165. Życzenia

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze

164. >>Uśmiecham się<<

Wyobraźcie sobie taką sytuację:
obce w sumie dziecko prosi cię o przyjście na jego występ.
Dziecko nie jest sierotą, ma komplet rodziny: ojca, matkę (to nic, że oddzielnie) babcię, dziadka, wujka, rodzeństwo. A występ wypada w ostatni piątek przed świętami. Dziecko znasz mniej więcej pół roku, bo jego matka jest nową dziewczyną twojego syna.
Poszłabyś? A twój mąż/partner?
………………………………………………………………………………………………………………………………….
………………………………………………………………………………………………………………………………….
………………………………………………………………………………………………………………………………….
……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

……………………………………………………………………………………………………………………..Przyszli.
Bardzo oboje sympatyczni. Już wiem po kim TenChłopak to ma.
PannaS , po wszystkim (oczywiście, że tańczyła najpiękniej, a kto się z tym nie zgadza ten kiep) poprosiła „Babciu, zrób nam wszystkim razem zdjęcie”. Babcia zrobiła. A reszta rodziny spacyfikowała uchylającą się mamusię. Dobrze, że ktoś musiał trzymać aparat.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy

163


Nie sypiam.
Aż dziwne jest jak różnie można nie sypiać. Można zasnąć o 21, obudzić się o 1 a potem to już tylko zapadać w kilkuminutowe drzemki, by o 4 już na amen nie móc zasnąć, mimo zmęczenia.
Można po prostu nie zasnąć do godziny 2, potem przespać kamieniem 5 godzin, potem nagle otworzyć oczy i od razu być na wysokich obrotach.
Można zasypiać o 21-22 i niby spać całą noc, ale budząc się co 40minut bo pic, bo siku, bo zimno, gorąco, pies i czort wie co jeszcze.
Najlepsze, ze wszystkiego jest zasypianie o 2 na pięć godzin. Ale potem jest się strasznie nakręconym przez cały dzień, a myśli tylko śmigają. Kręcisz się po domu, skupić na niczym nie możesz, myśli jak pszczoły tylko bziuuuut, bziuuuut. Nie daj boże musieć wtedy coś załatwiać. Nie daj boże dla drugiej strony. Jesteś wtedy jak …Nie, nie jak. Nazwijmy rzecz po imieniu: jesteś wtedy wredną suką. Po prostu. Najgorsze, że wcale taka nie chcesz być, ale to się dzieje i robi samo.
Fajnie być takim nakręconym, bo nagle masz siłę na lepienie pierogów, uporządkowanie sterty papierów na stole kuchennym, zawieszenie obrazków, wypakowanie reszty klamotów z kartonów, dokończenie chusty na drutach, 3 ostatnie odcinki Sławy i chwały na YT a potem jeszcze 3 Lalki. Gorzej, że pod tym wulkanem energii siedzi złość. Całe pokłady złości. Gdyby tę złość móc przetworzyć na energię to spokojnie paliwa kopalne mogłyby zostać jeszcze długo pod ziemią. Ale ponieważ nie możesz tej złości przetworzyć na ogrzewanie i oświetlenie mieszkania to wypluwasz ją z siebie w pełnych jadu tekstach na fejsie lub werbalnie do ludzi, którzy niczego nieświadomi wejdą z tobą jakąś interakcję. I tak obrywa się Fryzjerce z ambicjami lekarskimi, choć normalnie jej porady dotyczące zdrowia puszczasz mimo uszu, w duchu śmiejąc się tylko, że czasem fryzjerka to nie tylko zawód ale i stan umysłu. Obrywa się kobiecie z vardcentralen nie tylko za to jest niekompetentna,  ale i za cały bałagan w opiece zdrowotnej. Oraz konsultantom z Telii, która dostarcza ci główne źródło rozrywki czyli internet, ale obiecywali super szybki a wyszło co wyszło więc teraz wmawiają ci, że to ty jesteś głupia i się nie znasz.
Normalnie starasz się powściągnąć zniecierpliwienie w takich sytuacjach bo wiesz, że najlepiej wychodzi się udając pokorę, ale nie teraz, nie w grudniu, gdy święta za pasem.
Fajne te wszystkie światełka, mikołaje, czerwienie z zieleniami, białe, puchate otoki do czerwonych czapek, złoto i migoczące srebro.
Tylko czemu te cholerne chodniki oblodzone, w du…buty niech se ten żwirek wsadzą, guzik on daje, pies cię ciągnie na spacerze po tym żwirku na oblodzonym chodniku, jedziesz prawie jak na łyżwach. Szlag.
I ten conocny ból głowy, wybudzający cię ze snu po godzinie, silny, łupiący, walący w potylicę z lewej strony, a potem w jednej sekundzie rozlewający się na stronę prawą i na ciemię. Jak to dobrze, że jakiś czas temu wpadłaś na pomysł i zamówiłaś z polskiej apteki leki – ze szczególnym uwzględnieniem ibuprofenu i voltarenu  w postaci kapsułek. 40szt jednego i 40szt drugiego. Tylko kapsułki nie kopią cię po żołądku. Ile ich zostało? Dotrwam do stycznia? Czy zamawiać kolejną paczkę?

