81.

No i wracamy do codzienności.
Słońce Neapolu jakoś zbladło i stało się nierealne.
Tu, na miejscu jesień w pełnej krasie. Mieni się kolorami, sypie liśćmi i kasztanami. Pachnie listopadem. Nieeeee…nie mogłabym żyć w Neapolu. Brakowałoby mi deszczu i jesieni. Choć na listopad, grudzień, styczeń i luty chętnie przenosiłabym się w jakieś cieplejsze miejsce.
PannaS stęskniona niemożebnie zmusiła nie-zięcia by ją do nas choć na trochę przyprowadził w sobotę z samego rana. Dostała kupioną w Neapolu granatową sukienkę i biały, kudłaty kubraczek oraz cukierki i odłamek skały z Wezuwiusza.  Wszystko okazało się dla niej skarbem.
A wczoraj zmiękczyła serce dziadka cichymi łzami gdy odbierał ją od koleżanki i spędziła u nas kilka godzin.
W piątek zabierzemy ją ze szkoły i będzie z nami do soboty. Obiecaliśmy basen bo chce się nam pochwalić, że umie pływać.
Och, jak mi się nie chciała dziś pracować.
A na spacerze z psem znowu w głowie „pisałam”. Ada, przycichłszy na czas urlopu, domaga się teraz uwagi ze zdwojoną siłą.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 2 komentarze

80.

Dnia siódmego wyjechaliśmy.
We Frankfurcie ogłosili, że samolot ma 25 minut opóźnienia. Nie byłam pewna czy dobrze usłyszałam. Zapytałam siedzącej obok kobiety. Odpowiedziała mi półgębkiem, a potem odsunęła i odwróciła z lekka…Nic, tylko wychowana w Szwecji choć ciemnoskóra, ech.
Szwecja nam pokazała jak bardzo nas kocha i przywitała gęstym deszczem. Żebyśmy chyba złudzeń nie mieli.
Teraz liżemy rany.
Kurujemy obolałe stopy, moje dodatkowo wyposażone w gustowne bąble tu i tam.
Ja jeszcze dodatkowo walczę z trywialnymi problemami gastrycznymi spowodowanymi owymi pysznymi pizzo-bułami.
Pies oszalał ze szczęścia na nasz widok.
Drugi raz oszalał jak wywieźliśmy ją na plażę i odpięliśmy smycz. Przestrzeń! Woda! Kamienie! Piach!
Podłoga zasłana równiutkim dywanem z psa, Yanki jakoś nie wpadł na pomysł użycia odkurzacza. Popraliśmy wszystko, tym samym zmywając z ubrań antyczny pył Pompei i Herkulanum. Na obiad były schabowe z buraczkami.
I tak to.
Wczoraj wieczorem, gdy już zasypiałam zastanowiłam się: naprawdę tam byłam? Takie to się zrobiło nierealne pod niegościnnym szwedzkim niebem.

