31. O wszystkim po trochu

Pogodę mamy marcową czyli w marcu jak garncu. Bywa przyjemnie cieplutko jak zaświeci słońce, a wieczny wiatr ustanie na chwilkę. Gorzej, że po połowie słonecznego dnia zazwyczaj przychodzą chmury, a wraz z nimi deszcz lub śnieg lub oba naraz. Każdego dnia inaczej.
Kije mnie wołają, strasznie mi się chce, ale chyba jeszcze za mało, bo jeszcze skutkuje metoda „usiądź, zajmij się czymś, zaraz ci przejdzie”. No, ale wraca.
Któregoś dnia się już nie obronię. Co daj boże, bo po zimie coś mi się ciasnawo zrobiło tu i tam.
Póki co, w celu przywołania wiosny, umyłam okna, powiesiłam kwiatkowe zasłonki, kupiłam kwiatki cebulkowe oraz obcięłam włosy. No, ale u mnie do wiosny to jeszcze jakieś sześć tygodni. Takiej, żeby jakieś badylki z ziemi zaczęły wystawać, jakiś podbiał żeby zakwitł, bo on tutaj wychodzi chyba najpierwszy, wcześniej niż przebiśniegi chyba, a na pewno wcześniej niż krokusy. No, ale zawsze to sześć tygodni, a nie sześć miesięcy, prawda?
Muszę kupić sobie nowe buty do chodzenia, buty hikkingowe to się chyba teraz nazywa. Teren  w Szwecji jest taki, że jak się jest takim włóczęgą jak my, to się warto w takie buty zaopatrzyć. Tyle, że w sklepach w Szwecji nadal żałoba ogólnonarodowa czyli wszystko czarne. A wybrać można pomiędzy Salomonem a …Salomonem. Już zaczęłam samą siebie przekonywać, przymierzyłam…nie. Wszystko zniosę, ale nie jak mi but na stopie robi za but ortopedyczny. Wychodzi na to, że trzeba kupić przez internet. Ale ja lubię wejść do sklepu i się zakochać. Wtedy wybór jest prosty.
Na przełomie maja i czerwca chcemy się wybrać do Polski. I na myśl o tym już mnie swędzi pod stopami. Ruszyłabym już, teraz. Już mnie wołają księgarnie. Przyjaciółki. Widoki. I Olsztyn, mój kochany Olsztyn.
Proponowałam ludziom z klubu wycieczkę do Polski, ale zainteresowanie było średnie. To znaczy -pytali co można zobaczyć…ale na tym się skończyło. Może źle się do tego zabieram? Może powinnam im przedstawić program rozpisany na konkretne dni, z noclegami i atrakcjami?  Może powinnam pogadać z Peterem i zapytać jak ich zachęcić, czego oczekują gdy wychodzę z propozycją?
Myślałam, żeby zabrać grupę maksymalnie 6 osób. Zamieszkać gdzieś w jakimś wiejskim pensjonacie, żeby mieć blisko do natury. Albo w samym Olsztynie. Pojechać na tydzień, nie dłużej, na miejscu wynająć duży samochód typu bus, najlepiej z kierowcą, który by nas dowoził. Połazić po Olsztynie. Pojechać do Olsztynka. Do Nowego Kawkowa. Do Lidzbarka Warmińskiego. Pojechać na Mazury – do Gierłoży albo jeszcze lepiej do Leśniewa na tę ogromną śluzę oraz do Mamerek.
Tak sobie piszę i jednocześnie wymyślam. I robię projekt prezentacji. Tylko…, że to ja musiałabym wszystko zorganizować. Od a do z. A ja strasznie nie lubię takich rzeczy. A jeszcze nie bardziej nie lubię czuć się odpowiedzialna za nastrój innych, a organizacja takiego wyjazdu zmusiłaby mnie do czucia się odpowiedzialną. Ech…
No dobra, pomyślę. Pomyślę. Jak się ogarnę z zakańczaniem roku u klientów.
A swoją drogą, jak już przy klientach jestem…
Dziwne ludzie mają zachowania. Powinnam napisać: dziwne mają zachowania klienci Polacy.
Na ulotkach i wizytówkach mam numer komórki oraz adres mailowy. To chyba wystarczy do nawiązania kontaktu? Dlaczego więc ktoś wyszukuje mnie na facebooku i wysyła mi wiadomość na messengera? Nie mam facebooka firmowego, ale za to mam stronę internetową, na której jest formularz kontaktowy. Adres strony też jest na wizytówkach i ulotkach.
