14. X  – Skończyłam czytać „Buntowniczkę z pustyni” Alwyn Hamilton. Niesamowicie sugestywnie oddany klimat pustyni, ciekawa historia, choć książka kierowana bardziej do młodzieży, to warto .
Dwa tygodnie później skończyłam Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Potem obejrzałam film. I oczywiście książka bardziej, ale film też niczego sobie. No, ale to w końcu Holland.
A już trzy dni później skończyłam „Fanfika” Natalii Osińskiej.
No tego Fanfika to czytałam tak, jak za młodych lat, z wypiekami, nie mogąc się oderwać ani na chwilę, a jak już mnie coś zmuszało do odłożenia Kindla to myślami i tak była w świecie Tośka i Leona. Ta książka, w każdym normalnym kraju, weszłaby do kanonu lektur. Powinna być omawiana nie tylko na języku polskim ale i na biologii i lekcjach przygotowania do życia…Zachwyciła mnie tak, że wciąż kopię po internetach i szukam pomysłu jakby ją wylansować w Szwecji i nie tylko.
Do 28 listopada męczyłam Tulipanową Gorączkę. Jak widać „bardzo” mnie wciągnęła. Film może być wyjątkowo lepszy. Książka mi się ciągle zlewała z Miniaturzystką, która zresztą też nie bardzo mnie zachwyciła.
W międzyczasie jeszcze przeczytałam „Slash” drugą część Fanfika.
3 grudnia skończyłam „10 płytkich oddechów”. Takie tam czytadło-wyciskacz łez z happy endem oraz „i żyli długo i bardzo, ale to bardzo szczęśliwie”. Jak masz lat 15 to warto, jak więcej: szkoda czasu.
A potem, zaledwie trzy dni później skończyłam „Jak zawsze” Miłoszewskiego. Nie mogłam się powstrzymać i galopowałam, żeby poznać fabułę, więc nie wszystkie smaczki wyłapałam, ale książka jest  przednia. I zabawna i filozoficzna, i przerażająca, i realistyczna do bólu choć ociera się o science fiction. Wrócę do niej za chwilę, po te smaczki właśnie.
A wczoraj skończyłam „Historię Adeli” Magdaleny Knedler.
I znowu „O matko! po co ja piszę, co ja piszę, przecież ja nic takiego nigdy w życiu nie stworzę, toż to wstyd pisać takie bzdety jeśli na świecie są takie książki „. Takie mnie łapią pełne zazdrości refleksje gdy czytam coś, co mnie tak wciąga jak bagno. A dodam jeszcze, że moim zdaniem, Historia Adeli jest troszkę słabsza od Windy i Dziewczyny z Daleka.

Tak czytelniczo wyglądały moje ostatnie dwa tygodnie.
Filmowo…monotonnie.
Po raz kolejny Gilmorki wszystkie sezony + te 4 nowe odcinki.
Nadal uważam, że tytuł polski wymyślił jakiś cymbał, który koniecznie chciał błysnąć kreatywnością. Jakby nie można było przetłumaczyć dosłownie „Dziewczyny Gilmorów” albo właśnie „Gilmorki”. Tym bardziej, że kiedy Rory tytułuje swą książkę to Lorelai wywala jej „The”. Oni, (tłumacze) kombinują z U-Kochane kłopoty, które Lorelai zmienia na Kochane kłopoty. A powinno być „Dziewczyny Gilmorów”, które Lorelai zmienia na „Gilmorki”.  Oczywiście, że powinny być Gilmorki!
Ech…Nadal uwielbiam scenę gdy Luke mówi do Lorelai „Po prostu…chciałem, żebyś była szczęśliwa” a gdy Lorelai śpiewa ” I will allways love you” to mam gęsią skórkę. Zawsze.
No ale Gilmorki się skończyły. (Na razie).
Coś tam oglądałam, ale nie wiem co bo filmweb się zbiesił, każe wyłączać adblocka (już, pędzę, zadzieram kiece i lece, takiego wała jak Polska cała), a z adblockiem blokuje stronę.  To się pogniewałam na filmweb i już nie wchodzę. Bo oni się utrzymują z reklam. Ja im mogę abonament zapłacić, ale reklam nie wyłączę, bo nic mnie nie wkurza bardziej jak migoczące tło, wyskakujące okna lub darcie ryja. Sorry, to jest ten przypadek, gdy nie da się kochać „pomimo”.
A wczoraj obejrzałam „Zmowę pierwszych żon”.
I przyszło mi do głowy, że dziś te żony wyglądałyby inaczej. Diane Keaton – miałaby (bo chyba rzeczywiście w późniejszych filmach ma) wybielone i wyrównane zęby, oraz podciągnięte zmarszczki tu i tam. Bettie Midler musiałaby by być albo dużo grubsza albo dużo chudsza i pewnie miałaby zmniejszony nos. Goldie Hawn w wedle dzisiejszych standardów ma za mały biust i jest za gruba (!).
A ja przyznam, że choć dość naiwna i średnio śmieszna była fabuła to oglądałam ten film z przyjemnością, bo to ostatnie chwile, gdy w filmach grały aktorki dość naturalnej urody, które nawet jeśli sobie coś tam poprawiały to jednak nie na tyle by zatracić swoje własne cechy i jakoś się od siebie różniły.
Teraz nagle okazuje się, ze wszystkie, no poza Meryl Streep, mają w wyglądu maksymalnie trzydzieści lat. Bez względu na to kogo grają. Niedługo dojdzie do tego, że aktorka wyglądająca na lat trzydzieści będzie grała babcie.