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 80. została wyłączona

79. Dzień szósty Wezuwiusz i Herkulanum

Język polski jest dość popularny w Neapolu. Co chwila słychać strzępy rozmów po polsku czy to na ulicy czy na szlaku turystycznym. A gdy się idzie obok siebie w tym samym kierunku to jakoś naturalnie przychodzi zaczepianie ziomali. Nie wszystkich oczywiście, na wszelki wypadek nie wszystkich.
A kiedy się takich ziomali zaczepi to natychmiast z obu stron padają pytania:
– Pompeje już widzieliście?
– Nie, stąd jedziemy. Ale wczoraj byliśmy w katakumbach, byliście?
– Nie, nie mieliśmy w planach, warto?
– Warto
– A my stąd do Herkulanum
– A co to?
– To takie „małe Pompeje”
– A my jeszcze wieczorem chcemy Zamek Świętego Elma: panorama Neapolu w zachodzącym słońcu
– Ja to bym ogród botaniczny chciała…
I tak w kółko do końcowej konkluzji, że ojej jak mało czasu.
Ale naprawdę mało czasu było wczoraj na Wezuwiuszu.
Ośmioosobowy bus-taxi wywiózł nas na górę za jedyne 10 euro. Nie na samą górę, o nie. Jeszcze spory kawałek w górę trzeba się było wdrapać. Internety piszą, że 15-20 minut…Ale to chyba dla BARDZO sprawnych. Ja szłam ponad pół godziny a spotkani młodzi Polacy niewiele mniej. Problem polega na tym, że przewoźnik nas oznaczył i nakazał być za 90minut. A na górze wokół krateru idzie jeszcze ścieżka, która prowadzi do punktu widokowego na Pompeje. Ja niestety tam nie dotarłam, bo nim zrobiłam kilka zdjęć, nim zajrzałam wulkanowi do paszczy zrobił się czas najwyższy by wracać. Tak, że trochę zawód. EM rozgoryczony, bo nie wpadł na pomysł, że wcale nie MUSI zjeżdżać ze wszystkimi, tylko może zejść.
Wulkan jednak robi ogromne wrażenie. A ja w głowie miałam przestrogę kolegi Adama: Tylko go nie wkurzaj!

Wrażenie robią czujniki poustawiane w około i np. takie obrazki. Każdy dba o bezpieczeństwo jak może…

Neapol był zamglony, morze też.
Ale widok i tak był imponujący.

Zjechawszy z Wezuwiusza, pod stacją kolejki Cirkumvesuviana posililiśmy się espresso, która jest cudownym wynalazkiem. Daje siłę jednocześnie nie wywołując parcia na pęcherz. To ważnie gdy człek nie wie gdzie i kiedy, za ile i w jakich warunkach będzie mógł znowu skorzystać z toalety.
Na kawie spotkaliśmy kolejnych rodaków, co przyjęliśmy już ze stoickim spokojem.
A potem spokojnym spacerem zeszliśmy prosto w dół, w stronę morza, do Herkulanum.
Jest malutkie, o wiele, wiele mniejsze niż Pompeje, ale też  jest tam o wiele  spokojniej. I chyba jednak lepiej się zachowało. Więcej domów jest zachowanych niemal w całości, w niektórych przetrwały nawet drewniane elementy. W którymś domu były nawet całe drzwi. Niesamowite.
No i niesamowity jest widok jak bardzo podniósł się poziom miasta. Oraz jak wymarłe miasto sąsiaduje z miastem żyjącym. Piękne.
Spędziłabym tam cały dzień gdyby nie morderczy żar z nieba no i brak czasu. Żal, że nie znalazłam żadnego elektronicznego przewodnika po polsku. Kilka razy podsłuchałam przewodników po angielsku ale nie za wiele zrozumiałam. A szkoda, bo chętnie dowiedziałabym się tego i owego. A tak zostało w sumie bierne oglądanie.

A potem się okazało, że eM posiał swą ArteCard, co oczywiście było moją winą i musiał zapłacić 2,5 euro za bilet powrotny.
Dobrze, że tę kartę posiał wczoraj po południu, gdy w zasadzie jedyne co nam dawał to darmowy dojazd do Neapolu oraz zniżkę do Muzeum Archeologii.
Do Muzeum przyszliśmy godzinę przed zamknięciem, ogrom nas przeraził, bo w sumie to tam trzeba pół dnia spędzić. Pokręciliśmy się chwilę, odnalazłam mozaiki oraz antyczną pornografię. Mieliśmy jeszcze w planach pizzę gdzieś w mieście, ale padaliśmy na pysk, bo przez cały dzień upał był nieziemski.
Zniechęcona mulącym internetem padłam o 22.
A dziś…Dzień ostatni.
Chyba odszukam plażę. I Zamek Świętego Elma. Albo ogród botaniczny.
Jutro o 10.00 musimy zwolnić mieszkanie a wylot mamy o 18, więc nie za wiele zdziałamy.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 79. Dzień szósty Wezuwiusz i Herkulanum została wyłączona

78. Amalfi dzień piąty

Z wiadomości do córki:

Droga z Sorrento do Amalfi zajęła nam 1,5 godziny choć to tylko 36km. Widoki piękne! Siedziałam po stronie kierowcy, więc nie wszystko widziałam.
Z Amalfi pojechaliśmy do Salerno, żeby złapać pociąg do Neapolu. I usiadłam przy oknie.
W życiu się tak bałam tylko raz: w samolocie jak rzucały nami turbulencje! Ty dodatkowo byś się zarzygała! Karuzela? Rollercoaster na żywo! Ojciec oczywiście zachwycony, ja NIGDY WIĘCEJ!
Ale było pięknie!!!
Boże jak tam jest cudnie. I wreszcie weszliśmy do morza. Krystalicznie przejrzysta woda. I ciepła. Wsadziłam nogi i nie miałam chęci wychodzić. Tym bardziej, że na stopach przybyły kolejne bąble. Nie wiem czemu: wszystkie buty mam sprawdzone, nawet na długich wędrówkach…Po prostu: za długo, za twardo, za ciepło też może 😞.
Zdjęcia poprześwietlałam 😞 nie wiem jak ja patrzyłam! Muszę tam wrócić!

Najlepsze zdjęcia zrobiłam w autobusie w drodze powrotnej. A robiłam je, bo jak patrzę przez wizjer aparatu to mniej się boję.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 78. Amalfi dzień piąty została wyłączona

77. Dzień czwarty – Pompeje czy Pompeja

Więc jak to jest?
Na podstawie internetu ukułam teorię, że Pompeje – liczba mnoga to współczesne miasto i otaczające ja gmina. Pompeja to miasto zniszczone w 79r.p.e.
Od razu informacje:
Po 1. jak byście się wybierali to nie bierzcie ze sobą dużych plecaków, bo każą wam je zostawić w luku bagażowym. My nie wiedzieliśmy o tym, więc w zupełnie nieuzasadnionej panice zamknęliśmy luk by zaraz za bramą zorientować się, że pozbawiliśmy się prowiantu na cały dzień. Dobrze, że pamiętaliśmy o wodzie.
Po 2. karta ArteCard ( o ile nie wykorzystaliście już na coś innego) daje darmowe wejście ale i tak trzeba się zgłosić po bilet w kasie On-line.
Po 3. Jeśli chcecie obejść naprawdę jak najwięcej wybierzcie się jak najwcześniej rano. I nastawcie się na cały dzień. Buty, woda, prowiant…te sprawy.


eM powiedział, że jest to najbardziej smutne miasto na ziemi…i chyba coś w tym jest. To znaczy: jest, ale wtedy gdy zamkną się drzwi za ostatnim turystą. Tak naprawdę nie za bardzo jest miejsce na zadumę nad losem pompejan i kruchością, bo jest zbyt głośno i zbyt tłoczno. Ale jak się człowiek zaplącze w boczne uliczki, gdzieś na obrzeżach miasta, to można i chyba nawet warto. Bo zabytki: mozaiki, freski, rzeźby można sobie dopatrzeć na zdjęciach a chwile spędzone w ciszy, sam na sam z duchami Pompei są czymś czego nie da się złapać gdzie indziej.

Według mnie, jeśli ktoś ma tak nabożny stosunek do tego miejsca jak ja to powinien poświęcić na to ze dwa dni. Jeden dzień by przelecieć wszystko i zobaczyć, drugi by właśnie powłóczyć się spokojnie, pooglądać detale jak na przykład rynna.
Mnie poruszył pewien balkon bo nagle wyraźnie zobaczyłam na nim młodą dziewczynę, w długiej szacie, jak niecierpliwie wygląda na ulicę szukając kogoś wzrokiem. Takie tam…pułapki wyobraźni.
Oraz dwie figury doprowadziły mnie niemal do łez.