I tak się kulam…byle do świąt.
Jest taki kawałek grupy Archive, który mnie porywał od pierwszego słuchania.
Muzyczny zapis depresji. Ten, kto go napisał, dobrze wiedział czym to jest.
Dziwne, zniekształcone dźwięki w głowie, jeden, natrętnie brzmiący ton, myśli uporczywe, w kółko i kółko te same, zapętlenie w emocjach i zdarzeniach, nieumiejętność wyjścia, zamykające się drzwi i coraz bardziej zmniejszająca się smuga światła.
Jedna struna brzmiąca wciąż, i wciąż, i wciąż.
Nie spotkałam jeszcze prawdziwszego zapisu tego stanu. Żadne opisy, żadne obrazy, tylko ta muzyka. W grudniu, tuż przed świętami moge tego słuchać tego po całych dniach.

It hurts to feel
It hurts to hear
It hurts to face it
It hurts to hide
It hurts to touch
It hurts to wake up
It hurts to remember
It hurts to hold on

Turn my head…..off
Forever

Wyłącz mi głowę
Wyłącz mi głowę na zawsze

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 11 komentarzy

162

Nierówna walka z grudniem w toku.
Grudzień to naprawdę nie jest dobry miesiąc. Mimo światełek, perspektywy świąt i Sylwestra…a może właśnie dlatego? Nie, no, nie tylko dlatego. Głównie z powodu ciemności. Cała reszta jest „a na dodatek”. Ciemno a na dodatek idą święta. Ciemno a na dodatek rok się kończy. Ciemno a na dodatek trzeba światełka…
W tym roku, ponieważ pierwszy raz od dawna nie zrywam się jak mleczarz, gazeciarz czy cieć, miałam siłę na dekoracje świąteczne. I powstały.
W gabinecie jest miasto czyli domki z papieru, ale nie wygląda to tak ładnie jak sądziłam więc nie mam zdjęcia.
W sypialni zrobiłam firankę z bombek. Bombki kupiłam na ten cel najtańsze, chciałam żeby każda wisiała na białej lub srebrnej tasiemce, ale koszt tasiemki sugeruje, że zrobiono ją ze złotogłowia i chińskiego jedwabiu, więc część na wstążce, część na błyszczącej nici.
Najpierw miały być tylko srebrne i białe, ale potem zobaczyłam takie w kolorze pudrowego różku, który jak wiadomo jest kolorem ostatnich miesięcy. ( Niestety jest to kolor nie dla mnie o czym przekonałam się wielokrotnie w przymierzalniach – wyglądam jakbym goła chodziła, w dodatku bez twarzy) A le sam róż? I srebro? Mdło jakoś…W HMie na wystawie zobaczyłam bordowo-brązową bombkę…I TAK!!! Czas nie sprzyjał by pobiec i kupić – na szczęście bo w innym sklepie kupiłam wypasiony pakiet bombek w trzech kolorach i trzech rozmiarach. Kolory to: różowy pudrowy, bordowy i TADAM! OLIWKOWY. Każdy kolor w 3 wersjach: matowa, błyszcząca, brokatowa oraz w odcieniach jaśniejszym i ciemniejszym. Szał ciał i uprzęży! Zakochałam się i mam te wszystkie, no prawie wszystkie, bez tych największych, opcje na oknie. Co wygląda cudnie, zwłaszcza przy zamkniętych żaluzjach.

Oglądam sobie to cudo każdego dnia od ponad tygodnia i z zachwytu wyjść nie mogę, bo cudne.
A kilka dni później zrobiłam ekochoinkę.

Dobra, nie jest do końca tak eko jak bym chciała bo powinna być z recyklingowych materiałów,  z filcu i papieru ale jak się nie ma co się lubi …itd. Inna rzecz, że jedyne co do tego drzewka dokupiłam to światełka, bo w domu wolnych nie było.
Choinka wisi w kuchni, na jednej z tych obrzydliwych białych kiedyś, brudnych teraz ścian. Na innej ścianie powiesiłam kolaż moich zdjęć z minionej jesieni ze szczególnym naciskiem na te zrobione w Danii i jakoś się ta kuchnia mniej obrzydliwa zrobiła.
Gdyby to o mnie chodziło nie stawiałabym już żądnej choinki, ale mąż jest konserwatywny i choćby miał spać z głową pomiędzy gałęziami wstawi sobie do pokoju największe drzewka jakie uda mu się tam wcisnąć.
Ja tylko wzruszam ramionami, bo co innego mogę zrobić wobec argumentu „ale ja lubię”. Ekologia, srogia, ekonomia, praktyka, przekonania, wszystko bierze w łeb wobec odwiecznego „ale ja lubię” oraz „żałujesz mi?”.
Nie wyciskaj połowy ketchupu na talerz, przecież nie zjesz tyle…
Ale ja lubię, żałujesz mi?