Wkurza mnie to okropnie.

A wczoraj zaczęłam The Crown. I już nie lubię Filipa, męża Elżbiety. Patrzy spod byka, jest
arogancki i ogólnie mało sympatyczny. Oj, twórcy chyba nie lubią męża swojej królowej.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

95. Nitki i nie tylko

Pisałam, że tę zieloną nitkę kupiłam wreszcie w takim sklepiku, za miastem?
Kupiłam zatem, przedwczoraj i wczoraj założyłam osnowę i tkam. Gdy zaczęłam zakładać osnowę, wparadował mi synek mój jedyny i rzucił okiem i słowem:
– O, rasta…
Nosz…!
Popatrzyłam, potem jeszcze raz i jeszcze raz.

Rasta, psia krew… Nie o to mi chodziło.
W piątek w skrzynce znalazłam awizo z poczty. Pomyślałam, że to pracodawca mój błysnął formą i wysyła wymówienia listami poleconymi. Bo żadnej przesyłki się nie spodziewałam. Jeszcze nie.
Czekam wprawdzie na telefon, który pojechał po raz drugi do serwisu, na chustę-niespodziankę ale te jeszcze nie przyjdą bo jeszcze nie ich pora.
Poszłam na pocztę.
Zaraz…Czy ja mówiłam, że w Szwecji nie ma poczty? Tzn. budynku takiego gdzie się odbiera przesyłki, kupuje znaczki, nadaje telegramy? W Szwecji są punkty pocztowe w sklepach. Ta sama osoba co sprzedaje papierosy i snusy wydaje i przyjmuje przesyłki. Paczki przychodzące i wychodzące mają oddzielny pokój, obsługujący bierze awizo lub numer, który się dostało w smsie i przynosi co trzeba.
Czasem przy odbiorze trzeba się podpisać a czasem nie. Listy polecone wysyła się rzadko, naprawdę rzadko. Moi klienci wysyłają mi co miesiąc dokumenty listem zwykłym i jeszcze się nie zdarzyło, żeby jakiś nie dotarł. Przed świętami tylko przesyłka idzie dłużej i zamiast na drugi-trzeci dzień (zależy kiedy nadana) bywa na piaty.
Koniec dygresji.
Poszłam na pocztę, a tu człowiek podaje duży, niebieski karton. Obejrzałam podejrzliwie czy aby na pewno do mnie, bo jak się przyzwyczaję do myśli, że Mikołaj mnie odwiedził to już nie oddam, nie ma mowy.
Nadawcą okazała się moja Kasia. Mój osobisty Mikołaj, który odwiedza mnie kilka razy w roku.
Otworzyłam paczkę a tam takie coś:

Zdjęcie podłe, bo z telefonu i nie oddaje tej orgii kolorów, tego szału miękkości i różnorodności faktur. Dla mnie: raj. Gdyż albowiem cierpię na „nie-do-kolor” permanentnie, a już w miesiącach zimowych szczególnie.  Dlatego kocham sklepy z tkninami, pasmatnterią, z materiałami papierniczymi i piśmiennymi, oraz z włóczkami. Przy czym, ponieważ nie robię ani na drutach, ani na szydełku włóczki są w zasadzie dla mnie dobrem luksusowym. I już miewałam pomysły by sobie kupić kilka motków…tylko po to by mieć, patrzeć i miętosić. I jak tu nie wierzyć w Świętego Mikołaja?
Z tych nitek od Kasi, wzięłam pomarańczową, przyłożyłam w miejscu tej czerwonej i okazało się, że to bardziej o taki efekt mi chodziło. Ech. No trudno. Pierwszy bieżnik do kuchenny stół będzie rastafariański.
A przy okazji dywagacji o świętym Mikołaju.
PannaS, która towarzyszyła mi przy otwieraniu paczki usłyszała jak mówię:
– O, Mikołaj do mnie przyleciał
Siedziała potem koło mnie, coś pogryzała, dumała aż wreszcie zapytała poważnym tonem:
– Babciu, a ile jest Mikołajów?
– Yyyyyy…Ale o co pytasz? O tych prawdziwych, co prezenty rozdają? Czy o tych co mu pomagają?
– Prawdziwych.
– Hmmm. To chyba tylko jeden.
– Jeden? Tylko jeden? – zmartwiła się.
– Tak sądzę – odrzekłam i już się szykowałam, żeby ją zapewnić, że ma pomocników i że prezenty na pewno do nie trafią wtedy, kiedy trzeba…Nie zdążyłam.
– To nie dobrze – powiedziała bardzo zmartwionym głosem – Ja chciałam zostać Mikołajem jak dorosnę.
Zaniemówiłam na chwilę. Już, już leciałam ją zapewniać, że może zostać, że przecież może wszystko…Ale się zreflektowałam. No bo jednak…Wiadomo, że jednak Mikołajem nie zostanie. I co? Mam ją tak okłamywać, w żywe oczy? Sprzedawać jej bujdę, którą za chwilę sobie zweryfikuje?
– A czemu chcesz być Mikołajem? – zapytałam zamiast tego.
– Bo on daje prezenty. I wszyscy się cieszą.
– Acha. Ale jemu nikt nie daje prezentów. Chyba. Czy Mikołaj dostaje prezenty? – zagadywałam ją ewidentnie, żeby tylko nie musieć kłamać.
– Ale czy dziewczynka może być Mikołajem? – kontynuowała nie słuchając mnie prawie wcale.
Tu już wpadłam jej w słowo.
– No pewnie, że może! A co to za różnica? Dziewczynka może wszystko tak samo jak chłopiec.
– Nie może – pokręciła głową.
– No coś ty?! – oburzyłam się teraz nie na żarty- Oczywiście, że może.
– A ja nie umiem budować takich fajnych domków z lego, bo jestem dziewczynką.
Pochyliła głowę i schowała się za włosami. A mnie się naraz zaczęły przypominać wszystkie, najbardziej wymyślne tortury. Znajdę tego, kto jej tak powiedział i …
– Kochanie, spójrz na mnie. Posłuchaj. To, że nie budujesz takich fajnych domków z lego to nie dlatego, że jesteś dziewczynką.
Zamknęła się przede mną, czułam to, ale miałam nadzieję, że jednak dotrze do niej to, co mówiłam. Przykucnęłam, wzięłam za ręce.
– Posłuchaj: na świecie tak jest, że jeden umie tańczyć, inny rysować, inny śpiewać a inny napisze książkę. Tak po prostu jest. Ale nie dlatego, że ktoś jest chłopcem czy dziewczynką. Zobacz: ja mam brązowe oczy a ty niebieskie ale to nie kolor oczy sprawi, że będę umiała coś robić lub nie.
Nie wiem ile do niej dotarło z mojej gorącej przemowy, ale może choć małe ziarenko wątpliwości..?
Jasne, że mogłam pójść na skróty i powiedzieć jej, że przecież pięknie buduje. Albo powiedzieć, że nawet jak nie to musi poćwiczyć i będzie…Ale nie o to chodziło.
To nie pierwszy raz słyszę jak mówi, że czegoś nie może zrobić, bo jest „tylko dziewczynką”. Nie wiem kto jej wkłada do głowy takie rzeczy i nie chcę wymyślać, kto mógłby. Toku myślenia tego kogoś nie zmienię, choć miałabym ochotę dać w pysk, ale może uda mi się PannęS przekonać, że to nie płeć/kolor skóry/narodowość determinują umiejętności.
Ona ma dopiero 7 lat. Ale jest dziewczynką i Polką w ksenofobicznej Szwecji.  Przed nią całe życie zmagania się z różnymi ograniczeniami jakie durne, coraz bardziej podzielone społeczeństwo będzie jej wciskać. Chciałabym ją nauczyć, żeby nie słuchała takich opinii.
Całe szczęście, że eM usłyszawszy, że nasza wnuczka tak o sobie myśli oburzył się z całego serca a co powie dziadek to święte. Więc dziadek będzie jej też mówił.
Kropla drąży skałę.
Pamiętam jak przed prawie 10laty opowiadał mi pełen przyjęcia, że TIRem przyjechała dziewczyna. TIRem! Dziewczyna! I to taka o, szczupła, drobna…I ona tym TIRem w taką wąską bramę wjechała TYŁEM!
A teraz, jak koledzy-rodacy podziwiali taką akcję mój mąż powiedział spokojnie:
– No ale co to za różnica, że dziewczyna? Przecież go nie przeniosła, nie?
Czyli jednak dociera do niego to, co mówię. I może jednak przełoży się to na Pannę S.