A najbardziej ta:
(przepraszam za jakość)

Pompeja jednak nadal żyje, choć może jest to już całkiem inne życie:


Co to za stworzenia? Ktoś wie? Wyglądają groźnie.
I jeszcze tylko ostatni rzut oka na Arenę

I do wyjścia, bo nogi odmawiały poszłuszeństwa, tym bardziej, że kiszki marsza grały.
Zaraz za bramą zwabił nad do knajpki przemiły Jurij – Ukrainiec tam pracujący. Dostaliśmy pyszną pizzę, ale NAPRAWDĘ pyszną, oraz równie pyszny makaron oraz sok i piwo. Zapłaciliśmy z napiwkiem 20 euro. Czy przy wartości zamówienia 17e napiwek w wysokości 3 euro jest okej? Nigdy nie wiem ile ten napiwek ma wynosić bo wiem, że za mało to jestem skąpa a za dużo to głupia 😀

Dziś. Dziś chyba Sorrento Amalfi.
Pora więc.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | Możliwość komentowania 77. Dzień czwarty – Pompeje czy Pompeja została wyłączona

76. Dzień trzeci: Pozuolli Solfatara

Metrem spod domu pojechaliśmy do Pozuolli, żeby wejść na Solfatara -krater  czynnego wulkanu. Tak, tak właśnie.
Pozuolli dworzec okazał się maleńką, senną wręcz stacyjką. Ja też byłam senna. W pobliskim barku skorzystałam z toalety i napiłam się wreszcie najprawdziwszej włoskiej kawy. Espresso.
Dostałam maleńką filiżankę, masywną, ciężką. Jak mówię maleńka to mam na myśli pojemność może 50ml. A w tej filiżance kawy było do połowy może. Skąpiradła, nie? Do tego paczuszka z cukrem, ale taka porządna, zawierająca uczciwą łyżeczkę cukru.  Można rzec, że pół filiżanki było na kawę, drugie pół na cukier. Do tego szklaneczka z wodą.
eM, który dwadzieścia lat temu pracował w okolicach Wenecji, więc oczywiście uważa się za eksperta od całych Włoch natychmiast zaczął mnie przestrzegać, żebym się nastawiło, bo zobaczę jak tylko spróbuję.
Zobaczyłam. Oczywiście gorycz i skondensowany smak kawy przykryty słodyczą. Pychota! Wylizałabym tę filiżankę!
Spodziewałam się, że po takiej dawce to coś się wydarzy spektakularnego: miękkie kolana, zawrót głowy lub jej ból, cokolwiek co mi powie, że tej kofeiny to było za dużo.
Nic takiego! Senność mi przeszła, i miałam siłę na wędrówkę ostro pod górę. Bowiem wstęp na Solfatara w październiku jest zamknięty. O czym nie wspomina nikt nigdzie. Szfak! Mogłam więc sobie na ten wulkan popatrzeć z góry jedynie, co było ogromną niesprawiedliwością, bo na kamping wjeżdżały samochody!

(Brama do Solfatara)

(Droga ponad Solfatara)

Wąską drogą, pnącą się stromo do góry, pełną naturalnie samochodów, wdrapałam się na górę, tak wysoko jak dałam radę. Usiadłam na murku i…natychmiast w skupieniu zaczęłam oglądać możliwość nielegalnego wdarcia się na atrakcję.
Zbocza były strome, pokryte zwęglonymi konarami, popodcinane na dole, wyglądające mało stabilnie. Tchórz albo rozsądek zwyciężył. Zostałam na tym murku. Porobiłam zdjęcia, nagrałam film dla PannyS.

(Basen na wulkanie – surrealizm!)

Potem wdrapałam się jeszcze wyżej na taras widokowy, gdzie już był eM, którego celem zwiedzania jest zmęczyć się jak najbardziej, wejść i dojść wszędzie na piechotę. Nawet na Wezuwiusza.

(Widok z tarasu)

Widok z platformy był niczego sobie, ale podobny miałam te parę metrów niżej. Kawałek zatoki Neapolitańskiej, na półwysep Bacoli oraz na wyspy Procida i Ischia.
Zaczepili nas tam rodacy, z którymi zeszliśmy do miasta, cyknęli fotkę z morzem w tle i pożegnali. Oni pojechali do Neapolu a my połazić po mieście, bezskutecznie szukając zejścia nad morze (znowu!).
Zamiast tego odkryliśmy amfiteatr.