Nie żałuję, ale trzepie mnie coś, gdy marnuje się jedzenie.
Nie kupuj tak wielkiej tej szynki, nie zjesz i się popsuje!
Ale ja lubię, to mam wcale nie jest bo są tylko takie duże?

W grudniu mój ruch na świeżym powietrzu ograniczony jest do obejścia rynku i znajdujących się wokół niego sklepów. Coraz częściej mierzę, oglądam, przyglądam się…Odwieszam i rezygnuję. Coraz częściej, żeby coś kupić muszę mieć konkretne zapotrzebowanie lub wywołać efekt WOW! Tak jak z bluzką w kolorze fuksji.
Jak zwykle miałam na głowie jakiś kołtun, jak zwykle bez makijażu, jak zwykle z sińcami pod oczami oraz jak zwykle jakiś stary tshirt i spodnie dresowe.
Wlazłam do przymierzalni, założyłam tę bluzkę.
E, dziwna jakaś: stójka pod szyją, marszczenie, powiększy mi cycki, krótki rękaw odsłoni plamy i tłuszcz, gruby ściągacz na brzuchu, pewnie też go uwydatni, i ten wściekły kolor…z daleka będzie mnie widać…
Wcześniej przymierzałam czarne, lekko elastyczne spodnie na kant, z szerszą nogawką, i w tych spodniach postanowiłam zmierzyć bluzkę, bardziej by sprawdzić czy spodnie się obronią z porządniejszą górą.
Założyłam, spojrzałam na siebie… WOW! To było to, to był ten efekt. Znalazłam swój wizerunek, swój kolor, krój, styl. Taka bluzka z takimi spodniami.
Niestety jedno z drugim kosztowało dużo, więc wyszłam ze sklepu z bluzką, choć potrzebowałam spodni. Uznałam, ze spodnie kupię za miesiąc. Tylko, że za miesiąc tego fasonu już nie było w moim rozmiarze. Kupiłam inne, ale wizji żałuję do dziś.
Od tamtej pory dotarło do mnie, że zamiast kupować kolejną szmatę „o, niezła, kolor fajny, tania w dodatku, biorę” to powinnam sobie odkładać równowartość by za jakiś czas kupić coś takiego co właśnie będzie WOW!.
Dojrzewam do minimalizmu. Żebym jeszcze tak mogła minimalistycznie podchodzić do kwestii żołądka.
Grudzień znowu miesza swoje palce. Te długaśne ciemne wieczory, które z braku innych opcji spędzam przy komputerze i kolejnych filmach. A przy filmie wiadomo: a to czipsika a to kanapkę…
Mózg naświetlony sztucznym migotaniem, nie umie się wyłączyć. Brak naturalnego światła też w tym nie pomaga. Albo zasypiam o 20:30 i do 9 rano nie mogę oczu rozkleić, albo zasypiam o 2 – 3 nad ranem by o 7 już być trzeźwa. Głowa boli każdej nocy.
Walczę z grudniem, ze sobą, z niemocą, z perspektywą nowego roku, co oznacza, że znowu jeden rok życia mniej mi został i pocieszam się, że jeszcze maksymalnie do połowy, no do końca stycznia, a potem dni będą jaśniejsze i odczuwalnie dłuższe.
W głębi duszy marzę o cieple, słońcu, piasku i szumie morza.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

161. Idą Święta

Jest taka piosenka, której słucham  przed Świętami.
Piosenka jest z 1984roku. Brzmi radośnie, są w niej dzwoneczki, dużo głosów, energetyzujący rytm. Przebój.
Kto się wsłuchał w to o czym śpiewają? Sting, Paul Young, George Michael, Bono…
Śpiewają: Czy oni w ogóle wiedzą, że święta? Nakarm świat, w Afryce nie spadnie śnieg, a jedyna woda jaka płynie to gorzkie łzy.