Chciałam jeszcze o książkach…
Ale powiem tylko tak: ten Miłoszewki, „Jak zawsze” , to jest dobra rzecz. Bardzo dobra.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 7 komentarzy

94. Jak dobrze mieć sąsiada

Te grudniowe mroki naprawdę źle robią na głowę. W zasadzie mogłabym spać, bo mam zwolnienie, ale obudziłam się przez budzik i już nie zasnęłam. Ale jakbym musiała iść do pracy to byłaby najlepsza pora do spania. Co za wredny charakter!
Wczoraj rano weszli na klatkę schodową dwaj panowie ze sprzętem. Żadna nowina, panowie z różnymi sprzętami pętają się po bloku już prawie rok. Z kim nie pogadałam, każdy z sąsiadów stracił już nadzieję, że wreszcie ten nieszczęsny remont dokończą, wyniosą się i znowu będzie cicho i czysto.
Remonty w mieszkaniach zakończyli z początkiem lata. Tak przynajmniej brzmiała wersja oficjalna. Nieoficjalnie remont trwał bo okazało się, że rury kanalizacyjne generują jakieś problemy, wskutek czego mieliśmy takie atrakcje jak smród i zalania mieszkań na parterze.
W całej tej sytuacji nasze mieszkanie miało najwięcej szczęścia (albo najwyższy próg w łazience, co zresztą na jedno wychodzi) i u nas powódź zatrzymała się w łazience. Pozostałym trzem sąsiadom zalało całe mieszkania. Więc w try miga trzeba było zorganizować ludziom nowe podłogi. Więc znowu po budynku niósł się stukot i warkot wiertarek.
Prócz tego w piwnicy trwały leniwe próby naprawienia kanalizacji. Leniwe bo całymi tygodniami mieliśmy wykutą posadzkę i wykopane tunele w podłożu, a robotników widać nie było.
Raz uszkodzili nam internet. Gdy zeszłam, zastałam jednego, jedynego człowieka z łopatą, jak niemrawo głaskał ziemię w owym tunelu. Nie mówił po szwedzku. Ani po angielsku. Ani po polsku! Po rosyjsku też niewiele ale zdesperowana zadzwoniłam do Reginy i poprosiłam, żeby spróbowała mu po rosyjsku wytłumaczyć, że chcę telefon do jego szefa.
Okazało się, że facet był litewsko języcznym Litwinem!
Długo by pisać…
W każdym razie gdy Tośka zawiadomiła mnie, że ktoś się pęta po klatce schodowej, po prostu zabrałam psa spod drzwi, żeby się nie wściekała. I ani się nie zdziwiłam ani nie zainteresowałam.
Tak na marginesie powiem, że Tosia jest milczącym psem, rzadko szczeka, ale jest czujna bardzo i zawsze donosi, gdy ktoś chodzi po schodach. Przy czym na swoich, czyli sąsiadów wcześniej reagowała mruczeniem a na obcych wyraźnym warczeniem. Teraz, za sprawą pętających się obcych bez przerwy, pies nieco stracił orientację i warczy na wszystkich. Choć sąsiedzi mówią, że gdy idą koło naszych drzwi i słyszą warkot Tosi to mówią „Cicho Tosia to tylko ja” i pies cichnie.
No i gdy około 10tej wyszłam z Tosią na spacer okazało się, że panowie myją schody takim specjalnym odkurzaczem. Czyli chyba skończyli w piwnicy? Jakiś czas temu zasypali  tunele, zalali nową posadzkę, ale rura nadal szła pod sufitem. I tak już chyba zostanie. Może wreszcie będzie można znowu chodzić do pralni w kapciach?
Kto wie?
Tyle, że my chcemy się stąd wynieść. Chcemy zamienić mieszkanie na jaśniejsze, bo te pokoje od północy są okropnie ponure, a już mój to w ogóle bardziej piwnicę przypomina, bo umieszczony w rogu, przy ścianie drugiego budynku. No i chcemy, żeby Yankiego pokój miał rozmiary bardziej normalne a nie 2×2. Jednocześnie najbardziej to byśmy chcieli zostać tu, gdzie jesteśmy ze względu na dobry kontakt z sąsiadami prawie wszystkimi.
Czyli w grę w chodzą w sumie dwa mieszkania na pierwszym piętrze. Wyżej nie chcemy, bo Tosia nie powinna chodzić wiele po schodach, a przyjdzie czas, i to dość szybko, że będzie stara.
Zatem w grę wchodzą dwa mieszkania.
Jedno, w tej samej klatce, też na rogu ale z przeciwnej strony. Okna wychodzą na wschód i południe. Mieszka tam taka stuletnia Elsa. Elsa chciałaby się zamienić, ale nie z nami, bo nasze mieszkanie jest za ciemne.
Drugie jest w drugiej klatce, też ma okna północ-południe, z tym, że latem ta północ robi się lekko zachodnia a w salonie jest dodatkowe okno od zachodu. Oraz w łazience też jest okno. Tam mieszkają niesympatyczni młodzi ludzie wystylizowani na lata pięćdziesiąte. Naprawdę: ona nosi loki ala żabie oczy wywinięte nad czołem, sukienki amerykańskich gospodyń z tamtej epoki, on w ciemnych, prostych dżinsach wywiniętych na dole w szeroie mankiety. No takie klimaty z Grease. Gdy się wprowadzili, zaczęłam się im kłaniać, ale panna mi nie ukłon nie odpowiedziała, zmierzyła mnie wzrokiem i tyle. To przestałam.
Więc teraz, nawet jakby się wynieśli to nie wiem czy w mieszkaniu po takich niesympatycznych osobach nie będzie złej mocy.
Ale póki co nie ma zmartwienia, bo ledwie się wprowadzili, więc szybko nie odejdą, bo czas oczekiwania na mieszkanie jest ponad dwuletni. No chyba, że wybudują sobie dom.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 3 komentarze