(Ruiny Amfiteatru)

Chodziłam w skupieniu, usiłując chłonąc atmosferę. Nic a nic nie obeszło mnie, że można w sumie obejrzeć tylko połowę amfiteatru.
eM narzekał, że zdzierstwo, za 8 euro móc tylko tyle obejrzeć.
Tak, Szwecja większość takich zabytków udostępnia za darmo…
Jeszcze połaziliśmy.

Wróciliśmy do Neapolu. Wreszcie poszliśmy na pizzę.
Moja była wielka, ale żeby jakoś tak spektakularnie dobra? Sos mi się zamienił w zupę, walczyłam z krojeniem. Poprosiłam o czarną herbatę, dostałam mrożone coś w puszce słodko-brzoskwiniowe. No i spróbowałam limoncello. Jak dla mnie za mało było w tym smaku cytryny…
Nie, to nie był najlepszy dzień.
Znalazłam za to kilka ciekawych roślin, których nazw nawet nie podejrzewam i jedną, którą rozpoznałam dzięki internetowi i własnym dziwnym zakamarkom pamięci.

Tego nie znam i tego poniżej też nie


Tu myślałam, że to oliwki, ale chyba jednak nie?

To jest to samo co wyżej -podoba mi się to zdjęcie.

A to poniżej zidentyfikowałam jako mimozę. NIESAMOWITE!!!

Do domu na pamiątkę zabiorę suszony kwiat mimozy i szyszkę pinii znalezioną przy amfiteatrze

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 6 komentarzy

75. Dzień drugi – Neapol

Dziś kilka zdjęć. I niewiele słów. Błąkaliśmy się wczoraj po mieście.
Mąż mnie wkurzał, bo z uporem maniaka usiłował robić za przewodnika co kończyło się nadrabianiem niepotrzebnych metrów. Bo informację turystyczną chce znaleźć bo mapę trzeba, bo do morza chce DOJŚĆ, bo na Wezuwiusza to też by wszedł…
Z kimś zwiedzać jest raźniej, ale i bardziej irytująco.
Więc tylko zdjęcia.

Uliczka pod naszymi oknami


Zastawiona autami ulica


Gdzieś na Via Duomo


Słynne włoskie ciastka. Sprawdziłam dwa, choć nie z tych. Pyszne.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 1 komentarz