Słucham i myślę sobie: ćwierć wieku! Prawie 25 lat. A na świecie jeśli się coś zmieniło to tylko na gorsze. Od jakiegoś czasu przychodzi mi też do głowy inne pytanie: kiedy to, co beztrosko fundujemy Afryce czy Ameryce Południowej dotknie nas?
Tkwimy w swym wygodnym kokonku, rozpasani dobrobytem tak, że trzeba mandarynkę czy kawę zapakować w pudełeczko byśmy się broń boże nie zmęczyli za bardzo przy obieraniu lub sypaniu…
Szczyt Klimatyczny w Katowicach pokazał wyraźnie co sobie większość z nas myśli. Myślicie, że polski prezydent jest jedynym tak …nie wiem…cynicznym lub głupim? Chciałabym, żeby tak było, bo to byłaby wersja optymistyczna bardzo. Ale wystarczy poczytać internety, posłuchać bliźnich…
Jesteśmy coraz bliżej punktu z którego zaczyna się równia pochyła.
Patrzę na moją wnuczkę i myślę: co ona i jej rówieśnicy dostaną po nas w spadku?
Idą święta. Trzeba robić prezenty. Czy wiecie jakie teraz najczęściej pada pytanie? Co na prezent.  Oto nasz największy dylemat. Co kupić komuś kto ma …wszystko? Kolejną plastikową zabawkę?
Och…niech pierwszy rzuci kamieniem, kto jest bez winy. Narzekam, a sama poddaję się terrorowi „co na prezent”. Bo presja rodziny, zwyczaju, reklam.
Czy uda mi się w ciągu najbliższych dwunastu miesiące przekonać męża i córkę do zmiany poglądu na hasło „prezent świąteczny”? Może zamiast kolejnego „gówienka w pazłotku” damy sobie w ramach świat wspólnie spędzony czas. Pójdźmy razem do kina, na łyżwy, spacer z psem i PannąS.
Patrzę na moją wnuczkę i nawet się nie zastanawiam. Ja wiem, że jak za dziesięć , dwadzieścia lat ktoś zapyta o wspomnienia ze świąt to PannaS nie opowie, że dostała taką czy inna zabawkę. Będzie pamiętać, mam nadzieję, jak była z nami  lub mamą w wesołym miasteczku, na basenie, spacerze albo, że wszyscy sobie gdzieś pojechali a ją zostawili (obawiam się, że będzie to bardzo dobrze pamiętać).
Moja świąteczna playlista się właśnie zaczęła od początku. Patrzę na Stinga, Georga, Paula…Jacy młodzi! Czas tak szybko płynie, a my ciągle nie wierzymy, że to jest najcenniejszy dar jaki możemy dać tym, których kochamy.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

160.

Jednak duże mieszkanie ratuje życie. W przenośni i dosłownie.
Od zmiany czasu nie sypiam za dobrze. Właściwie zasypiam około 2 w nocy. Nie będę opisywała szczegółowo wieczornego rytuału polegającego na poczytaj-zgaś światło-przytul poduszkę-zapal światło-zgaś-zapal-poczytaj-zgaś-zapal-napij się-idź siku-zgaś-przytul-otwórz okno-zamknij okno-zapal-zgaś-pić-siku-czytać-okno…itd…
Wczoraj wpadłam  na pomysł, że zamiast bezproduktywnie miotać się po łóżku wstanę i popracuję. Nie zrealizowałam tego od razu, o nie, bo całe to przewalanie odbywa się w przerwach pomiędzy króciutkimi drzemkami, a te z kolei sprawiają, że przytomna tak do końca nie jestem.
Ale wstałam, popracowałam godzinę.
I stąd myśl, że duże mieszkanie ratuje życie. Przecież jakbym nadal żyła na powierzchni 40metrów z mężem i dzieckiem oraz psem to ni chybi ktoś by kogoś utłukł. Albo oni mnie, że się miotam i spać nie daję, albo ja ich, że sobie śpią, a ja nie mogę nic zrobić. Wstać nie, bo obudzi ich światło, spać nie bo…nie.
Jedyny problem jaki powstał to czy skrzypienie taśmy przezroczystej nie obudzi męża śpiącego w pokoju na przeciwko. Drzwi zamknąć nie mogłam bo pies natychmiast by się pod tymi drzwiami zmaterializował, domagał się wejścia, dreptał i sapał.
Postanowiłam problem ze spaniem potraktować filozoficznie. Nie to nie. Wykorzystam ten czas na coś bardziej produktywnego od walania się po łóżku.
Szycie? Ciekawe czy:
a. głos maszyny Janome mocno się niesie po nocy
b. czy mój stolik pod komputer utrzyma maszynę oraz czy się nada jako stolik do szycia? Nie będzie za mały?
Poza tym teraz jest czas kiedy będę miała więcej pracy więc noc się przyda.
Mam tylko nadzieję, że do wiosny mi przejdzie. Teraz, zazwyczaj dnie są tak krótkie albo i wcale ich nie ma, tak jak dziś, że nie ma większego znaczenia czy wstanę o 7 czy o 9. Problem z Tośką tylko, bo ona jednak nawykła do spaceru pomiędzy godz. 8 a 9.30. Dlatego bez względu na to o której zasnę zwlekam się najpóźniej kwadrans po ósmej. Idę z psem na pół śpiąc. Po półgodzinie dreptania od drzewka do słupka wracam do domu, piję kawę i ewentualnie czasem dosypiam godzinkę. Ale rzadko.
Zimą w moim Mieście naprawdę nic nie tracę.
Ale jak przyjdzie wiosna, to se chyba rękę odgryzę ze złości jak nie będę mogła wstać przed 7. Co i tak jest późno. Najlepiej to tak około 5. Puste miasto, czyste powietrze, słońce na czystym niebie…Ale może się jednak poprawi z nadejściem jaśniejszych dni.
Ale ale…Właśnie sobie przypomniałam, że już co najmniej od miesiąca powinnam łykać D3. Może to jest powód niespania?
Problem ze spaniem  ma jeszcze jeden nieprzyjemny efekt: tycie. A już miesiąc temu tak mi się fajnie luźno w starej kurtce Didrikson zrobiło. Bo jak się nie śpi to się ma głupie pomysły typu „a może by coś zjeść?” „Coś” ma zazwyczaj dużo cukru, bo on też pomaga na zaśnięcie.
Nie, na zaśnięcie nie pomaga: chemiczny uspokajacz, ziołowy uspokajacz, chemiczny usypiacz (to to w ogóle jest maskara bo wrażenie takie jakby ktoś jedną ręką wrzucał do pieca a drugą trzymał hamulec lokomotywy parowej), myślenie o rzeczach przyjemnych (co to sa te przyjemne rzeczy, bo jakoś nie mogę sobie przypomnieć?), myślenie „o czym innym”, pilnowanie oddechu oraz wymyślne kołysanki typu odgłos padającego deszcze.
Zaraz..Siwa kiedyś pisała coś o specjalnym oddychaniu. Zapisałam to sobie, może wypróbuję?