93. Problem dnia: grubość nici

Tak, wiem…Problemy pierwszego świata…
Szukam zielonej nici. Nadal…
Fajnie, internet pęka w szwach ale jak wiadomo zdjęcia nie oddają proporcji. Nie znając grubości możesz sądzić, że kupujesz kordonek a kupujesz linę okrętową i na odwrót. Do dupy takie kupowanie. Producenci podają jakieś od czapy określenia (o ile w ogóle podają) np. 8/4. Po długim kopaniu dowiedziałam się, że to oznacza że nić jest skręcona z 4 nitek oraz, że ma 8 skrętów na coś tam…
Jakby nie można było podać grubości: 0,02mm, 0,002mm …
No nic w piątek może uda mi się wywlec eMa za miasto, do kobiety co ma sklep z włóczkami i szmatkami, z akcesoriami tkackimi, może coś tam znajdę dla siebie.
W piątek wieczorem mam gości więc wypad po nici jest mi lekko nie na rękę, ale to jedyny dzień w tygodniu, gdy się da. Oni w soboty mają zamknie, w tygodniu godziny otwarcia też jakieś dziwne i bardziej popołudniowe a eM wciąż pracuje wieczorem i w nocy…
Jak nie kupię to zajmę się dywanikiem z dżinsu.
Nie poszłam wczoraj do pracy.
Miewam takie dni, że czuję się jakby mi ktoś wtyczkę wyciągnął. Ból głowy, ale nie tylko. Ogólna ospałość, rozdrażnienie, nadmierny apetyt, poczucie ogromnego zmęczenia, problem z koncentracją uwagi. Ogólnie rzecz biorąc stan, że nic tylko się w koc zawinąć i spać, ale problem w tym, że spać też się nie da, ani czytać, ani filmu oglądać. W domu duszno i jedyne co przynosi ulgę to świeże powietrze. Ale weź spaceruj przez kilka godzin.
Tak miałam przedwczoraj.Do godziny 21. Od 21 coś zrobiło „pyk” i nagle się ożywiłam. Ale jak?! Góry przenosić, w polu orać, prać na tarze niańcząc przy tym sześć par bliźniąt. W głowie kołowrót myśli, piosenek i nie wiadomo czego jeszcze.
Zasnęłam o 1:30.
O 5:30 nie miałam siły oka rozkleić. Wysłałam smsa do szefowej, że jestem chora.
Pospałam do 8:30. A potem wstałam i dalejże te góry przenosić.
Tak właśnie mam. Od zawsze.
Pamiętam jak w dzieciństwie dopadała mnie choroba a potem gdy zdrowiałam to właśnie tak”pyk”. Wieczorem umierałam a rano budziłam się razem z ojcem. Ojciec mój był skowronkiem, zawsze wstawał wcześniej, dużo wcześniej niż powinnam. Pamiętam taki jeden ranek…Jedno z milszych wspomnień. Jedno z niewielu miłych wspomnień związanych z moim ojcem.
Pamiętam zdziwiony i pełen czułości głos ojca, gdy weszłam do kuchni:
– A czemu ty nie śpisz, Telewizorku?
(Byłam gadułą, gadałam od rana do wieczora, podobno jeszcze nim dobrze otworzyłam oczy).
Ojciec krzątał się cicho w kuchni, szumiał wielki, srebrny czajnik, gdy gotował wodę na herbatę. Ojciec mydlił twarz pędzlem i wykrzywiał ją do lustra i do mnie, żeby dokładnie się ogolić.  Tamtego dnia pozwolił mi iść samej po bułki do Sitenia. Na podwórku było ciemno i wilgotno, ale nie bałam się. U Sitenia, w prywatnej piekarni, było ciepło, pachniało pieczywem. Chleb był gorący, parzący, bo tylko co wyjęty z pieca i przyniesiony do sklepu na drewnianej desce. Pamiętam cały rząd brązowych bochenków, z lśniącą skórką. Możliwe, że to nie jest wspomnienie z tamtego ranka, bo po chleb do Sitenia chodziłam całe dzieciństwo o różnych porach dnia. I zawsze wyglądało to tak samo. Podłużne bochenki chleba na drewnianej desce, zsuwane wprost na ladę, skąd natychmiast znikały. I kosze z pasków drewna, takie jak łubianki, tylko duże i okrągłe, pełne białych bułek „zwykłych”  czyli tych przypominających pośladki. Nie pamiętam niczego innego w tej piekarni. Ale chyba były jeszcze bułki maślane, słodkawe, posypane po wierzchu grubym cukrem. Rzadko jadałam ten rarytas i zawsze oczywiście zaczynałam od skórki.
Tamtego ranka kupiłam chyba tylko chleb.
Ile miałam lat? 7? 9? Takie to były czasy. Dziś nikt by siedmiolatka w biały dzień samego do sklepu nie puścił.
Pamiętam jak tata (tata, nie ojciec) potem mówił, że wstałam tak wcześnie i go zaskoczyłam i poszłam  sama po chleb. Opowiadał to a ja się czułam taka dumna i obiecałam sobie, że zawsze będę wstawać razem z tatą.
Ale następnego dnia gdy się obudziłam było już jasno a tata był dawno w pracy. Ależ byłam rozczarowana….
Dziś po tylu latach już wiem, że zawsze po chorobie, tak właśnie wstaję i mam tak dużo energii, że mogłabym oświetlić całe miasto. Jakby choroba była koniecznym restartem mojego systemu.
Tylko milcząca jestem coraz bardziej. Już nie jestem Telewizorkiem.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 93. Problem dnia: grubość nici została wyłączona

92.