74. Dzień pierwszy Neapol

Dzień pierwszy
Zza okna płynie poranny chłód, wiar porusza dość gęstą, jasnobeżową zasłoną. Drugą, ciemniejszą i bardziej gęstą odsunęłam na bok. Przyda się później, jak sądzę. Okna są na południe i popołudnie.
Pod oknem, w małej, wąskiej uliczce, na którą patrzę z wysokości drugiego piętra, przejeżdżają auta i skutery. Wciąż słychać warkot i klaksony.
Dodam, że neapolitańskie drugie piętro to nie to samo co drugie piątro w Polsce. Mieszkanie ma co najmniej 3,5 metra wysokości więc to drugie piętro jest wyżej. Co jakby trzecie, co oceniam po rozmiarach ludzi.
Wczoraj, gdy wreszcie zajechaliśmy była już noc. Czarne niebo upstrzone gwiazdami, ulice wyłożone kamieniami lśniły po świeżym deszczu. Trzeba było iść uważnie bo ów kamień okazał się dość śliski.
Wyszliśmy na chwilę bo gwar uliczny oraz otwarte drzwi sklepików i knajpek ciągnął.
To dopiero było szaleństwo! W wąskich uliczkach tłoczyli się ludzie, stragany, zaparkowane oraz jadące samochody. Pomiędzy nimi przemykały skutery i motory. Uliczki wąskie jak tunele pomiędzy wysokimi domami. Za ich ogromnymi bramami kilka razy zauważyłam podwórza-studnie, oraz schody prowadzące na górę.
Przy krawężnikach walały się śmieci. W powietrzy czuć było wyłącznie spaliny. Zapomnij o świeżej wieczornej bryzie!
Zmęczona i przerażona ruchem, tłumem, mrokiem czającym się w zaułkach zażądałam powrotu do domu.
Dom.
Na najbliższy tydzień to małe mieszkanie, w starej Neapolitańskiej kamienicy. Ogromna brama wpuściła nas na brukowane podwórze-patio zastawione roślinami w donicach. Z czterech stron wznoszą się ściany budynku, po prawej szyb nowo budowanej windy. Na sklepieniu bramy jakieś malowidło. Szerokie schody, ewidentnie wydeptane przez wieki, poręcze wypolerowane ludzkimi dłońmi do połysku. Klimat!
Właścicielami są Giovanna i Riccardo. Giovanna, prześliczna! Niższa ode mnie, szupła, o ładnej twarzy z rozstępem pomiędzy zębami nadającym jej twarzy wyraz niesforności. Okrągła gdzie trzeba, ruchliwa, ani słowa po angielsku, śmiejąca się i gadające prędkim włoskim.
Riccardo wcale nie włoski. Wysoki, łysiejący i jasnowłosy. Nie oceniłam czy siwy czy blond. O niskim, męskim głosie (jakaż to ulga dla uszu po piejących szwedach) i spokojnym sposobie mówienia.
To on odebrał nas z lotniska i całą drogę zabawiał rozmową po angielsku, choć twierdził, że nie umie. Umiał więcej niż ja w każdym razie.
Oboje bardzo serdeczni przy pierwszym kontakcie. Miałam wrażenie, że Giovanna na wstępie powściągnęła chęć uściskania mnie.
Mieszkanie zaopatrzone w podstawowe produkty: kawa, mleko, cukier. Makarony, pomidory w puszcze, sól, pierz, oliwa. Czosnek w miseczce. Pieczywo, masło i dżem. Woda w butelkach w lodówce. Wszystko czego trzeba na kolację i śniadanie!
Sypialnia, korytarzyk, łazienka, kuchnio-salon z którego prowadzi wyjście na tarasowy korytarz okalający budynek. Na ścianach obrazy, które już widząc na zdjęciach uznałam za oryginały. Nie pomyliłam się: to dzieła Riccardo. Spodobał mi się człowiek do góry nogami.
Przerażające są te wysokości, a barierki, parapety są poniżej linii bioder! Lekki poślizg i lecisz…mówi mi moje drugie, to tchórzliwe i czarnowidzące, ja. Fukam na nie, zamknij się, dlaczego mam się ślizgać?
Szwecja żegnała nas chłodno, żeby nie rzec: zimno. Idąc z parkingu marzłam w ręce ciągnące walizkę. Był jeden stopień.
Niespełna półtoragodzinny lot do Frankfurtu zniosłam o dziwo doskonale. Mogłam nawet grać na telefonie i czuć zakrętów w głowie. Nawet lądowanie i start były niemal bezbolesne. W drodze do Neapolu podobnie, choć na wszelki wypadek nie patrzyłam w okno trzymając się konsekwentnie widoku na korytarz między fotelami. Nie mogłam patrzeć w okno, choć tam przecież Alpy pod nami! Bałam się, że gdy mój mózg rozpozna, że jest w powietrzu natychmiast poleci Shrekiem i Osłem: Nie patrz w dół, nie patrz w dół, nie patrz w dół…Shrek! Ja w dół patrzę!
I zacznie szaleć i wywijać koziołki błędnikowi.
Zatem sorry drogie oczy, ale nie.
Neapol przywitał nas gorąco. A nawet bardzo gorąco. Siódma wieczór, zachodzące słońce, a w powietrzu upał. Termometr pokazał jakieś 23 stopnie ale, przywieziony ze Szwecji, chyba po prostu nie miał na skali takiej wartości jak 25 stopni czy więcej. Tak, tak, żartuję oczywiście.
Tu są palmy! I jakieś wysokie, wysokie drzewa iglaste. Pinie?
…Jest 9.01. Niechże ten eM już wstanie…