I tak to się kończy listopad.

Acha, czy ktoś z was stosował wyciąg ze złocienia maruny na migrenę?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 10 komentarzy

159.

Co to ja…?
Kurde, weszłam, żeby o czymś napisać, ale mi uciekło…
No dobra, to na początek, że wkurza mnie Szwed.
Generalnie jest tak, że ja nie przepadam za Szwecją i Szwedami.
Szwecja jest dla mnie najprawdziwszą prowincją Europy pod wieloma względami. Szwedzi są zacofani, ograniczeni mentalnie, zamknięci i ksenofobiczni. Ale oczywiście od wszystkiego są wyjątki. Są więc rzeczy, które tu lubię. Np. lato. Albo to, że nikt na nikogo nie krzyczy.
Są też Szwedzi, których …no, nie to że lubię, ale nie lubię mniej niż ogółu. Takich Peterów dwóch z fotoklubu, Lennarta świętej pamięci, no i mojego Szweda co dla niego pracuję.
No ale wczoraj Szwed mi właśnie po raz kolejny podniósł ciśnienie.
Szwed jak każdy Szwed ma wizję Szwecji i reszty świata. Szwecja jest rajem na ziemi, krajem doskonale idealnym, genialnym technologicznie, marketingowo i kulturowo. Cały inny świat Szwecji do pięt nie dorasta, no chyba, że chodzi o Amerykę czyli USA to owszem, Szwecja może nie jest lepsza, ale gorsza na pewno nie. Bo jak wszyscy wiemy, do Ameryki wyemigrowało wielu Szwedów więc nic dziwnego.
Polska w rankingu przeciętnego Szweda plasuje się gdzieś pomiędzy dziką Rosją a małym afrykańskim państewkiem. Wyobrażenie Szweda o Polsce opiera się na wrażeniach z lat 70. I nie ma nic do rzeczy fakt, że  Szwedzi w Polsce bywają. Że Szwed w Polsce był całkiem niedawno. Nadal w głębi duszy mają taki obraz Polski, który każe pytać „a wy macie Facebooka w Polsce?”.
No i z taką właśnie wizją w głowie MÓJ Szwed  robi interesy z Polakami.
Jego praca, i moja przy okazji, polega na tym, że kupuje w Polsce różne maszyny i urządzenia, które potem sprzedaje w Szwecji.
Szweda myślenia idzie takim torem (w każdym razie ja odnoszę takie wrażenie): oto JA, wielki biznesmen z Zachodu przynoszę wam, biednym, zacofanym Polaczkom, korony swoje a wy Polaczkowie zwijajcie się jak w ukropie by mnie zadowolić.
W przełożeniu na polski wygląda to mniej więcej tak, jakby Szwed zwracał się do stoczni produkującej wielkie okręty i prosił, by dla niego wyprodukowali małą łódkę z napędem na wiosła. I żeby te wiosła to były szwedzkie, bo tylko szwedzkie wiosła są naprawdę dobre. Bo może, jak on tę łódkę w Szwecji sprzeda, to potem ktoś będzie i ten wielki okręt chciał. Stocznia owszem łódkę wyprodukuje, ale na marginesie swej normalnej działalności, bardziej grzecznościowo albo w ramach reklamy, ale wyprodukuje. Stocznia jak to wielkie przedsiębiorstwo: ma swoje zwyczaje, swój własny obieg dokumentów wypracowany przez lata, swoje zwyczaje płatności, wykonywania, dostaw. A Szwed kręci nosem. Ale dlaczego mam podpisywać zamówienie? Ale dlaczego muszę wpłacać 100% zaliczki? Ale dlaczego taki mały rabat? Ale dlaczego nie mogę mieć łódki z wiosłami w inną stronę. Ale dlaczego wy Polacy tyle papierów używacie i nie umie się biedny ogarnąć bo przed wpłatą dostał Proforma a wraz z towarem właściwą fakturę i on nie rozumie co to jest i po co, czy on ma drugi raz zapłacić?
Nie ma znaczenia, że Szwed ową łódkę zamawiał już 5 razy,  zawsze tylko tę jedną łódkę ze szwedzkimi wiosłami, więc zwyczaje powinien znać.
Ale nie.
Więc Szwed znajduje inną firmę w Polsce, która tym razem produkuje łódki i sprzedaje je hurtowo.  Szwed zamawia u nich jedną łódkę. Firma owszem, tę łódkę mu sprzedaje. Ale znowu ma swoje wymagania, zasady, warunki płacy i dostawy.
Więc znowu Szwed sarka, że mały rabat, że tyle papierów, że znowu zaliczka i długi termin dostawy.
To wreszcie Szwed zwraca się do jakiejś małej szkutniczej firmy i prosi o małą, najmniejszą łódkę ale ze szwedzkimi wiosłami i najlepiej ze szwedzkiego materiału. Firma mówi, że owszem, może taką łódkę zrobić i podaje cenę. Szwed patrzy na tę cenę i znowu się gniewa: ale jak to? A rabat? Nie ma rabatu? Firma odpowiada: nie ma i nie będzie rabatu, bowiem zwyczajnie już nie ma z czego owego rabatu dawać. Szwedzki materiał jest dużo droższy od polskiego, ale klient chce to proszę, ale w efekcie cena łódki jedzie w górę i zarobek firmy staje się coraz mniejszy.
Szwed się dąsa, sarka i nie może zrozumieć: ale jak to BEZ RABATU? Przecież jak doliczę koszty transportu to ja za tę cenę kupiłbym taką łódź w Szwecji?!