Zrobiłam szaliczek na krosnach. Panna S wpadła w zachwyt i natychmiast go sobie przywłaszczyła, bo taki słitasny: różowy.
No ale zrobiłam, zdziwiłam się, że tknie idzie tak szybko, i tyle. Bo teraz bym sobie chciała utkać coś prawdziwego. Serwetkę na stół konkretnie. I tu się zaczynają schody.
Zdawałoby się, że Szwecja, kraj „terapii zajęciowych różnej maści” czy kraj hołdujący najbardziej wymyślnemu hobby powinien tonąć w przędzy. A tu lipa. W moim mieście jest jeden sklep oferujący włóczki. Już pomijam fakt, że ceny tych włóczek są takie, że już taniej chyba sobie żyły można wypruć albo nerkę kupić na zapas, ale dobra tam…Problem w tym, że tam są tylko włóczki – mieszanki akryli z czymś tam oraz mulina.
Nie ma np. przędzy lnianej. A ja nie chcę serwetki z włóczki tylko z takiej cienkiej nici, ale nie takiej jak do szycia, bo ja bym chciała tę serwetkę przed śmiercią skończyć. Chodzi mi o nić grubości kordonka. Na kordonek to bym się nawet w ostateczności zgodziła, ale nie ma. A ja sobie w dodatku wymyśliłam zielony. I to zielony o konkretnym odcieniu. Żeby mi do tych ciepło żółtej i czerwonej kupionych szmateksie, pasował.
Nic to. Będę dziś w mieście, w prawdziwym mieście czyli w Goeteborgu, a nie w „takiej gminie” to popatrzę, a może w Stoff&Still?
Dobra wiem, opisuję „problem ludzi z pierwszego świata”.
Rzecz w tym, że zamknęłam się bańce.
Poblokowałam na FB niemal wszystkich, którzy szerują politykę polską. Nie zaglądam na Wyborczą, no chyba, że mignie mi w oczach jakiś ciekawy artykuł NIE O POLITYCE. Głównie interesują mnie tematy lekko naukowe z naciskiem na lekko. Jakieś kosmosy, gwiazdy, ale i gwiazdy szołbiznesu też mogą być byle nie za dużo. Królowa angielska ostatnio była…
Internet służy mi ostatnio jako dostawca Netflixa. O. I tu się zatrzymam.
Netflix mnie wkurza okrutnie.
Mieszkam w Szwecji, więc nie ma takiej siły, bym uruchomiła netflixa z końcówką pl. To oznacza, że większość tego, co bym chciała obejrzeć  nie ma tekstu polskiego. Szwedzki, norweski, ale polski rzadko. A ja mam tak…
No dobra. Podam przykład.
Jakiś czas temu byłam z PannąS w kinie na Waiana czyli Moana po polsku chyba. W kinie tutaj w Szwecji oczywiście. Obejrzałam film ze szwedzkim dubbingiem. No dobra, może być, fajny temat…Wyszłam z kina z takim odczuciem, że spoko film, dobra tematyka dla dziewczynek.  Ale jakoś bez głębszego wzruszenia.
Tymczasem wczoraj oglądałyśmy ten film raz jeszcze ale z dubbingiem po polsku. I wiecie co? Jakbym oglądała zupełnie inny film! Śmieszył i wzruszał. A przecież rozumiałam prawie wszystko!