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 5 komentarzy

73. Do Martuuchy

19 to to:

czy to:

 

Szczerze mówiąc uwielbiam oba górne za ciepłe światło.
Dolne za tę przestrzeń i powietrze

Zaszufladkowano do kategorii Szwedzkie Historie | 5 komentarzy

74. Przed podróżą

Rano był chyba przymrozek. W pracy zauważyłam dziwnie bielejące dachy i krystalicznie czyste niebo. Chyba pełnia, czy co?
Dałam Tośce połazić i pomyszkować na spacerze, bo właśnie słońce wschodziło, ziemia parowała od chłodu i wilgoci, nad ziemią, prześwietlona poziomymi smugami unosiła się mgiełka. Buki się złociły, klony czerwieniły, a drzew spadały kasztany. Pewnie tym piękniej, że obserwowałam poranne tłumy maszerujące obowiązkowo do pracy i szkół. JA miałam to za sobą.
Mogłam celebrować dzień prawie pierwszy urlopu.
Jakoś nie chciało mi się pakować. Możliwe, że z powodu ambicji. Gdyż uparłam się, że na całe 7 dni spakuję się w bagaż o wadze 8kg. Cholerna Lufthansa! Chyba sadysta wymyślił te 8 kilo! Jakbym nie kombinowała wychodziło mi, że powinnam albo zostawić wszystko poza majtkami, komputerem i aparatem albo zostawić komputer i aparat. Aparat by przeszedł od biedy, ale ten komputer.
I tu się okazało, co tak naprawdę jest dla mnie najważniejsze. Beztrosko odwaliłam spodnie w kwiaty (rzekomo ukochane). Oraz ze dwa T-Shirty oraz dodatkową koszulkę do spania. Jeden krem (ten na noc, zresztą chyba jest dla mnie za ciężki bo mi się tarka na twarzy zrobiła)
Chwilę debatowałam nad perfumami…Nie. NIE! Nie dajmy się zwariować! Mogę majtki i koszulki prać co wieczór, wilgotne wkładać rano, ale bez perfum nie da rady.
Tak to życie (oraz bagaż) ustala priorytety.
I żeby nie było: mam także bagaż porządny do luku. Wsadziłam tam buty trekkingowe, bo na wulkan wejść to jednak nie w sandałach. Perfumy też tam utknęłam i inne kosmetyki. Ale dużej walizki przeładowywać nie mogę bowiem może kupię butelkę wina albo dwie? Jakiś kamienień z Pompejów (Pompei?) może wezmę? I kto wie co jeszcze?
Acha. Koniecznie pamiętać: zadzwonić do PannyS z krateru Wezuwiusza, najlepiej videorozmową. Bo Panna zzieleniała z zazdrości na wieść, że będziemy na wulkanie. I prawie w płacz, że czemu bez niej?
A ja sądziłam, że jej w głowie tylko tańce.
Ach…O Kotach nie napisałam. A pięknie było. Te Koty wszystkie, niesamowite. Muzycznie nie specjalnie w moich klimatach, sztuka po angielsku oraz brak libretta w programie nie pomagały za bardzo w zgłębianiu klimatów. Tancerze byli boscy. Nawet najbardziej z tyłu przybierał pozę kota. Aż się zastanawiałam czy oni mają na kolanach jakieś wkładki, żeby ich sobie nie poodgniatali bo niemal ciągle na czworakach.
I nie mogłam się oprzeć myślom, że szkoda, że PannyS z nami nie ma. Cats to połączenie tego co ona lubi najbardziej: kotki i taniec. Na pewno byłaby zachwycona.
Trzeba ją zabrać na jakiś musical.
No a teraz bagaże prawie spakowane.
Pora spać. Jutro o 6 w drogę.

Zaszufladkowano do kategorii Codziennik | 4 komentarze