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

158. Listopad

Listopadowe mroki wokół.
Rano ciemno, po południu ciemno.
Listopadowo mi w człowieku.
Zapadam się, znowu seriale, fotel, forma przetrwalnikowa.

Stulecie odzyskania niepodległości wzbudziło jeszcze większą gorycz.
Słucham Kaczmarskiego i myślę sobie: „wtedy” było lepiej. Był „wróg” zewnętrzny, jasno określony, wspólny. Dziś nienawidzimy się nawzajem. Narodowcy, demokraci, wierzący, katolicy, ateiści, buddyści, wegetarianie, dzieci in vitro, pro choice, zieloni…i kto wie co jeszcze. Każdy jest „czymś tam” i zawsze się znajdzie ktoś, kto za ten wybór będzie nienawidził.
Nie mam miejsca na ziemi.
Polska, Olsztyn…to już nie moje miejsce.
Szwecja…też nie. Niby tylko przez Bałtyk a tak odmiennie, tak kompletnie niezrozumiale, tak kompletnie nie tak…
Smutno mi. O tak:

Uderzyło w nas jak gromem, spojrzeliśmy wreszcie w krąg,
A już wiele, wiele świtów przeminęło!
I patrzymy w starcze oczy, powstrzymując drżenie rąk –
Zadziwieni, gdzie się życie nam podziało?!
Wybiegamy na perony, lecz na torach leży rdza,
Semafory, hen pod lasem – opuszczone…
Żaden pociąg nie zabierze już z tej poczekalni nas,
Milczą teraz niepotrzebne megafony…

I gorzko się zapatrzyliśmy
W zabrane nam dalekie strony
I w duszach swych przeklinaliśmy
Tę łatwą wiarę w megafony.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 7 komentarzy