Albo z ostatnich dni.
Dzwoni do mnie kobieta, Polka oczywiście,  ale miesza polski ze szwedzkim. Mówi, że ma problem bo ma naliczoną za dużą zaliczkę na podatek dochodowy i co ma zrobić. Rozmowę zaczyna od…wyłuszczenia swego problemu. Ani imienia, ani nazwiska, nie wiem czy choćby dzień dobry padło.
A ja już się nauczyłam po kilku razach, żeby jednak nie być tak wyrywną z radami dla rodaków. Moja wiedza to mój majątek. Ona nie spływa jak objawienia ducha świętego. To co wiem, to często efekt żmudnego przekopywania stron po szwedzku. A ludzie dzwonią, oczekują, że podam im radę co zrobić, najlepiej poprowadzę krok po kroku za „dziękuję”. Za dziękuję, to ja mogę udzielić jednej rady: idź do urzędu skarbowego tam ci powiedzą.
Wredne?
Może, ale już kilka razy nabrałam się na to, że ktoś dzwoni, chce zarejestrować firmę, nie wie jak , nie wie co z czym, pyta o szczegóły…Ja gadam przez pół godziny, często na własny koszt bo ktoś dzwonił, a ja nie zdążyłam odebrać więc oddzwaniam…Podaję wszystkie informacje na tacy, umawiam się z klientem, że wróci…i tyle go widzę.
No więc nie. Przepraszam bardzo, ale Szwed za dziękuję poda ci tylko adres, gdzie mieści się jego biuro. Bądź jak Szwed.
Zatem pani zadzwoniła bo ma problem z podatkiem.Bo ona miała klientów, ale się jej rozmyślili, bo nim zarejestrowała firmę, to trwało. I co ona ma zrobić i skąd wziąć klientów. Poradziłam, żeby poszła do urzędu skarbowego. Podpowiedziałam, że w internecie ma strony pośrednictwa usług. Ale jakie strony, adres, bo ona nie wie. Podałam kilka nazw, bo kurde nikt jeszcze nie wymyślił podawania linków w rozmowie. Zbyłam owszem, bo kobieta tak lawirowała, żeby jednak nie określić się, że chce być moją klientką na stałe, choć w końcu przestałam sugerować a powiedziałam wprost.
Dwa dni później, we czwartek o godzinie 21 (słownie DWUDZIESTEJ PIERWSZEJ!) telefon. Odebrałam, choć już przysypiałam. Tym razem mi się przedstawiła imieniem. Bo ona była w tym skatteverket. Marudziła długo nim powiedziała o co chodzi. Dostała blankiet i ma go wypełnić, ale nie wie jak. I czy ja bym jej pomogła. Owszem. Godzina mojej pracy kosztuje -podałam kwotę. No dobrze, ona mi zapłaci (westchnienie). To niech mi zeskanuje (czy ma możliwość zeskanowania? tak, ma). No to niech mi ZESKANUJE i wyśle na maila. Ale ona by chciała na poniedziałek, bo to przecież już koniec lutego…To proszę mi to wysłać jak najszybciej.
W piątek nie dostałam nic. Wczoraj czyli w sobotę o godzinie 19 telefon pokazał mi, że mam maila. Zaglądam. Tak, pani mi wysłała…ZDJĘCIA dokumentów. <facepalm>. Dlaczego chcę skan a nie zdjęcie? Jak wydrukuję skan to mam normalny dokument, a nie przekrzywione zdjęcie, z palcem, kolorem stolika oraz odblaskiem od lampy w najbardziej interesującym miejscu.
Pół godziny później pani wysyła mi smsa. Że wysłała.
A godzinę później…dzwoni!
Języka polskiego biedactwo prawie zapomniała, ale polskie zwyczaje (KLIENT NASZ PAN!) tkwią w niej głęboko.
Jest SOBOTA! Godzina  dwudziesta z minutami!  Kobieto! Jest weekend! Jeśli to dla ciebie takie ważne, trzeba się było ogarnąć w piątek z rana.
Zignorowałam. I zamierzam ignorować do jutra. Chociaż…
Aż żałuję, że nie wpadłam na ten pomysł wcześniej:  jak o 3:40 wstałam na siku mogłam jej wysłać smsa, że jest przecież weekend i przepraszam, ale ja w weekendy nie pracuję.

Ale właśnie wybija godzina 9. I Tośka dostaje szału. Bo spacer. A ona się skubana zna na zegarku.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.