Tak samo jest z angielskimi napisami. Odbieram fakty, nie odbieram emocji. Nie mój język. Dlatego chcę oglądać z napisami po polsku. I dlatego płacę Netflixowi co miesiąc daninę by mi te treści dostarczał. A Netflix nie dość, że szczodry nie jest to jeszcze i jakość tych napisów bywa różna. Błędy językowe? Gramatyczne? Normalka. Tłumaczenie niegodne z oryginałem? Ale żeby błędy ortograficzne?!
No, ale zawsze można jak mój stary znajomy
„Ups, literuwka – on.
I ortograficzny -ówka -ja.
Co się dyslektyka czepiasz? -on”
Taaaaa…Pewnie Netflix też zatrudnia dyslektyków.
Zatem żyję w bańce. Głównym dostarczycielem informacji o wydarzeniach w kraju i na świecie są dla mnie Demotywatory. Oraz mąż, który z lubością bliską zboczeniu tarza się w tych klimatach polsko-politycznych. Nie wiem…może sobie samopoczucie poprawia, może potem głosem nabrzmiałym emocjami mówić „w tej Polsce to”…Wygląda na to, że od pięciu minut jest szwedem i już go ci polacy wkur…wkurzają. Jak mąż zamknie się ze mną w samochodzie i zaczyna się dzielić ostatnimi rewelacjami z kraju i za granicy to się okazuje, że demotywatory to jednak całkiem dobre źródło informacji jest. Bo okazuje się, że ja i tak wiem o wszystkim.
Nie wiem czy życie w takiej bańce to cofanie się w rozwoju czy wręcz odwrotnie. Ja muszę, bo inaczej z żalu, wstydu, bezsilności mogłabym dokonać czynów zabronionych.
Zatem wybaczcie, że się skupiam na nitkach, filmach, duperelach a nie gwałceniu praw człowieka. Po prostu – nie.
A Misia i PannaS mają kotka. I kotek jest prześliczny. Ma 13 tygodni, domieszkę dwóch kotów rasowych co sprawia, że szare futerko jest takie srebrzyście szare i dłuższe a oczy są koloru bursztynu. A ponieważ one mają kotka…(Oni właściwie, bo przecież konkubent,  mojej córki też, chyba zacznę go nazywać Zięciem, bo są zaręczeni od kilku miesięcy.)
Zatem skoro oni mają kotka to ja też mam kotka poniekąd. Bo jak oni pojadą to kotek będzie mój. I teraz stoję przed wyzwaniem: sprawić by Kotek i Tosia się pokochali. No dobra: żeby przynajmniej się siebie nie bali i tolerowali wzajemnie.
Jakieś sugestie?
Kotek, Maja, jak znam życie po obsyczeniu i opluciu psa uniesie się zapewne honorem i będzie Tosię omijać łukiem. Ale Tosia…Tosia będzie rozdarta pomiędzy miłością do wszystkiego a strachem, przerażeniem wręcz do tego okropnego potwora.
Że co? Że Potwór waży niespełna kilogram a Tosia 36? To nie ma znaczenia. Tosia w duszy jest Yorkiem. A koty, jak wiadomo, wszystkie są tygrysami. Perspektywa ma ogromne znaczenie.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy

91. Wreszcie!!!

Po obejrzeniu tysiącpieńćsetstodziewieńćset filmów na jutubie wpadłam na pomysł, że te poprzeczne, niewygodne ramki mogą i u mnie służyć by nitki szły nad nimi…
Najpierw sprawdziłam z tyłu, tam gdzie nawinięta jest osnowa. Hm…jakby lepiej…ale wciąż jeszcze jedna warstwa jest luźniejsza. Pokombinowałam z pionowymi deszczułkami, które tkaczki po coś umieszczają, ale nie zauważyłam efektu. Hm…a jakby tak i robotę z przodu puścić górą..?
Bingo!
W ciągu pół godziny utkałam metr tasiemki 😀
Dobra, umówmy się: to nie jest tasiemka wzorcowa, brzeg pływa, szerokość szwankuje, bo nie wiem ile to jest w sam raz na zawinięcie, ale wzór już się zaczął układać równo (mam osnowę w dwóch kolorach).
Dziś w szmateksie kupiłam ciepło żółtą nitkę…Jutro osnuję krosna porządnie i zrobię sobie…zrobię sobie…coś. Z tej ciepło żółtej. Serwetkę na przykład. Albo szaliczek.
Albo chodniczek 😀 …
Ha!
Ale mam fajną zabawkę.
A jaka z siebie dumna jestem!

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

90. A słowo ciałem się stało…

Dziś było kolejne spotkanie z szefową.
Szłam najeżona. Okazało się, że …mamy wdrożyć się w nową aplikację do rejestrowania czasu. A przy okazji…Biuro, gdzie teraz sprzątamy kończy współpracę z naszą firmą. Apteka, gdzie Monika  ma swoje 45minut -też.
Tym samym sławetna (albo osławiona -kto widzi różnicę?) firma XXX+ na wiosnę znika z mapy pracodawców w naszym mieście.
BabaSaba liczy chyba, że znowu ją zostawią, jak przy poprzednim kontrakcie i podlizuje się wszystkim dookoła. Pies z nią tańcował.
Monika zmartwiona, bo ona nie ma nic poza tym sprzątaniem a na dodatek rodzina jej się powiększa.
A ja…
Ja…
Ja się cieszę! Rzucę to z czystym sumieniem! I nie będę szukać nic innego. Będę szukać nowych klientów dla siebie. I o.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 1 komentarz

89. Cierpliwość ma swoje granice…

Znowu w tym dłubię, zamiast zająć się czymś pożytecznym.
Pisaniem np.
Ale naprawdę…
Muszę, palce mnie świerzbią.
Ja nic nie chcę tylko upleść sobie pasek do aparatu.
I dywanik pod łóżko.
I bieżnik dla Reginy.
No..!

Dlaczego dolne nitki mi się nie napinają jak trzeba? DLACZEGO?!

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 3 komentarze

88. Skutki dodatkowej porcji Tiramisu

Przyszły do mnie wszystkie trzy tej nocy.
Elka B, która wyjechała do Niemiec i do końca trzymała to w sekrecie przed nią, swoją swoją najlepszą przyjaciółką, bo nie wiedziała jak jej to powiedzieć.
Mała Hanka P, która na zdjęciu podtrzymuje jej gips i ma minę pełną cierpienia.
Gośka Z, która kochała ją tak jak tylko kochająca kobieta potrafi.
Na koniec przyszła Ona. W białej sukience, której nigdy nie miała. Sukience, teraz pamiętam, którą kiedyś pożyczyła jej Elka gdy przyjechała na wakacje. Sukienka stylizowana na wzór retro, ozdobionej tu i ówdzie dyskretną czerwoną kokardką.
Szły roztańczoną ulicą, pełną radosnych ludzi, po bruku płynął ciepły deszcz, one przedzierały się przez ten tłum. Były piękne, radosne, przekonane o własnej sile. Ona usiłowała je dogonić.
A potem przegoniła i poszła w ten tłum sama, najpiękniejsza z nich z nich wszystkich i wszyscy za nią patrzyli.
Z głębi głowy napłynął tekst:
Było nas trzech, w każdym z nas inna krew…
Poróżniła nas,  za jej Poli Raksy twarz…

Stałam obok nich, patrzyłam i mówiłam w kółko: Ja to muszę napisać, muszę to napisać, jesteście wszystkie bohaterkami…

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 3 komentarze