157. Miłość od pierwszego wsłuchania

Miałam 15 lat, właśnie zaczęłam naukę w szkole średniej.
Wracałam autobusem do domu. Tłok, wilgoć, zaparowane szyby, gwar rozmów, woń niedomytych ciał. Ja zgaszona, bo ta szkoła to było ostatnie miejsce do jakiego powinnam byłam trafić, już po kilku tygodniach to wiedziałam.
Nie rozumiałam co się ze mną dzieje, byłam smutna, nie chciało mi się gadać, nie chciało mi się żyć…
I w tym autobusie, w takim nastroju usłyszałam ten znajomy , gitarowy riff – wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tak się mówi. Dźwięk dotarł od strony kierowcy, słyszałam ledwie strzępki pomiędzy warkotem silnika a gadaniem bab. Ale poznałam, od razu poznałam ten charakterystyczny ton gitary. Niezwykły, jedyny taki…
-O, to TO…- pomyślałam, bo muzykę rozpoznawałam, ale nie wiedziałam ani kto gra ani jak się ten utwór nazywa.
Pierwszy raz od wielu tygodni ożywiłam się z lekka.
Nie wiem kiedy i jak, ale wreszcie poznałam imię artysty a raczej artystów, bo to cały zespół był. Potem była pierwsza płyta słuchana w całości. Niesamowita Communique, zajmująca w moim sercu równorzędne miejsce z Wish you were here  Pink Floydów.
Pink Floyd było przez lata numerem jeden, aż do czasu gdy się rozsypali i zaczęli tworzyć solo. To już nie było to. Przez jakiś czas miejsce Floydów w moim sercu zajął Sting, ale ON był wciąż na tym drugim miejscu.
ONI też się jakoś niepostrzeżenie rozsypali. Ale On wciąż tworzył.
Mój gust muzyczny się zmieniał, pewnie jakoś tak się rozwijał, ale wystarczyło mi usłyszeć w radiu jeden-dwa pierwsze takty by rozpoznać tę pierwszą piosenkę. I zawsze, ale to zawsze słuchałam jej z ogromną przyjemnością i zawsze „nóżka latała”.
W cichości serca marzyłam o koncercie. Najpierw całej grupy, potem już JEGO.
Ale on rzadko koncertuje, a jeszcze rzadziej przyjeżdża do Szwecji. A jechać na koncert do innego kraju, ze Szwecji to operacja strasznie trudno logistycznie.
W zeszłym roku kupiłam kolejną płytę. Płytę której słuchałam na okrągło, która pojechała ze mną do Neapolu i dziś wystarczy, że usłyszę o Basilu i natychmiast w magiczny sposób znowu tam jestem.
Potem kupiłam kolejną. Na obu z nich nie ma ANI JEDNEGO kawałka który by mnie nie zachwycał. Angielskiego uczyłam się (i uczę nadal) na JEGO tekstach -genialnych  opowieściach o ludziach i miejscach.
Kilka dni temu przeczytałam, że wydaje nową płytę i planuje trasę koncertową. Oraz, że być może będzie to ostatnia jego trasa, bo już mu się nie chce.
Wtedy tylko błysnęło mi głowie „Może…?”
A dziś rano eM powiedział 12czerwca ma być koncert w Goeteborgu.
Rzuciłam zmywanie.
Poleciałam do komputera. TAK!
Drżącymi rękami przeszukiwałam stronę z biletami. Na widok ceny mina mi zrzedła. Dwa razy tyle co na Metallica…A tu zima idzie. Opony zimowe trzeba! I w ogóle…
eM popatrzył i powiedział:
-Marzysz o tym od tylu lat. Jak teraz sobie odpuścisz – to możesz już nie mieć szansy. Weź od Yankiego, za miesiąc mu oddasz.
Co tam będę od syna żebrać. Mam odłożone na podatki na przyszły miesiąc…Na pohybel podatkom! To tylko: Money for nothing. Miłość nie ma ceny.
Kupiłam.
Na razie mam tylko potwierdzenie. Bilet wraz z jakimś bonusem przyjdzie za jakieś 2 miesiące. Do czerwca jest taaaak daleko, ale przynajmniej mam na co czekać.
Moja Gwiazdka będzie 12 czerwca 2019 a Mikołajem będzie Sułtan Swingu.
A póki co…
Czy ten rytm gitary sprzed lat niemal 50 nie jest porywający?

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 12 komentarzy

156. Czas zimowy

No zmienili. Znowu.
Znowu ranek, gdy się budzisz ogłupiała i nie wiesz którą godzinę wskazują zegarki. Pies lata jak ogłupiały, więc możliwe, że nową, bo normalnie o 6:42 to pies powieką nie drga ale o 7:42 to tak właśnie ma prawo latać. Ale ciemno! Strasznie ciemno. To może pies znowu się wczoraj nażarł tłustego ze swoim Pańciem. Pańcio po tłustym wie, że żyje, pies dostaje sraczki (excuse moi).
Zwlokłam się z łóżka.
Kuchenny zegar pokazywał 7:45, znaczy moje się poprzestawiały same. Wszystkie, poza psim. A ciemno, bo chmury, wichrzysko i pobielony trawnik. Szfak. Zima przyszła.
Posiedzi ze trzy dni, powygłupia się, nastrąca gałęzi i se pójdzie. Wróci w kwietniu, zdziwiona, że ale jak to nic nie zrobione, a tu tyle roboty i się wtedy weźmie za śnieżenie i mrożenie…Nic się ta zima nie uczy na błędach, nic, tępota jedna.
A my się urządzamy. I urządzamy.
I nadal odkrywam różne dziwne rzeczy po poprzedniczce. Np. wgniecioną klamkę w łazience. To pierdoły, pojedynczo nie zwróciłabym szczególnej uwagi, ale w hurcie wygląda to co najmniej zastanawiająco. Granatem się bawiła czy co?
Poza tym chciałam powiedzieć, że wszelkiej maści haczyki czy to przyklejane czy to wbijane na takich trzech cieniutkich sztyftach to burżujski wymysł jest. Po co haczyk jak można wbić gwóźdź? Gwóźdź wszędzie wejdzie. Doprawdy, dziwię się pani, że w kuchni akurat se te haczyki przykleiła. Też mogła gwoździa, nie? Albo i trzy. Jak w drzwiach szafy ściennej. Ale nie, tu se nakleiła te haczyki (haki?) a potem oderwała.
W dodatku w kuchni jest podłoga taka, że wrogowi nie życzę. Jasna, szara, cieniowana.  Tośka raz przejdzie, jeden kudeł z niej spadnie i widać! Trzesz mopem i nie wiesz czy to jeszcze brud czy może naturalna zmiana koloru.
Wciąż mi śmierdzi ze zlewu. Użyłam: płynu do naczyń, mleczka cif, drugiego płynu do naczyń, wrzątku, wrzątku z kretem, Kenneta i jego specjalnej pompki do rur, chloru.
Wchodzę rano kuchni i wali. No chyba, że coś w zlewie stoi, to nie. Rozważam pomysł kładzenia korka, ale jak go potem zdjąć i nie mieć odruchu wymiotnego? No i jak w takim zlewozmywaku myć produkty spożywcze? No dobra: na rozum wiem, że czysty, tak? Skoro kilka razy dziennie polewam go wrzątkiem, chlorem, sprejem bakteriobójczym, to powinien być czysty. Ale woń mówi coś innego.
Oraz schody na klatce schodowej. Są gładkie jak lustro! Tośce przypominam za każdym razem: powoli! Bo jak tylko się zapomni to się jej łapy rozjeżdżają. To, że schody są spiralne, czyli owijają się wokół filara też nie pomaga. Bo przy ścianie są szerokie, ale przy filarku to już tylko bardziej symboliczne. EM już kilka razy zjechał.
Yanki też.
A w piwnicy i rowerowni śmierdzi śmieciami. Nie mam pojęcia czemu. Śmierdzi i już więc piwnica jawi mi się obskurnie, choć Kennet-Anioł dba.
Nie lubię się z tym mieszkaniem. EM też nie. Usiłujemy przywyknąć, ale…
Uruchomiłam kolejkę na kolejną zmianę. Na wszelki wypadek. Może przywykniemy, polubimy sąsiadów i zostaniemy. A może nie. Niech się punkty nabijają. Za trzy -cztery lata będziemy szukać czegoś innego.
Szczerze mówiąc, wreszcie dojrzałam do kupna czegoś własnego. Domu za miastem najchętniej, ale mieszkanie w mieście też by mogło być. Z praktycznego punktu widzenia chyba byłoby nawet lepsze. Taaaak…tylko skąd wziąć te 100tys koron na wkład własny?
A jak widzę wysokość czynszu to mnie skręca, bo za tyle mielibyśmy i ratę kredytu i opłaty miesięczne w mieszkaniu.
Nie, no jasne, że byłam świadoma wysokości czynszu. Ale ja ten czynsz przykładałam do wypieszczonego, nowo wyremontowanego mieszkania. A tu po tym remoncie śladu nie ma. Administracja rozkłada ręce: no ale masz wszystko nowe. Niby mam, tylko, że to nie wygląda na takie…
Dobra, skończę nim znów się nakręcę i popsuję humor na cały dzień.
——-
A Tośka jest małpa zielona!
Ukradła mi wczoraj CAŁĄ PACZKĘ draży mlecznych. Byłam w polskim sklepie, kupiłam sobie dwie paczki przysmaku. Otworzyłam jedną, wzięłam kilka kulek i zostawiłam na stoliczku koło łóżka. Poszłam po coś tam, gdzieś tam… Patrzę: wychodzi ode mnie z pokoju, paszcza zamknięta: znaczy już coś zwędziła, chusteczkę pewnie…
Poszła do Pańcia swego ukochanego, ja za nią żeby jej radochę sprawić, że niby będę jej zabierać. Odwróciła się, a tu z drugiej strony paszczy wystaje kawałek opakowania.
Wydarłam, ale obślinione wszystko…Bleeee…Daję jej teraz po kilka w nagrodę, bo małpa zielona wie co dobre.
——————
Najładniejsze pomieszczenie w tym mieszkaniu to moje biuro…ekhem…gabinet(?). Słoneczne, udało mi się umyć porządnie okno któregoś ranka, zawiesiłam tiulowe firanki, postawiłam ukochane kwiatki. Stoi moja szafa, biurko, regał.
A w piątek dokupiłam kanapę. Kanapę chciałam niedużą, ale rozkładaną. Żeby PannaS miała gdzie spać. Albo żebym gości miała gdzie położyć jak.
To co proponują sklepy jest w takich cenach, że doprawdy można by pomyśleć, że obite złotogłowiem. Przy bliższych oględzinach okazuje się, że urodą to nie grzeszy a i jakość też pozostawia wiele do życzenia. Pogodziłam się z faktem, że trudno, uzbieram i wtedy kupię. Ale tknęło mnie. Zajrzałam na portal podobny do polskiego Allegro.
Znalazłam kanapę za jedyne 2,5tys koron. W okolicy. Pojechałam. Na żywo okazała się jeszcze ładniejsza niż na zdjęciu. Stan – IDEALNY! mimo że ma lat co najmniej 5. Wykonanie – perfekcyjne. Tak, wtedy jeszcze robiono rzeczy porządnie, żeby służyły latami.
Kupiłam, choć stan moich finansów jest opłakany. Ale będę się tym później martwić.
Teraz cieszę oczy.

Tak, wiem, czarny stolik nie-e.
Tak wiem – Tośka się nie może po niej walać. Nakryłam, bo nie będę z psem wojny prowadziła. Usiadłam wczoraj na chwile przy biurku, a ta HYC i się uwaliła. A jaka była zadowolona. Dobrze, że wcześniej położyłam narzutę. No więc oko cieszę pięknością kanapy, ale tylko na zdjęciach.

Słońce wyszło.
Pojedziemy z psem na Kinnekulle.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy